Es comprensible... („To zrozumiałe”) – tak w pierwszych słowach swojego wystąpienia kubański prezydent Miguel Diaz-Canel odniósł się do próby podpalenia komitetu partii w mieście Moron. Rozumiemy rozgoryczenie ludzi pozbawionych prądu i gazu w kuchenkach, ale oczywiście nie pozwolimy na akty wandalizmu. Tylko tyle? Żadnego pomstowania na zdrajców i wrogów socjalizmu? Nie takim językiem przemawiają dyktatury. I najważniejszy błąd: te fatalne dwa pierwsze słowa, po których wszystko, co powiedziane później, traci znaczenie w masowym odbiorze. Reżim dał sygnał ludowi: jesteśmy słabi. A tego uciskany lud żadnemu reżimowi nigdy nie wybaczył. Zapewne w ciągu najbliższych miesięcy Kuba stanie się teatrem przemian o lawinowym charakterze. Tak czy inaczej komunizm, zmumifikowany relikt minionej epoki, długo tam nie potrwa. Czekamy zatem na kubańską Joannę Szczepkowską.
Państwowa przemoc? Nigdy w życiu!
Moron to prowincjonalne kubańskie miasto, położone na wschodzie wyspy. Późnym wieczorem z piątku na sobotę 14 marca w jego centrum zgromadził się tłum zdesperowanych biedą ludzi. Z okrzykami „Wolność!” i „Już się nie boimy!” ruszyli w stronę posterunku policji. Tam jednak drogę zagrodził im kordon policjantów, uzbrojony w broń palną i z psami na smyczy. Demonstranci skręcili w stronę komitetu partii, którego nikt nie bronił, włamali się do środka i podpalili na ulicy wyciągnięte stamtąd meble. Informacje agencyjne o „podpaleniu komitetu” są więc przesadzone, ale nawet goły fakt może budzić ekscytację, szczególnie u osób, które – jak autor niniejszego tekstu – pamiętają sławetną „jesień ludów” 1989 roku, kiedy to tydzień po tygodniu padały kolejne komunistyczne reżimy Europy Środkowej.
Na nagraniu, jakie przedostało się w szeroki świat, słychać strzał i widać osobę leżącą na trotuarze. W oficjalnym komunikacie władze zapewniły obywateli, że ten leżący to, broń Boże, żaden postrzelony, lecz miejscowy pijaczek, który przypadkiem zabłąkał się w rejon awantury i zasłabł z powodu wiadomego nadużycia. Teraz jest intensywnie leczony w miejscowym szpitalu, choć, między nami mówiąc, wcale na to nie zasłużył. Ale my, kubańscy komuniści, jesteśmy przecież wzorem wspaniałomyślności.
Nie tak było jeszcze pięć lat temu, gdy podobne protesty rozpaliły miasto Moron, a także południowe peryferie Hawany. Władze stłumiły je surowo, „za próbę obalenia socjalizmu” skazując na więzienie 129 uczestników demonstracji. Zaledwie niektórzy z nich wyszli do tej pory na wolność.
Zdesperowani mówią „dość”
Zamieszki 11 lipca 2021 roku, podobnie jak obecne, to typowy bunt zdesperowanych mas, spontaniczny i pozbawiony kierownictwa. Na Kubie nie ma politycznej opozycji, bo kandydaci na opozycjonistów albo wyjechali z kraju, albo siedzą w więzieniach. Reżim nie chwali się krwawymi rozprawami z wrogami ustroju, dosyć typowymi dla „bananowych republik” Środkowej Ameryki, lecz kontrola nad społeczeństwem, roztaczana na wyspie już od 67 lat, okazywała się całkowicie skuteczna. Aż do ostatnich czasów. Bieda i narastający brak perspektyw powodują, że rząd nie ma już „marchewki”, zaś „bata” boi się używać. Pierwsze z tych zjawisk znane jest Kubańczykom już od lat, natomiast drugie jest nowością, z której zapewne nie omieszkają niebawem znowu skorzystać.
Polityczne izolowanie Kuby zaczęło się już niebawem po zwycięstwie w 1959 roku „socjalistycznej rewolucji” Fidela Castro. Po nieudanym desancie w Zatoce Świń Stany Zjednoczone zawiesiły z Hawaną stosunki dyplomatyczne. Wiązało się to z embargiem na dostawy ropy naftowej. Kubański rząd jakoś sobie jednak z tym radził, w ostatnich dziesięcioleciach korzystając z „bratniej pomocy” ze strony socjalistycznej Wenezueli. Jednak gdy sama Wenezuela pogrążyła się w kryzysie, pomoc ustała, zaś porwanie Nicolasa Maduro było tylko kropką nad „i” tego procesu.
Fidel Castro umarł w 2016 roku, jego młodszy brat i następca, Raul, usunął się od władzy w pięć lat po nim z powodu starości (dziś dożywa 95. roku). Rząd w Hawanie od tego czasu próbuje się ucywilizować i zamiast rewolucyjnego battle-dressu ubiera się w garnitury. Nie ma już przewodniczącego Rady Państwa, zaś Diaz-Canel tytułuje się prezydentem, choć jednocześnie pełni funkcję pierwszego sekretarza kompartii. Jest nawet premier. Czyli pozornie wszystko jak w demokratycznym kraju Zachodu. Jednak obywatelom żyć na Kubie, jaka jest, zdecydowanie się odechciało.
Hawana bije w garnki
System kartkowy obowiązuje tutaj właściwie od początku rządów komunistów. Przez pierwsze dziesięciolecia reżim Castro osładzał jednak ludziom poczucie niedostatku sloganami rewolucyjnego romantyzmu. Zaciskajmy pasa, dopóki ustrój społecznej sprawiedliwości nie zwycięży w reszcie świata. Głupie? Oczywiście, ale działało. Ludzie z krytycznym nastawieniem, nie mając innego wyjścia, powsiadali na łodzie i ciszkiem popłynęli na Florydę. To zaledwie 150 km morzem od Hawany.
Teraz jednak od biedy, do której można się przyzwyczaić, gorsze jest poczucie beznadziejności. Nawet władze przestały już udawać że „będzie lepiej”. Kraj zmaga się z totalnym brakiem paliw i energii. Praktycznie ustała turystyka. Ostatni entuzjaści podróży na Kubę, którzy jeszcze rok, dwa lata temu zapewniali w swych blogach, że to kraj – choć obskurny – ale tani i bezpieczny (tu plus dla dyktatury), teraz hurtem odradzają taką wycieczkę. Na ulicach Hawany pojawiła się przemoc, a i usługi są coraz droższe.
Jedynym dostępnym ludziom aktem codziennego protestu jest walenie w garnki. Kiedy na stołecznych ulicach zapada zmrok – a noc na Karaibach zapada ciemna – w otwartych oknach nieoświetlonych mieszkań biedni hawańczycy biją łyżkami w kuchenne naczynia. Musi to brzmieć tonem apokalipsy, ale do rezydencji rządzących chyba nie dociera.
Tuż przed wybuchem zamieszek w Moron zastrajkowali studenci uniwersytetu. Ich żądania są skromne: chcemy powrotu na uczelnię, rząd bowiem 9 marca zawiesił wykłady. Bynajmniej nie z politycznych powodów. W Hawanie nie ma benzyny, więc nie działa publiczna komunikacja, a profesorowie nie mają jak dojeżdżać na zajęcia. Może jednak z tego skromnego studenckiego protestu zrodzi się jakaś kubańska wersja naszego Komitetu Obrony Robotników?
W blokach startowych
Bo przyszłość socjalizmu na Kubie wisi na włosku. Szczególnie od czasu gdy prezydent USA zapowiada „przyjazną aneksję” wyspy. Donald Trump już za swojej poprzedniej kadencji objął Kubę kolejnymi sankcjami, likwidując wszystko to, co w erze „polityki odprężenia” udało się z Kubańczykami załatwić Barackowi Obamie. Gwoździem do trumny amerykańsko-kubańskich relacji stało się wpisanie Kuby na listę państw popierających terroryzm. Trump uczynił to w styczniu 2021 roku, czyli w ostatnich dniach swoich rządów.
Teraz Kuba ma być „następna po Iranie”, zaś liczne i aktywne środowiska kubańskiej emigracji już szykują się na powrót i objęcie władzy. Czy i kiedy to nastąpi, w dużej mierze zależeć będzie od przebiegu wojny w Zatoce Perskiej. Poczekajmy i zobaczymy.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















