Logo Przewdonik Katolicki

Fidel i religia

Jacek Borkowicz

Po śmierci Fidela Castro gwałtownych zmian na Kubie raczej nie należy się spodziewać. Tam ludzie dopiero uczą się oddychać pełną piersią. A w tym pomaga im Kościół.

Zgoda, śmierć Castro oznacza odejście najdłużej na świecie, bo od 1959 r., panującego komunistycznego dyktatora. Jednak Fidel Castro już od kilku lat, ze względu na wiek i zdrowie, ani formalnie, ani też faktycznie Kubą nie rządził, zostawiając władzę swojemu bratu Raulowi. Ten ostatni ma jej aż nadto: jest jednocześnie prezydentem, premierem i szefem jedynej w kraju partii, oczywiście komunistycznej. Jest też w dodatku ideowym komunistą, co z kolei nie jest takie oczywiste, jeśli przypomnieć, że jego rodzony brat, nawet już jako legendarny „przywódca Fidel”, przez dłuższy czas miał kłopoty z określeniem swej ideowej przynależności.
 
Koalicja z katolikami
Był typowym zbuntowanym młodzieńcem, a w Ameryce Łacińskiej pierwszej powojennej dekady było to równoznaczne z postawą wrogą dominacji USA. Niewielka Kuba była państwem uzależnionym od Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim ekonomicznie. Kubańczycy czuli się tym upokorzeni. Wzbierająca fala antyamerykanizmu doprowadziła do rewolucji, która wyniosła do władzy młodego partyzanta z gór Sierra Maestra, Fidela Castro.
On sam nie uważał się wówczas za komunistę, lecz za rewolucjonistę. Słowo „rewolucja” miało wtedy na Kubie wielką moc przyciągania: Castro objął władzę w szerokiej koalicji lewicowych demokratów oraz katolików (Kuba jest krajem tradycyjnie katolickim). Jednak już po kilku miesiącach okazało się, kto tu naprawdę rozdaje karty. Demokratyczni politycy po kolei składali rezygnację i wyjeżdżali z kraju. A jeśli ktoś nie chciał wyjechać, trafiał do więzienia. Na placu pozostał sam Castro – razem z kubańskim ludem i otrąbioną na wszystkie strony „rewolucją”.  
Rodząca się dyktatura poszukiwała idei. Tę chętnie podsunął jej odległy „przyjaciel”, Związek Sowiecki, kreujący się na obrońcę ludów Trzeciego Świata, „wyzyskiwanych przez amerykański imperializm”. Castro przystał na ten układ, gdyż sojusz z ZSRR gwarantował Kubie znaczącą pomoc gospodarczą. Poza tym windował ten niewielki kraj, w charakterze eksportera rewolucji, na czołową pozycję wśród państw Ameryki Łacińskiej. A nawet dalej: wkrótce kubańscy „doradcy” zaczęli pojawiać się w tak egzotycznych miejscach, jak afrykańska Angola.
Castro, nowemu przyjacielowi Moskwy, nie pozostało więc nic innego, jak zadeklarować się jako marksista i komunista. Swój po dyktatorsku rządzony kraj przemodelował więc na sposób znany nam dobrze z czasów PRL i innych krajów „obozu demokracji ludowej”.
 
Delegalizacja Kościoła
Ten zwrot ku sowieckiemu modelowi ustrojowemu nastąpił także w stosunku do Kościoła. Pozbawiono go prawie wszystkiego: własności, możliwości nauczania, a także głosu w życiu publicznym. Zlikwidowano wyznaniowe stowarzyszenia i katolicką prasę. Aktywni katolicy trafiali do więzienia. Samych kościołów co prawda nie pozamykano, jednak wielu księży musiało udać się na emigrację, ich świątynie zostały więc bez gospodarzy. Wspólnota katolicka faktycznie zeszła do podziemia. Z tego też powodu w 1962 r. papież Jan XXIII ekskomunikował kubańskie władze oraz wszystkich, którzy z nimi współpracują.
Delegalizacja katolicyzmu nie oznaczała jednak jego krwawego prześladowania. Kościół ubożał i wegetował, ale nie przestawał być obecny w panoramie społecznego życia Kuby. Miała na to pewien wpływ dwuznaczna postawa przywódcy. Fidel Castro średnie wykształcenie odebrał w szkole prowadzonej przez jezuitów, czego nigdy się nie wypierał. Jeszcze jako młody rewolucjonista nosił na szyi medalik z Matką Bożą. Gdy osadzono go w więzieniu, w liście do najbliższych dowodził, że prawdziwą wolność człowiek może osiągnąć tylko w przymierzu z Bogiem. Będąc kubańskim wielkorządcą, deklarował się jako ateista, dodawał przy tym jednak: „z punktu widzenia wizji społecznej jestem chrześcijaninem”. Castro uważał, że podobnie jak Jezus, on sam opowiada się za ubogimi i wyzyskiwanymi.
Tę „słabość” dyktatora wykorzystał brazylijski dominikanin Frei Betto: swoje długie rozmowy z Castro opublikował on w 1985 r. pod tytułem Fidel i religia. Książkę przedstawiającą „ludzkie oblicze” komunistycznego satrapy przetłumaczono na kilkanaście języków.
 
Historyczna pielgrzymka
Było to przygotowaniem gruntu pod ważne wydarzenia. W 1996 r. Castro pojechał do Rzymu, gdzie spotkał się z Janem Pawłem II. Dwa lata później papież – sam pochodzący z kraju, który niedawno wyzwolił się z komunizmu – odbył historyczną pielgrzymkę na Kubę. Zastał tam ludzi jeszcze zastraszonych, jeszcze niepewnych swoich przyrodzonych praw, ale otwartych na słowo Boże. A i sam kubański przywódca dobrze przyjął ową wizytę. Niedługo potem przywrócił święta Bożego Narodzenia, skasowane w 1969 r. W 1992 r. zainicjował poprawkę do konstytucji, mocą której Kuba, dotychczas „ateistyczna” stawała się państwem „świeckim”. W tym samym roku Kościół stał się legalną wspólnotą wyznaniową, co umożliwiło mu chociażby organizowanie publicznych procesji. Castro pozwolił też katolikom na należenie do partii. Gdy w 2003 r. w historycznej dzielnicy Hawany otwierano na nowo kościół franciszkanów, obecny tam kubański przywódca zadziwił wszystkich, dołączając do księży stojących przed ołtarzem i powtarzając za nimi gest błogosławieństwa zgromadzonego ludu.
Przetartą przez Jana Pawła ścieżką dotarli na Kubę jego następcy: Benedykt XVI w 2012 r. oraz w ubiegłym roku Franciszek.
W porównaniu z tym, co działo się w czerwonych Chinach lub nieco później w Kambodży, dyktatura kubańska jawi się jako wręcz umiarkowana. Jednak skutki marazmu, w jaki pół wieku temu zapadł kubański naród, odczuwalne są do dzisiaj. Wspólnota karmiona do przesytu rewolucyjnymi hasłami obecnie nie wierzy już w możliwość szybkich zmian.
Na tym tle życie Kościoła na Kubie stanowi znak nadziei. Jest to Kościół zdecydowanie ubogi, pozbawiony majątku, szkół, prasy, radia i telewizji – ale jednocześnie jakby oczyszczony. Można powiedzieć, że reformy, zadekretowane przez II Sobór Watykański, a nie przeprowadzone na Kubie z powodu delegalizacji Kościoła, dokonują się właśnie teraz, i to z dobrym skutkiem. Lokalne wspólnoty, choć rozproszone, same w sobie trzymają się mocno, spajane autentyczną solidarnością wiernych. W wielu z nich główną rolę grają osoby świeckie. I jakąkolwiek drogą odbudowy pójdzie teraz Kuba, w jej społecznej panoramie z pewnością będzie dostrzegalna obywatelska postawa katolików.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki