Łemkowyna, czyli Beskid Niski z przyległościami: częścią zachodnich Bieszczad i wschodniego Beskidu Sądeckiego, to tereny przecudne krajobrazowo i uwodzące pustką dawnego życia. Dla jednych to tylko ślady życia wiosek, po których pozostały owocowe drzewa i kamienne krzyże, dla innych głęboki smutek utracenia swojego miejsca na ziemi. Łemkowie zamieszkiwali północne i południowe stoki głównego grzbietu Karpat, nazywani byli też Rusinami Karpackimi, i jako ta właśnie szeroko pojmowana grupa etniczna zajmowali także tereny Słowacji, Czech, Węgier, Ukrainy, Rumunii, Chorwacji. Przed II wojną światową oceniano, że Łemkowszczyznę zamieszkiwało ponad 150 tys. Łemków. Wszystko zmieniły wysiedlenia, najpierw te na Ukrainę w latach 1944–1945, a potem Akcja Wisła, w wyniku której przymusowo wysłano 140 tys. Łemków do zachodniej i północnej Polski. Rozproszeni nie zniknęli, choć wymazywanie trwało dziesięciolecia.
Obecność
Wioski opustoszały, na dziesiątki lat Polacy zapomnieli o istnieniu Łemków. Długo uważano ich po prostu za Ukraińców, w czym „pomagała” ówcześnie panująca peerelowska narracja. Od dwudziestu lat w Beskidzie Niskim można spotkać nazwy miejscowości pisane dwujęzycznie: po polsku i po łemkowsku. Niektóre rodziny wróciły z wysiedleń i zamieszkały na swoich ziemiach, inni żyją w diasporach lub w rozproszeniu, pielęgnując tradycje i kulturę swoich przodków. W Spisie Powszechnym z 2021 roku narodowość łemkowską zaznaczyło ponad 13 tys. osób w Polsce. Wystawa „Formy obecności. Sztuka Łemków/Rusinów Karpackich” w Państwowym Muzeum Etnograficznym w Warszawie przywraca głos Łemkom kilku pokoleń. Ale to nie jest tylko wystawa etnograficzna, choć oczywiście znajdziemy na niej te elementy. To przede wszystkim wystawa pokazująca, jak poprzez sztukę Łemkowie prowadzą dialog z wyniesionymi tradycjami, z krajobrazem zapisanym w ich wspomnieniach, obrazami noszonymi w duszy, z traumami przodków i dziejami rodzin, którym zabrano domy. To Łemkowyna przechowywana w pamięci, w snach, w krwiobiegu. Wśród artystów są takie nazwiska, jak: Jerzy Nowosielski, Dorota Nieznalska, Epifaniusz Drowniak zwany Nikiforem, Grzegorz Pecuch, Andy Warhol, a także mniej znani, obecni poza głównym obiegiem, pomijani, ale ważni dla łemkowskiej kultury, jak np. Aleksander Duchnowycz, Mykołaj Fedak, Julian Kolesar. Pokazane są też prace artystów młodszego pokolenia, tych, którzy odkrywają swoją łemkowską tożsamość. Z każdym obiektem, z każdym dziełem, związana jest historia – łemkowska inspiracja, o której można długo opowiadać. To dlatego prezentowane są wśród domowych sprzętów, przedmiotów codziennego użytku, fotografii krajobrazów, które widać za oknem chyży (chaty), ubiorów z charakterystycznymi haftami, ikon z beskidzkich cerkwi, których już nie ma. Sacrum miesza się z profanum, jak to w życiu.

Rytm natury
Obłe kształty dobrodusznych stworów Grzegorza Pecucha, absolwenta i nauczyciela w zakopiańskiej szkole Kenara, przywodzą na myśl falowanie w rytmie natury. „Wychowały nas bieszczadzkie mgły poranne, surrealizm, którego na wsi jest po szyję, przydrożne kapliczki, cerkiewki i kościółki dwóch chrześcijańskich kultur oraz surowy, a przez to piękny oddech regionu” – pisał niegdyś o jego rzeźbach Władysław Hasior. Hasior nie był Łemkiem, ale Pecuch i owszem. Urodził się we wsi Florynka, niedaleko Grybowa, a cała jego twórczość budowana była na łemkowskiej tożsamości. W 1947 roku rozpoczęła się akcja „Wisła” – władze pod pretekstem rozprawienia się z UPA wysiedlały przymusowo całe wsie, głównym kryterium było pochodzenie etniczne. Wystarczyło, że pisano cyrylicą, mówiono w języku łemkowskim (który dla większości Polaków był po prostu ukraińskim) i chodzono do cerkwi. Wysiedlono też Florynkę. Pecuch wspominał: „Dziesięć lat później byłem we Florynce. W naszym domu mieszkali inni ludzie. Zapukałem późnym wieczorem. Gospodarz, który otworzył w końcu drzwi, trzymał siekierę w ręku”. Uważał, że jego rzeźby należą do ziemi, że mają głęboki związek z krajobrazem, z beskidzką przyrodą. Mówił: „Wydaje mi się, iż rzeźby powinny być przypisane do jakiejś części świata, powinny należeć do jakiejś ziemi. Wydaje mi się, że moim zwierzętom, stworom, góro-zwierzo-człekom dałem przynajmniej ślad ojczyzny. One są po prostu z mojej podgórskiej ziemi”. Mieszkał w Zakopanem, w latach 60. był obserwowany przez UB za utrzymywanie kontaktu z łemkowskimi organizacjami w USA, co było uważane niemal za zdradę państwa. „Schodzi z gór Pecuch, a za nim świat jego stąpa powoli, idzie las drzew, las zwierząt i świętych, a światło kosmosu nieme bóstwo czuwa nad nimi” – pisał o twórczości rzeźbiarza współczesny łemkowski poeta Władysław Graban.
Znikąd, czyli skąd?
W sali nazwanej „Transpop”, badającej związki
popkultury z tradycją, na głównym miejscu wisi praca Andy’ego Warhola Marylin Monroe, a obok wielokrotnie powielona postać św. Mikołaja
z XVII-wiecznej ikony. Kurator, dr Michał Szymko, badający od lat kulturę Łemków, z których się zresztą sam wywodzi, chciał przez to zestawienie pokazać, jak zmienia się funkcja ikonicznego przedstawienia. Warhol urodził się w Pittsburgu w Pensylwanii, ale jego rodzice, Andrij i Julia Warhola, pochodzili z łemkowskiej wsi Miková (dzisiejsza Słowacja). Przez całe życie matka mówiła do niego wyłącznie po rusińsku lub słowacku, opowiadała mu o swoim życiu na wsi, o krajobrazie, o górach, o zwierzętach, o cerkwi i o świętych. Kolekcjonowała święte obrazki, w domu było mnóstwo ikon. Był świadomy swego pochodzenia. Całe jego wychowanie, przekaz religijny i kulturowy miały ogromny wpływ na twórczość, czym wciąż nikt się jeszcze odpowiednio nie zajął – jak zauważa Michał Szymko. I na religijność – na pogrzebie Warhola greckokatolicki ksiądz modlił się po angielsku i po rusińsku. Znane, i znamienne w tym kontekście, jest zdanie, jakie Warhol powtarzał: „Jestem znikąd” – jakby pytał się wciąż, skąd pochodzi. Na wystawie jego prace pokazane są przez pryzmat relacji z matką Julią Warholą. Nie tylko tej tożsamościowej (pokazanych jest sporo pamiątek rodzinnych), ale także jako inspiracji artystycznej. Weźmy taki chociażby przykład: Julia w okresie biedy zbierała puszki po napojach i zupach, robiła z nich małe rzeźby i sprzedawała w bogatszych dzielnicach Pittsburga. Czy momentalnie nie mamy skojarzeń z ikoniczną pracą Warhola z puszką zupy Campbell w roli głównej?
Ikonostas
Cała jedna sala poświęcona jest pracy Doroty Nieznalskiej Przemoc i pamięć. Badania SRV Sektion Rassen- und Volkstumsforschung (pamięci mojej Rodziny oraz tych, którzy w 1947 r. doświadczyli przymusowych wysiedleń podczas Akcji Wisła). To stalowy ołtarz formą nawiązujący do ikonostasu z karpackich cerkwi. Najważniejsze miejsce w takim ikonostasie zajmuje zwykle ikona Pantokratora lub Matki Bożej, wokół której ułożone są ikony świętych i apostołów. Tutaj centralne miejsce pozostaje puste, a wokół niego artystka umieściła nadrukowane na blachę fotografie Łemków. Zdjęcia te należały do zbiorów sekcji rasowo-ludoznawczej instytutu, który miał według idei Hansa Franka między innymi udowodnić zacofanie kulturalne podbitej Polski i potwierdzić konieczność przeprowadzenia „niemieckiej misji cywilizacyjnej”. Za ikonostasem, miejscem najświętszym, gdzie oprócz popa nikt wejść nie może, umieszczono fotografie Łemków przetworzone w technice ambrotypii na szkle. Pochodzą ze zbiorów nazistowskiego Institut für Deutsche Ostarbeit. Taki wyraz czci osobom przymusowo odłączonym od swej przeszłości nadała Dorota Nieznalska, której rodzina w czasie Akcji Wisła przesiedlona została na Warmię i Mazury. Było to radykalne odłączenie od społeczności, od domu, od ojcowizny, od relacji i od religii. Mało kto dzisiaj pamięta, że w czasach PRL-u Kościół greckokatolicki został najpierw zdelegalizowany, a następnie był ledwo tolerowany i represjonowany, co oznaczało także wymazywanie wiary przodków.
Na wystawie dawne ikony spotykają się z tymi nowszymi Jerzego Nowosielskiego i najnowszymi, pisanymi współcześnie – Mirosława Trochanowskiego. Malarstwo uznanych artystów spotka się z pracami malarzy naiwnych, a najmłodsi odnajdują swoje dziedzictwo. Ta wystawa pokazuje to, co najważniejsze: że sztuka Łemków to nie przeszłość.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













