Jak skomentuje Pan fakt, że żaden przedstawiciel Polski nie wziął udziału w spotkaniu z prezydentem USA w sprawie Ukrainy?
– To, że Polska nie wzięła w tym spotkaniu udziału, jest moim zdaniem wtórne względem tego, co się wydarzyło w kraju wokół braku tej obecności.
Co ma Pan na myśli?
– W ogóle nie wybrzmiał merytoryczny powód tej nieobecności, natomiast mocno wybrzmiewała płaszczyzna polityczna, czy wręcz partyjna. Duży i mały pałac stały się absolutnymi zakładnikami logiki polaryzacji. Nie zostawiły żadnej przestrzeni, w której można by prowadzić merytoryczną dyskusję, stawiając całkowicie na polaryzację.
Jest Pan tym zaskoczony?
– Może nie tyle zaskoczony, ile rozczarowany. Wszak zaledwie trzy tygodnie temu w orędziu prezydenta Karola Nawrockiego, w komentarzach premiera Donalda Tuska i ministrów jego rządu słyszeliśmy, że owszem, nie zamierzają nadstawiać drugiego policzka, ale spod politycznej polaryzacji będą całkowicie wyjęte kwestie bezpieczeństwa państwa. W tym wypadku stało się inaczej. I to jest najgorszy scenariusz, jaki mogliśmy sobie wyobrazić. Konstytucję mamy jaką mamy. Skłania ona do tego, by tzw. duży pałac (prezydent) walczył z małym pałacem (premierem). Jednak ta konstytucja obowiązuje od 1997 roku i przez ostatnie ponad 20 lat wszyscy uczestnicy życia politycznego mogli się zorientować, jak ten model funkcjonuje.
Zadam pytanie od drugiej strony: co by dała obecność Polski na spotkaniu u Donalda Trumpa?
– W idealnym świecie do Waszyngtonu poleciałby premier ze wsparciem prezydenta albo prezydent ze wsparciem premiera. Oddzielna sprawa, że Polska nie bardzo miała po co tam jechać. Spotkanie Trumpa z Wołodymyrem Zełenskim i europejskimi liderami w Białym Domu było tak naprawdę one man show, a konkretniej Donald Trump Show. Im więcej Europa mówi o swojej autonomii strategicznej, tym bardziej zabiega o względy Donalda Trumpa. Moim zdaniem po to było całe to spotkanie – aby to jasno światu pokazać, że gadanie o tej autonomii strategicznej Europy to tylko retoryka niemająca poparcia w faktach. I w tym sensie Polska nie była tam w ogóle potrzebna.
Dlaczego?
– Ponieważ Donald Trump inaczej patrzy na Polskę. On wyraźnie rozróżnia kraje Europy Środkowej, w tym Polskę, od krajów Europy Zachodniej. W 2003 roku Donald Rumsfeld, ówczesny sekretarz obrony USA, mówił o „starej i nowej Europie” – i ta logika myślenia jest w pewnym stopniu widoczna w myśleniu Trumpa. Amerykański prezydent tę nową Europę – czyli nas – traktuje całkowicie inaczej. Pewnie się o tym przekonamy 3 września, gdy Karol Nawrocki pojawi się w Białym Domu.
I w związku z tym nie brakowało na tym spotkaniu w Waszyngtonie Polski?
– Nas nie trzeba było dyscyplinować, tak jak Ukrainę czy liderów Europy Zachodniej. Poza tym Polska nie bardzo miałaby tam coś do powiedzenia, bo rozmowa dotyczyła gwarancji bezpieczeństwa Ukrainy, których chcą jej udzielić kraje Europy Zachodniej. Polska wyklucza swoją obecność w jakiejkolwiek misji wojskowej na linii kontaktu między Rosją i Ukrainą, więc nie miałaby o czym rozmawiać.
A po tych pierwszych tygodniach sprawowania urzędu przez Karola Nawrockiego widzi Pan jakieś różnice względem Andrzeja Dudy? Jaką strategię koegzystencji z małym pałacem ma nowy prezydent?
– W skrócie: on będzie Andrzejem Dudą, tylko bardziej. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech funkcjonowania Andrzeja Dudy jako prezydenta był fakt, że on przez obie swoje kadencje próbował przerzucać mosty nad polską polaryzacją. Nieustannie próbował wyciągać rękę do obozu liberalno-lewicowego. Jak by to nie zabrzmiało: próbował być prezydentem wszystkich Polaków.
Jakiś przykład?
– Choćby jego weto do ustaw sądowych w 2017 roku. Wtedy obóz rządowy skierował do niego trzy ustawy, a on dwie z nich odrzucił. Prezydent przedstawił argumenty merytoryczne w uzasadnieniu tych wet, ale jasno też pokazał, że liczy się ze zdaniem tej części polskiego społeczeństwa, która protestowała przeciwko tym ustawom, paląc świeczki pod sądami czy masowo gromadząc się pod Pałacem Prezydenckim. „Wczoraj była demonstracja pod domem Jarosława Kaczyńskiego, ale dzisiaj z tego, co słyszałem, była demonstracja pod domem pana Grzegorza Schetyny. Nie chcę, żeby ta sytuacja się pogłębiała, dlatego że to pogłębia podział w społeczeństwie. A Polska jest jedna i Polska potrzebuje spokoju. I ja czuję za to współodpowiedzialność jako Prezydent” – uzasadniał weta w lipcu 2017 roku.
Tego typu koncyliacyjnych gestów wykonał sporo, ale żaden z nich nie został doceniany przez drugą stronę. Obóz liberalno-lewicowy nieustannie go wyśmiewał, obrażał. „Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy. I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta” – mówił do niego cytatem z Miłosza Donald Tusk w grudniu 2021 roku. Empik na stronach internetowych sprzedawał (choć szybko się z tego wycofał) książkę Debil. Studium przypadku, podsumowującą jego prezydenturę.
Karol Nawrocki wyciągnie z tego lekcję. On na pewno obserwował, jak jego poprzednik próbował wyciągać rękę do obozu liberalno-lewicowego, i widział, z jaką reakcją to się spotykało. I na pewno tak koncyliacyjny nie będzie. On będzie prezydentem swoich wyborców, czyli szeroko rozumianej prawicy. Zgłaszając swoje weto do tzw. ustawy wiatrakowej, jasno to pokazał.
No tak, ale ta szeroko rozumiana prawica jest dość zróżnicowana. Na Karola Nawrockiego głosowali zarówno zwolennicy PiS, jak i wyborcy Grzegorza Brauna czy Konfederacji. Czy będzie on chciał wyciągać rękę do tych różnych prawicowych obozów?
– Z pewnością Karol Nawrocki nie chce być prezydentem PiS-u, ale na razie w jego decyzjach personalnych tego nie widać. W jego kancelarii i wśród jego doradców są właściwie tylko osoby związane z PiS-em oraz te, z którymi współpracował w IPN-ie. To mnie zaskoczyło. Spodziewałem się, że wśród jego doradców zobaczymy osoby kojarzone z Konfederacją, może kogoś o wrażliwości zbliżonej do PSL. Nikogo takiego tam nie ma. Zakładam, że kolejne nominacje do grona prezydenckich doradców będą próbą rozszerzenia prezydenckiego zaplecza o inne „odcienie” prawicy w Polsce. Oczywiście, o ile inne środowiska będą na to otwarte.
Zatem czeka nas pięć lat pogłębiania się polsko-polskiej polaryzacji?
– Polaryzację między PiS i PO obserwujemy w Polsce równo od 20 lat. Oba obozy doskonalą się w sposobach jej pogłębiania. Pod tym względem w najbliższym czasie nic się nie zmieni. Kluczowe będą trendy polityczne. Na razie układają się one niekorzystnie dla obecnej koalicji rządowej. Przegrali wybory prezydenckie, co nie miało prawa się wydarzyć. W sondażach partie tworzące tę koalicję notują wyniki łączne nawet o 10 pkt proc. słabsze niż 15 października 2023 roku Na domiar złego notowania rządu są fatalne i też ciągle pikują.
Jakie są szanse na zmianę tego trendu?
– Paradoksalnie największą szansą dla Donalda Tuska na odwrócenie tego trendu jest dziś Karol Nawrocki. Premier będzie teraz stawiał na przekonanie Polaków, że jest mniejszym złem niż prezydent Nawrocki. Spodziewam się kolejnych politycznych pułapek zastawianych na prezydenta, które będą miały udowodnić wyborcom, że duży pałac jest nieudolny. Z kolei Karol Nawrocki będzie usiłował przejść do ofensywy, być może nawet ustawić się w pozycji nad-premiera, który nadaje własny ton, narzuca inicjatywę. Pytanie, czy mu się to uda i czy uda mu się uniknąć pułapek zastawianych na niego przez rząd.
Wobec tych napięć między obydwoma pałacami, na ile prawdopodobne są przyspieszone wybory?
– Nie postawiłbym pieniędzy na żadną z takich opcji. Z perspektywy PiS-u opłaca się szybko przejąć władzę, ale opłaca się również czekać, aż poparcie dla obecnego rządu spadnie naprawdę do minimalnego poziomu. Przyspieszone wybory nie są również w interesie obecnego rządu. Mając świadomość własnych słabych notowań, będą chcieli trzymać się władzy, ile się da – choć w pewnym momencie może się okazać, że tylko przedterminowe wybory są w stanie zatrzymać gwałtowne spadki notowań. Dziś Donald Tusk jest w sytuacji Jarosława Kaczyńskiego z 2007 roku. Wtedy lider PiS miał do wyboru tylko mniejsze zło: albo rząd mniejszościowy, albo przedterminowe wybory. Wybrał to drugie – i stracił władzę na osiem lat. Tusk obecnie dokonuje podobnych kalkulacji jak Kaczyński 18 lat temu. Ma ten atut, że – w przeciwieństwie do PiS w 2007 roku – ciągle utrzymuje większość w Sejmie. Trudno obecnie przewidzieć, w jaki sposób je sobie zbilansuje. Dziś scenariuszy jest kilka, a każdy z nich równie prawdopodobny.
---
Agaton Koziński
Komentator, publicysta polityczny; zastępca redaktora naczelnego dziennika „Polska”; wcześniej pracował w tygodniku „Wprost”, miesięczniku „Wszystko co Najważniejsze”, redakcji zagranicznej PAP; współautor książki Jarzmo wielkości Francji; absolwent dziennikarstwa UW
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













