Piwonia Sarah Bernhardt to najpopularniejsza odmiana piwonii na świecie. Ma duże, pełne kwiaty, karbowane płatki, różowy pastelowy kolor. Tyle że nie pachnie oszałamiająco, zaledwie trochę. Wyhodowana została przez francuskiego ogrodnika i nazwana w 1906 roku ku czci wielkiej aktorki, o której Jean Cocteau mówił „Święty Potwór”, a Victor Hugo – „Złoty Głos”. Wszyscy natomiast używali przydomka „Boska”.
Francuski reżyser Guillaume Nicloux podjął się zadania trudnego, chcąc przedstawić współczesnemu widzowi wybitną aktorkę sprzed wieku. Powstał film niezwykle barwny i efektowny w warstwie wizualnej, lecz poza tym powierzchowny i banalny. Nie służą mu ciągłe przeskoki chronologiczne, w których można się zagubić (pięć lat temu, dwa dni później, dwadzieścia lat wcześniej, miesiąc później…), a które skutecznie zaburzają dynamikę. Nie służy mu też natłok informacji przekazywanych niby mimochodem, bo reżyser nie miał pomysłu, jak inaczej udowodnić nam, przez kogo Bernhardt (w tej roli Sandrine Kiberlain) była uwielbiana i kto był jej kochankiem (a kto nie był?). Albo jak pokazać, że to aktorka-feministka? Najlepiej najprościej i tak w ciągu pierwszych 20 minut dowiemy się sporo o jej życiu erotycznym: miała romanse i z mężczyznami, i z kobietami oraz w trójkącie. Potem już Nicloux skupia się na wątku jej miłości do francuskiego aktora Luciena Guitry’ego (Laurent Lafitte), z którym przez długi czas pozostawała w wolnym związku. Natomiast o jej skomplikowanym charakterze mają świadczyć niekontrolowane wybuchy śmiechu i karczemne awantury urządzane służącym i młodym aktorkom. Gdzieś w tle majaczy dramat traumatycznych przeżyć z dzieciństwa, rekompensowany autodestrukcyjnymi zachowaniami i życiem w ekstrawaganckim przepychu.
I to by było na tyle, jeśli chodzi o „oddanie hołdu dla wybitnej artystki”, jak mówi o swoim filmie reżyser. Bo czegóż dowiadujemy się o jej wybitności? Chyba tylko tyle, że byłaby z niej dzisiaj idealnie topowa celebrytka. A to jednak za mało jak na „wybitną aktorkę”.
Sceny
Oczywiście jednym z talentów Bernhardt było umiejętne zarządzanie swoim wizerunkiem. Pokazywała swoje zdjęcia w trumnie wyściełanej atłasem, w której podobno miała zwyczaj kłaść się na drzemki. W domu trzymała boa dusiciela, aligatora i geparda oraz kilka ptaków, które latały między pokojami. Rozumiała, że aby być podziwiana, musi być wszechobecna. Chętnie więc pozowała i starała się o to, by jej wizerunek był widoczny. Wielka w tym zasłucha Alfonsa Muchy, który tworzył słynne secesyjne afisze teatralne z jej postacią. Wszystko to przyniosło efekty: pod koniec XIX wieku była z pewnością najbogatszą i najbardziej znaną aktorką.
Grała na całym świecie, gościły ją sceny europejskie, obu Ameryk, Australii i Bliskiego Wschodu. Zagrała ponad 70 ról (kobiecych i męskich) w 125 sztukach. Posiadała niebywałą zdolność pamięciową, zapamiętywała tekst z łatwością, która zdumiewała innych (miała 74 godziny, żeby nauczyć się i przećwiczyć główną rolę w Fedrze Racine’a – mówiła, że wystarczy, że przeczyta tekst dwa-trzy razy i już zna go na pamięć). A kiedy pojawił się film, natychmiast zobaczyła w nim przyszłość.
Nie obraziła się na nową technologię, lecz od razu z radością odpowiedziała na propozycje udziału w filmie. Była też jedną z pierwszych bohaterek filmu dokumentalnego: zaprosiła twórców do własnego domu, aby pokazać swoją codzienność. A przynajmniej codzienność, którą wykreowała dla tych, którzy ją uwielbiali. Nie zwolniła nawet wtedy, gdy amputowano jej nogę. Nie miała ochoty na protezy, na scenie balansowała, opierając się o elementy scenografii. Na krótko przed śmiercią zgodziła się na udział w kolejnym filmie dokumentalnym o sobie. Twierdziła, że skoro płacą jej za to 10 tys. franków dzienne, a ona nawet nie musi się ruszać z domu, to rachunek jest prosty. Zmarła w przededniu rozpoczęcia zdjęć. Miała 79 lat.
Teatry
Skąd się wzięła? Napisała autobiografię, którą trzeba czytać ostrożnie, bo tworzyła wokół siebie mity. Nawet dziś trudno jej biografom odcedzić prawdę od fikcji. Kilka faktów. Urodziła się 22 października 1944 roku w Paryżu. Ojciec nieznany, choć niektóre wersje wydarzeń podają jedno nazwisko. Matka – kurtyzana żydowskiego pochodzenia. Miała bogatych i wysoko postawionych klientów, nie była w stanie zająć się córką, więc oddała ją na wychowanie. Dziesięcioletnia Sarah, po latach spędzonych na przedmieściach i u niani, a potem w internacie, znalazła się w ekskluzywnej szkole klasztornej. Kiedy znajomy jej matki zaprowadził ją po raz pierwszy do teatru, pojawił się dylemat, bo dotąd chciała zostać zakonnicą, teraz zaś aktorką. Przyklasnął temu Alexander Dumas (pamiętajmy, że matka obracała się w wysokich sferach) i tak oto znalazła się w murach Konserwatorium Paryskiego, gdzie uczyła się sztuki aktorskiej.
Miała 18 lat, gdy zadebiutowała w Comédie-Française, najważniejszej scenie Francji. Była przeraźliwie chuda, miała chmurę kręconych rudych włosów i zdecydowanie niemodną aparycję. Niczego nie ułatwiał jej też trudny charakter. Tak się zaczęła jej aktorska droga, wcale niełatwo, z przerwami, w czasie których zarabiała na siebie i swoje potrzeby ciałem. Grywała kiepskie role, czasem tylko dublowała, nie gardziła słabymi komedyjkami. Przełomem okazała się postać młodego trubadura ze sztuki Coppée’go, wreszcie została dostrzeżona przez krytyków i publiczność. I tak się zaczęło.
Odeon, znowu Comédie-Française, potem wiele lat podróży z własną trupą po całym świecie, wreszcie swój własny Théâtre de la Renaissance, w którym wprowadziła nowe zasady: zlikwidowała budkę suflera, zrezygnowała z klakierów i zatrudniła czeskiego artystę Alfonsa Muchę do „produkcji” barwnych plakatów. Repertuar jednak wybierała klasyczny, nie przepadała za nowymi sztukami współczesnych autorów. „W teatrze – pisała – to, co naturalne, jest dobre, ale to, co wzniosłe, jest jeszcze lepsze”. Wkrótce wydzierżawiła od miasta znacznie większy budynek teatralny na 1700 miejsc, odnowiła go i nazwała Théâtre Sarah Bernhardt. To na tej scenie odegrała słynną rolę Hamleta, która stała się jedną z jej najsłynniejszych osiągnięć. A Mucha projektował już nie tylko plakaty, ale i kostiumy oraz biżuterię.
Prawdy
Pisano, że hipnotyzuje publiczność, że uwodzi. Zachwycali się krytycy i pisarze, wierzyli jej postaciom, urzekała gestem i głosem. Oscar Wilde pisał, że jest niezrównana, Victor Hugo wychwalał jej harmonijne ruchy i głos, Freud sposób, w jaki milczy. Potem czas Sary Bernhardt zaczął przemijać, jej styl gry już nie odzwierciedlał potrzeb nowego pokolenia. Turgieniew stwierdził: „Ma tylko cudowny głos. Reszta jest zimna, fałszywa i afektowana”, George Bernard Shaw wypominał, że nie wciela się w postać, ale oszukuje, Czechow skwitował: „Jej czar jest przytłumiony sztucznością”.
Tymczasem ona tak bardzo zwracała uwagę na szczerość. W ostatnich latach życia pisała podręcznik sztuki aktorskiej, który został wydany po jej śmierci. „Musimy stworzyć atmosferę poprzez naszą szczerość, żeby zdyszana i rozproszona publiczność nie odzyskała wolnej woli i równowagi aż do opadnięcia kurtyny. Powinniśmy poszukiwać prawdy”. Pisała o sztuce używania głosu, który jest „instrumentem najpotrzebniejszym dla artysty dramatycznego”, o geście i o wyrażaniu emocji bez słów. „Dykcja, sposób stania, spojrzenie, gesty są dominujące w rozwoju kariery artysty”. Namawiała do analizowania postaci i wskazywała na ich życie „poza” tekstem. Pytała, czy świat gotowy jest przyjąć bohatera pozbawionego narzuconej mu legendy: „Nie chcemy, by Joanna d’Arc była prymitywną, szorstką wieśniaczką, która gwałtownie odtrąca ordynarnego najemnika, który chce się z nią przekomarzać, która jeździ jak mężczyzna na potężnym koniu rasy perszeron, która chętnie śmieje się ze sprośnych żartów żołnierzy i jest poddawana nieprzyzwoitej rozwiązłości barbarzyńskiej epoki, w jakiej żyje. W legendzie pozostaje kruchą istotą, którą kieruje boska dusza. Jej dziewicze ramię, trzymające ciężki sztandar, podtrzymuje niewidzialny anioł”. Odrzucała realizm. Wybierała legendę.
---
Boska Sarah Bernhardt
Guillaume Nicloux
Francja, Belgia 2024
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













