Wielu przedwczesnych zgonów i chorób jesteśmy w stanie uniknąć, jeśli dostrzeżemy i zaspokoimy potrzeby naszych ciał. Jednak niezachwiana wiara w moc diety, ćwiczeń i kontaktu z naturą może sprowadzić nas na zdrowotne, finansowe i relacyjne manowce.
Wojna i cellulit
Rina Raphael, autorka wydanej niedawno w Polsce książki Ewangelia wellnessu. Fałszywa obietnica dobrostanu, wiąże naszą obsesję na punkcie ekologicznej żywności i modelowania ciała na modnych siłowniach z dość typowym dla naszej dekady poczuciem bezradności, braku stabilizacji i lęku. Boimy się (co nie wydaje się bezzasadne) kolejnej wojny, populistycznych rządów, wybuchu kolejnej pandemii i związanych z nią ograniczeń, a także tego, że tworzone przez nas relacje okażą się nietrwałe. Nie możemy powstrzymać krwawych i nieprzewidywalnych dyktatorów – możemy zaś ograniczyć widoczność cellulitu i przybieranie na wadze. Formowanie własnego ciała daje nam poczucie kontroli i skuteczności, którego bardzo potrzebujemy. Producenci zdrowej żywności i butów do biegania doskonale o tym wiedzą, stąd też wołają do nas: just do it! (swoją drogą, mało kto wie, że ten slogan reklamowy „stworzył” więzień skazany na karę śmierci, wypowiadając te słowa tuż przed swoją egzekucją). Wellness pozwala nam także odciąć się od tego, czego nie lubimy w samych sobie: słabości, niedostatku, kruchości. Na macie treningowej posiadającej liczne certyfikaty, którą rozkładamy w modnym i luksusowym studiu fitness, możemy poczuć się – choćby przez chwilę – jak ludzie sukcesu, którzy kroczą przez życie wytyczoną przez siebie ścieżką. Dzięki stosowaniu modnych diet (ostatnio jest to keto, wcześniej popularnością cieszyła się dieta paleo) sami przed sobą tworzymy swój obraz jako osób świadomych, wyjątkowych, kompetentnych i „wiedzących więcej” niż ogół społeczeństwa, który wciąż na obiad zjada pierogi z jagodami. Wiara w wellness pomaga nam ukryć i kompensować niewiarę we własne możliwości i znaczenie – koresponduje ona z narcystycznym kawałkiem naszej osobowości, który posiada przecież każdy człowiek, nie tylko patologiczny narcyz. Nowa prozdrowotna ewangelia koi także lęk przed śmiercią. Ludzka śmiertelność stanowi współcześnie tabu – mało kto z nas był do końca przy umierającym człowieku, a pogrzebów nie poprzedzają złożone żałobne rytuały. Obawa przed końcem życia, choć wyparta, nigdy jednak nie znika – jest wmurowana w naszą egzystencję. Ograniczenie spożycia węglowodanów (czasami samo w sobie bardzo korzystne) pozwala odsunąć od siebie myśl, że pewnego dnia i tak pracownicy zakładu pogrzebowego zaniosą nasze ciało na miejsce ostatecznego spoczynku. Nawet jeśli w ostatniej woli zaznaczymy, że chcemy, aby na konsolacji po naszym pogrzebie nie podawano mącznych dań, to cóż – my i tak nie zakosztujemy już tego bezglutenowego kotleta typu devolay.
Fałszywi prorocy zdrowia
Rosnąca świadomość zdrowotna Polaków czy Amerykanów oczywiście nie powinna być rozpatrywana w kategoriach problemu. To, że chcemy więcej się ruszać, zdrowiej się odżywiać, ograniczać kontakt z używkami, to elementy, które zaprocentują na rzecz zdrowia publicznego i które są oznakami dojrzewania społeczeństw. Aktywność fizyczna jest absolutnym filarem naszego zdrowia psychicznego i fizycznego, a odpowiednio zbilansowana dieta potrafi naprawdę wydłużyć życie. Jednak paradoksem sytuacji jest to, że wiara w wellness niekoniecznie musi wiązać się z realną dbałością o stan własnego zdrowia – a przynajmniej nie zawsze tak się dzieje. W Ewangelii, w którą wierzą chrześcijanie, zbawicielem i mesjaszem jest Chrystus – w ewangelii wellnessu postaci „zbawiające” czy „mesjasze” także się pojawiają. Nie zawsze jednak mają do tego jakiekolwiek kompetencje. Wśród proroków wellnessu roi się od wyznawców pseudonauki, osób nieumiejących odpowiednio interpretować danych czy coachów, którzy dowody anegdotyczne traktują jako obowiązującą wszystkich normę („szwagier odstawił gluten i zgęstniały mu włosy, więc dla własnego dobra nie jedzcie pieczywa!”). Jak można się domyślić, na obietnicy wydłużenia nam życia i wyzwolenia z chorób można również zbić całkiem pokaźną fortunę – jednym z najbardziej jaskrawych przykładów takich działań jest firma założona przez Elisabeth Holmes, która miała zajmować się diagnostyką na podstawie jednej kropli krwi. Na szczęście przypadek Theranosa (przedsiębiorstwa Holmes) został starannie prześwietlony, na skutek czego jego założycielka trafiła do więzienia – swoją pseudomedyczną działalnością zdążyła jednak wyrządzić wiele szkód. Oczywiście nie każdy, kto w mediach społecznościowych czy w prasie promuje zdrowy styl życia, jest malwersantem i naciągaczem. W interencie i poza nim nie brakuje dietetyków, lekarzy czy fizjoterapeutów, którzy swoim fanom dostarczają adekwatnej wiedzy. Jednak nawet do najstaranniej opracowanego contentu tego rodzaju powinniśmy podchodzić z rozsądkiem: szeroko rozumiany wellness to ważny, ale niejedyny element ludzkiego życia, mający wpływ na jego długość i jakość. Co więcej, kompleksowa dbałość o zdrowie to często złożony i nieinstagramowy proces. Zabiegu kolonoskopii – często bardziej potrzebnego niż masaż balijski – influencerzy raczej nie pokazują na swoich profilach. Wellnessowa nowina bywa zatem dość mocno wybiórcza i przeestetyzowana – a to tworzy złudne wrażenie, że zdrowe jest zawsze to, co atrakcyjne. Klasycznym przykładem takiego schematu myślowego jest powszechnie przyjmowane założenie, że szczupłe ciało to ciało zdrowe, co przecież absolutnie nie musi być prawdą.
Odpowiedź na zaniedbanie
Powszechna wiara w ewangelię dobrostanu stanowi objaw bardzo poważnego problemu: ograniczonego dostępu do ochrony zdrowia. Raphael w swojej książce pisze głównie o realiach amerykańskich, w których o dostępie do lekarza decyduje często wykupienie (lub nie) odpowiedniego ubezpieczenia. W Polsce teoretycznie opieka medyczna jest darmowa, jednak w praktyce mierzymy się z wieloma podobnymi wyzwaniami co Amerykanie. W kraju nad Wisłą także brakuje lekarzy i pielęgniarek, ochrona zdrowia jest niedofinansowana, a czas oczekiwania na wizytę u specjalisty czasami liczy się w latach. Prorocy wellnessu stają się więc dla nas tym samym, czym dla osób żyjących np. w dwudziestoleciu międzywojennym i niemającym dostępu do lekarza czy choćby felczera byli znachorzy. Influencerzy, którzy promują leczenie depresji za pomocą „diety lwa”, nachalni promotorzy morsowania (które posiada o wiele mniej udowodnionych właściwości zdrowotnych, niż wielu z nas sądzi), piewcy rezygnacji z porannej kawy w imię walki ze zbyt wysokim poziomem kortyzolu obiecują nam, że zrobią to, co powinni zrobić medycy: wyleczą nas z różnych chorób ciała i umysłu. Niestety wielu z nich albo ma złe intencje i dopuszcza się manipulacji, albo też po prostu nie ma wystarczającej wiedzy, by ich oferta leczenia mogła być skuteczna – tak jak wpakowanie małej Rozalki do pieca na trzy zdrowaśki nie mogło stanowić sensownej alternatywy dla antybiotykoterapii, której zapewne dziewczynka z noweli Prusa potrzebowała. Przez kilkadziesiąt lat jednak stworzyliśmy w Polsce – podobnie jak w USA – system, w którym osoby mające sporo charyzmy i mało skrupułów mogą (często bezkarnie) żerować na uniwersalnym, ludzkim pragnieniu zdrowia i urody. Ustawa „lex szarlatan” może do pewnego stopnia dać temu zjawisku opór, ale sama w sobie nie rozwiąże problemów, które narastały przez długi czas.
Z rakiem się nie przegrywa
Według standardów ewangelii wellnessu dbanie o siebie staje się kolejnym obowiązkiem, który wręcz należy zrealizować. Samo myślenie tego rodzaju nie jest jeszcze niczym niewłaściwym – o własnych potrzebach także powinniśmy przecież pamiętać, aby cieszyć się zdrowiem i móc skutecznie dbać o innych. Problemem jest jednak to, że ewangelia wellnessu jest także szczególną odmianą ewangelii sukcesu – według proroków tej świeckiej religii człowiek ma właściwie nieograniczony wpływ na własne życie, zdrowie i samopoczucie. Stąd też myślenie w kategoriach nowej „ewangelii” może pogłębiać istniejącą w społeczeństwie fatfobię („przecież otyłość można pokonać siłą woli i karnetem na pilates!), dyskryminację osób z niepełnosprawnościami, a także myślenie o wielu chorobach w kategoriach wygrywania i przegrywania. Już od dawna (niestety) używamy okrutnego stwierdzenia „przegrać z rakiem”, co oznacza, że śmierć traktujemy właśnie jako słabość, a cały proces leczenia jako rywalizację z siłą choroby. W takim podejściu umyka nam to, że dana osoba przede wszystkim żyła ze swoją chorobą, przeżywała lepsze i gorsze dni, mierzyła się z lękiem przed śmiercią. Podejmuję ten temat krótko po śmierci Joanny Kołaczkowskiej, legendy polskiego świata rozrywki, której śmierć zostaje przez wielu komentatorów sprowadzona (zapewne nieświadomie) do przegranego meczu piłki nożnej. Kultura wellnessu zaś nie tylko nie uczy nas empatii wobec osób przewlekle chorujących, ale nierzadko wzbudza w chorych poczucie winy i wstydu – skoro wszystkie choroby są wynikiem zaniedbań, to człowiek z problemami zdrowotnymi jest „sam sobie winien”. Jest to niebywale toksyczny przekaz, który dodatkowo obciąża chorych i ich bliskich. Na bycie zdrowym można rzecz jasna w pewnym stopniu zapracować, jednak wolność od wszelkich chorób nie stanowi ani trofeum, ani „nagrody” za ciężką pracę – znaczenie ma także środowisko, genetyka i koleje naszego życia. Ktoś, kto wywodzi się z zamożnej i inteligenckiej rodziny, w której dzieci od najmłodszych lat otrzymują sensowną edukację zdrowotną, ma o wiele większe szanse na zdrowie i atrakcyjny wygląd niż ktoś, kto żyje w ubóstwie. Samotna matka dziecka z niepełnosprawnością być może zostanie fitmum, ale będzie to dla niej nieporównywanie trudniejsze niż dla matki zdrowych, samodzielnych dzieci, która swoje pociechy wychowuje z zaangażowanym partnerem. Wellnessowa „dobra nowina” i typowe dla niej stwierdzenie, że doba każdego człowieka ma przecież tyle samo godzin (więc każdy może stać się „lepszą wersją siebie”), bagatelizuje różnice indywidualne, a przede wszystkim – klasowe.
Obietnica dobrostanu, którą kusi nas ewangelia wellnessu, jest fałszywa właśnie dlatego, że wmawia nam wyłączną odpowiedzialność za własne zdrowie i szczęście. Tymczasem każdy, kto twierdzi, że możemy wszystko i jesteśmy w stu procentach kowalami własnego losu jest albo naiwny, albo – trzymając się biblijnych analogii – ma tendencje do wypowiadania fałszywych proroctw.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















