Dogmat o współkochających


O tym, po co nam dogmaty, dlaczego nie udaje nam się osiągnąć jedności, jaka była w czasach soboru nicejskiego i jakie są jego praktyczne konsekwencje - rozmowa z kard. Grzegorzem Rysiem
Czyta się kilka minut
Nicejskie wyznanie wiary. Egipski papirus datowany na VI wiek, Biblioteka Uniwersytetu w Manchesterze | fot. Wikipedia
Nicejskie wyznanie wiary. Egipski papirus datowany na VI wiek, Biblioteka Uniwersytetu w Manchesterze | fot. Wikipedia

Sobór nicejski, którego 1700. rocznicę właśnie obchodzimy, to pierwszy sobór powszechny w historii Kościoła, który uznają wszystkie Kościoły i wspólnoty chrześcijańskie. Czy można powiedzieć, że jest on swoistym punktem odniesienia dla jedności, jaka wtedy panowała w chrześcijaństwie?
– Wtedy nie było takich różnic między Kościołami, to był zupełnie inny czas. Trwał jednak spór teologiczny, bardzo ważny – bo dla chrześcijan nie ma ważniejszego pytania niż to, kim był Jezus Chrystus. Chrześcijaństwo nie było tak bardzo podzielone, w sposób niestety dziś już ustabilizowany. Dziś istnieje wiele denominacji, które mają swoją – niekiedy długą – tradycję. Obie te sytuacje są ze sobą niezestawialne. Jednak sobór nicejski może pomóc w relacjach między Kościołami. Uświadomić nam to, co nas fundamentalnie łączy. Bo na co dzień skupiamy się na tym, co nas – nie zawsze fundamentalnie – różni. To, co łączy, jest podstawowe; to, co dzieli – nie zawsze ma taką kwalifikację.

Wchodząc od dziecka w świat katolicki, nie zastanawiamy się, skąd się wzięły dogmaty. Czasem mam wrażenie, że Jezus w Ewangelii mówi: prawda was wyzwoli, a część katolików słyszy to jako: „dogmaty i posłuszeństwo was wyzwolą”. Prawdy się szuka, dogmaty wyznaje się bez szemrania. Skąd brała się potrzeba ustalania dogmatów?
– Dogmat kształtuje się wtedy, kiedy zostaje zakwestionowana jakaś istotna prawda wiary. Potrzebuje ona doprecyzowania. Zasadniczo tylko w takich sytuacjach się je ogłasza. Prawda podawana w wątpliwość wymaga bardzo precyzyjnego dookreślenia i objaśnienia. Co ważne, do takiej precyzacji nie wystarcza już język biblijny. Trzeba szukać innego. Precyzyjnie wyrażony dogmat powinien być jeszcze wyjaśniony, żeby przeciętny człowiek mógł go zrozumieć.
W Nicei napisano, że Syn jest współistotny Ojcu – mają jedną istotę. Tego pojęcia nie ma w Biblii. Żeby je zobrazować i prosto pokazać, o co chodzi, użyto określenia: „Światłość ze Światłości”. Człowiekowi pojawia się w głowie obraz: ktoś od płomienia świecy odpalił drugą świecę. Patrząc na dwa płomienie, każdy widzi, że one absolutnie się od siebie nie różnią. Na tym konkretnie polega abstrakcyjny termin „współistotność”. Ranga soboru nicejskiego wynika również z tego, że po raz pierwszy określono dogmat w języku niebiblijnym.

Filozoficznym?
– Próbuję się powstrzymać od takich sformułowań, żeby go nijak nie zetykietować.

Może „w języku współczesnej sobie kultury”?
– Tak, to jest w porządku. O „pierwszej Nicei” mówi się, że to była wielka próba inkulturacji Ewangelii.

My mamy bardzo poukładany zestaw dogmatów, których dzieci uczą się na lekcji religii, a katechumeni – przygotowując się do chrztu. Chrystus jest Synem Bożym, Bóg jest Trójcą Osób itd. W co tak naprawdę wierzyli pierwsi chrześcijanie, skoro nie było oficjalnej wykładni, tylko tradycja? Często ustna.
– Oni też wierzyli w to, że Bóg jest jeden w Trzech Osobach. Kiedy w IV wieku pojawia się Ariusz, który mówi: „Logos nie jest Bogiem, tylko stworzeniem”, kwestionuje prawdę, którą powszechnie przyjmowano. Trzeba było tylko na nowo i jasno ją zdefiniować, ująć w dogmat. Ale chrześcijaństwo zawsze było wiarą w jednego Boga w Trójcy. To nie było tak, że w IV czy V wieku sztucznie wymyślono dogmat o Trójcy.
Już od I wieku w poszczególnych Kościołach lokalnych (w Rzymie, w Jerozolimie, w Antiochii itd.) znane były symbole wiary, gdzie ta prawda była zapisana. Wyrażona. Symbol wiary przyjęty w Nicei różni się od nich tym, że został przyjęty przez wszystkie Kościoły. Nie był to pierwszy chronologicznie symbol, był pierwszym symbolem wspólnym. Wszystkie Kościoły ówczesnego chrześcijańskiego świata – reprezentowane przez biskupów – pod nim się podpisały. On się zresztą zaczyna w liczbie mnogiej „Wierzymy”, a nie: „Wierzę”. W tym zwrocie także jest zawarta specyfika symbolu nicejskiego.

W Nicei ustalono, że Syn i Ojciec mają tę samą hipostazę. Dla zwykłego człowieka jest to słowo niezrozumiałe. Hipostazę można uznać za synonim istoty, natury, podstawy. Ale tajemnicę Boga jednego, ale w Trzech Osobach, trudno wyjaśnić, nie tylko dziecku. Pamiętam kazanie pewnego kapucyna w Krakowie, który obrazowo opowiadał: Bóg składa się jakby z bloków kamiennych, jakie znamy z budowy egipskich piramid. Bloki są ze sobą tak ściśle złączone, że w ogóle nie widać spojenia i mamy wrażenie, że to jedna skała – ona jest też z tej samej materii, budulca. Mimo tego bloki są trzy. Można tak Boga opisać?
– Kwestię Trzeciej Osoby, Ducha Świętego, omawiał szerzej już sobór w Konstantynopolu, w 381 roku. Mnie takie porównania nie przekonują. Mówiąc o Trójcy, dotykamy wielkiej Tajemnicy naszej wiary. Są takie momenty, w których trzeba uznać, że rozum po prostu nie rozszyfruje sacrum. Według ludzkich kategorii poznawczych nigdy nie jest tak, że 1=3! Można oczywiście próbować, Jezus też wiele rzeczy wyjaśniał w przypowieściach, w miarę prosto, co Jego nauczaniu dało zresztą charakter ponadczasowy.
Przypomina mi się historia ze św. Augustynem. Kiedyś pewne dziecko mu powiedziało, że napisze traktat o Trójcy z taką łatwością, z jaką na plaży można przelać całe morze do dołka w piasku. Tego się po prostu zrobić nie da! Nie jesteśmy jednak całkowicie bezradni. Niemiecki teolog Gisbert Greshake dopisał zakończenie historii. Stwierdził: szkoda, że to dziecko nie poradziło Augustynowi, by poszedł się w morzu wykąpać. O ile przelewanie morza nie ma sensu, to pływanie w nim ma sens, i to głęboki. Choć umysłem nie pojmiemy tajemnicy Trójcy Świętej, możemy ją jednak przeżywać, doświadczać jej w sposób bardzo praktyczny. Prawda o Trójcy jest jedną z najbardziej praktycznych prawd wiary – pomaga nam wejść z relację z Bogiem, i w relacje w ogóle! Pływanie oznacza, iż mogę odnaleźć się w potrójnej Relacji, jaką jest Bóg. Odkrywamy, że człowiek spełnia się wtedy, kiedy jest w relacji z innymi. I kiedy one są jeszcze uczestnictwem w tym, co stanowi Relację Boga w Trójcy, w Trzech Osobach. To jest w ludzkim życiu najpiękniejsze… Mogę kochać nie tylko po swojemu, a czasem człowiek kocha tak, że potrafi kogoś miłością zabić. Jeśli jest w stanie przyjąć miłość ze strony Boga, to być może nauczy się – razem z Nim – kochać inną osobę. Jan Duns Szkot mówił: Bóg w Trójcy poszukuje współkochających.

Miał genialną intuicję! Intrygują mnie późniejsze sobory – efeski w 431 roku i chalcedoński w 451 roku, ponieważ to od nich zaczęły się w chrześcijaństwie podziały. W Polsce zasadniczo znamy katolicyzm, prawosławie i protestantyzm. Chrześcijaństwo jest bardziej różnorodne. W V wieku doszło do rozłamów, które skutkowały powstaniem aż kilkudziesięciu Kościołów wschodnich! Nie wszyscy chrześcijanie przyjęli dogmaty uchwalane na tych pierwszych soborach. Jak to się stało, że w Nicei udało się jedność zachować?
– Nicea zdefiniowała najbardziej podstawową prawdę chrześcijańską, a raczej dwie z nich: Jezus Chrystus jest Bogiem (jest On współistotny Ojcu) i jest też prawdziwym człowiekiem (współistotnym nam). Ten spór nie zakończył się od razu, dlatego kwestiami chrystologicznymi zajmowało się wszystkich siedem pierwszych soborów.
Najprościej wyjaśniając, czemu tak się działo? Bo pojawiały się kolejne pytania, zwłaszcza: jak natura Boża, która jest w Jezusie Chrystusie, ma się do natury ludzkiej? Debata trwała cztery wieki. Chociaż gdyby przyjrzeć się uważnie dokumentom poszczególnych, to cały czas powracano do jednej formuły, którą stworzył św. Ireneusz z Lyonu, a mianowicie: „jeden i ten sam”. Jeden i ten sam Chrystus jest człowiekiem i Bogiem. W związku z tym: „jeden i ten sam” jest śmiertelny i nieśmiertelny; ograniczony i nieograniczony; musi się po ludzku uczyć i jest wszechwiedzący.
Wokół formuły Ireneusza długo trwały debaty, jak dokładnie, precyzyjnie rozpisać ją na konkrety. Jeśli wiemy, jak się do siebie mają natury Jezusa Chrystusa, to jak się do siebie mają Jego wole? Jego działania? Pytań szczegółowych, które potem wynikły z nicejskiego dogmatu, było dużo. Dwie natury w jednej osobie Wcielonego Słowa Bożego.

W Nicei udało się też ustalić wspólną dla Kościołów datę świąt Zmartwychwstania. Dziś ona się dawno „rozjechała”, na skutek innych schizm i reformy kalendarza juliańskiego przez Grzegorza XIII w 1582 roku – która też podzieliła niektóre Kościoły, czego w tamtej epoce nikt oczywiście nie mógł przewidzieć. Mija 1700 lat. Co my powinniśmy wynieść z tego wydarzenia? Jakie wyzwania lub pytania ono stawia współcześnie?
– Powiedziałbym, że są trzy pytania. Pierwsze, nadal aktualne, brzmi: Kim jest Jezus Chrystus? Rozpisałbym to w pewnym ciągu. Najpierw: kim On jest dla mnie? Potem – kim jest w przepowiadaniu mojego Kościoła? Czy jest autentycznie Bogiem? Bo wydaje się czasem być przywalony całym systemem moralnym, etycznym, z jakim niektórzy mylą religię… A zwłaszcza 
VI przykazaniem.

To prawda, dla wielu osób podstawowe przykazania I–III odnoszące się do Boga bezpośrednio mogą nie istnieć. Byle cudzołóstwa nie było!
– Więc: kim Chrystus jest? Drugie pytanie: jak wysoce cenimy sobie jedność Kościoła? Tu mamy tradycję związaną z tym, że symbol nicejski uchwaliło rzekomo 318 ojców. To jest historyczna nieprawda, natomiast liczba stanowi bardzo ważny obraz w objaśnianiu soboru. Jest symboliczna! 318 ludzi miał Abraham, który ruszał odbić Lota, gdy ten trafił do niewoli. Ci, co wymyślili „symbol 318 ojców”, chcieli pokazać, że Kościół znalazł się w sytuacji wielkiego niebezpieczeństwa – prawdziwego zniewolenia – i potrzebował interwencji Ducha Świętego. Ten użył do niej 318 najlepszych ludzi, jakich miał, podobnie jak Abraham uwalniając Lota. To jest o tyle intrygujące, że wtedy, kiedy sobór zbierał się w Nicei, Kościół nie był już zagrożony od zewnątrz. Prześladowania chrześcijan zakończyły się edyktem mediolańskim w 313 roku, a więc 22 lata wcześniej. Groźne było natomiast większe niebezpieczeństwo – brak jedności w samym wnętrzu Kościoła! Każdy uwięziony we własnych przekonaniach, opiniach o Bogu mógł doprowadzić do rozpadu. Obawiam się, że to samo grozi nam teraz.
Bardzo łatwo punktujemy zagrożenia płynące z zewnątrz, bo one nie wymagają zmian od nas samych. A prześlepiamy wewnętrzne podziały i niezgodę.

Wrogowie jednoczą nas doraźnie, pozornie, przeciwko (prawdziwy czy zmyślony wróg – to nawet bez znaczenia) komuś. Prawdziwa jedność jest we wspólnej drodze ku Bogu.
– Największym zagrożeniem misji Kościoła są kościelne podziały. To byłby drugi motyw. A trzeci dotyczy inkulturacji. Chodzi o odwagę wyrażania prawd wiary nie tylko w języku, ale w całej kulturze dzisiejszego człowieka.

Przyznam, że z pewnym zachwytem i tęsknotą patrzę w stronę chrześcijan z okresu Nicei, bo bardzo brakuje mi w Kościele odwagi myślenia, stawiania pytań i kreatywności. Chrześcijanie w V wieku mieli mało rzeczy zastanych. Kościół był „do przedyskutowania” i poukładania. My zachowujemy się zwykle niczym epigoni, bojąc się wyjść z ramki: „bo Bóg ukaże, jeśli zgrzeszę!”. Dominuje nuda, banał, odtwórczość, konformizm. Gdzie szukać w Kościele przestrzeni do fermentu kreatywnego, intelektualnego?
– Z mojego doświadczenia wynika, że żywych przestrzeni, w których twórczo miesza Duch Święty, jest wiele. Najbardziej kreatywną przestrzenią jest dziś synod. Tam, gdzie on się dzieje, jest miejsce dla kreatywności każdego – tak samo świeckiego, jak i duchownego. Ponieważ to duży kwantyfikator, a proces synodalny trwa, i tak będzie przynajmniej przez trzy kolejne lata, postaram się dodać kilka innych rzeczy. Ale celem synodu jest właśnie zmiana kultury bycia w Kościele, a nie zapisanie takiego czy innego przepisu po obradach. Żeby potem żyć, jakby nic nigdy się nie stało. Kościół – jako taki – musi dziś zmienić kulturę funkcjonowania wewnątrz i relacje z otoczeniem wokół.
Poza synodem także w Kościele w Polsce twórczych miejsc widzę dość dużo. Są rozmaite ruchy i wspólnoty, które po Soborze Watykańskim II wyrosły jak grzyby po deszczu. Jedne mniejsze, drugie większe. Ciągle rodzą się nowe! Jest ogromna rzeczywistość tzw. strumienia łaski (wspólnot charyzmatycznych). To nie każdemu musi odpowiadać, natomiast oferta jest i nie ma co aż tak na braki w tej sferze narzekać.

Od strony duchowości, pobożności pewnie tak jest. Jest ruch charyzmatyczny. Tylko mnie chodzi o kreatywność na co dzień, bez zapisywania się do grup. A przede wszystkim chyba o intelektualny rozwój, bo dla osób świetnie wykształconych, z ciekawością poznawczą – a zwłaszcza dla kobiet – ta oferta bogata nie jest… Są grupy rodzin, ludzi szukających małej stabilizacji. Minęły lata, kiedy bardzo ciekawe debaty wzbudzały periodyki intelektualistów katolickich.
– O to trzeba pytać konkretne redakcje (śmiech). One przecież ciągle istnieją, sposób pisania tylko się zmienił. One też są narażone na banał, który polega na zejściu do pytań, jakie dziś zadają wszyscy dziennikarze – zwłaszcza ci spoza Kościoła. Nie mam na to wpływu, żaden z biskupów tego nie zakazał. Co ciekawe, kiedy takie periodyki powstawały kilkadziesiąt lat temu, znajdowały się w bez porównania gorszej sytuacji niż teraz. Nie było wolności słowa, katolików spotykały represje za wyrażanie opinii; nie było też dużo pieniędzy na działalność. Przeciwności pobudzały kreatywność i samodzielne myślenie bardziej niż inne zachęty. Poza tym ludzie musieli się zderzyć z tak wielkimi autorytetami jak kard. Stefan Wyszyński lub kard. Karol Wojtyła. Nie zawsze się z nimi zgadzali. Teraz nie ma żadnych tego typu problemów, więc wiele z utraty kreatywności ludzie zawdzięczają sobie samym. Basta! W każdym razie ja się nie czuję tu w żaden sposób odpowiedzialny.

Przykład soboru w Nicei pokazuje za to fascynującą prawidłowość: krytyka, podważanie prawd wcale nie musi prowadzić do katastrofy, czym jesteśmy straszeni. Kościół już w pierwszych wiekach nieźle radził sobie z pluralizmem. Gdy Ariusz sprawia kłopoty, zmusza katolików do myślenia, doprecyzowania dogmatów. Jeśli dziś Kościół spotyka krytyka za traktowanie kobiet, za obojętność wobec przemocy itd., to dobrze byłoby zastanowić się nad sobą, a nie iść na wojnę z Ariuszami. Tak podpowiada historia. I logika.
– Debaty nie muszą być od razu ścieraniem się z herezją. Jeśli toczą się jakieś dyskusje, na przykład dotyczące zmian w Kościele, jego reformy, często skutkuje to „odpryskiem”, bo są ludzie, którzy się w tym nie zmieszczą. Historiografia pokazuje, że tam, gdzie jest duży ferment intelektualny, pojawiają się poglądy, które wykraczają poza ortodoksję. Nie trzeba się tego jednak bać.
Obserwuję od pewnego czasu pozytywne zjawisko pojawiania się w Kościele w Polsce różnego rodzaju szkół, w tym biblijnych. Czasem są wyznaniowe, czasem międzywyznaniowe. Są szkoły liderów, szkoły ewangelizacji, szkoły liturgii. One powstają z potrzeby poważniejszej refleksji nad czymś, głównie teologicznej. Nierzadko są na bardzo wysokim poziomie katechezy dla dorosłych. Tam, gdzie powstaje szkoła, jest bardzo wielu chętnych, staje się popularna. W ten sposób objawia się wielki głód poznawczy po stronie ludzi. Zwykle jest tak, że popyt przewyższa podaż. Chętnych jest dużo więcej niż miejsc.

Można odnieść wrażenie, że rocznica soboru nicejskiego nie jest tą, którą będzie się jakoś szczególnie celebrować w Kościele w Polsce…
– To, że obchodów nie ma w wymiarze prawdziwie powszechnym, troszkę mnie dziwi. Nawet od strony programów duszpasterskich, bo w programie na ten rok, przyjętym przez Konferencję Episkopatu Polski, 1700. rocznica soboru w Nicei jest zaznaczona. Była wspominana też na Synodzie Biskupów o synodalności. I w bulli Spes non confundit papieża Franciszka, ogłaszającej Rok Jubileuszowy. Więc mamy wypowiedź papieża, jest synod z przekazem: poważna rocznica, ona ma dziś swoje znaczenie, poświęćmy jej refleksję – po czym w kraju niewiele z tego nie wynika. Rocznica minęła 19 czerwca (taka jest przyjmowana w najnowszej historiografii data inauguracji soboru). Może coś większego się wydarzy na jesieni, jeśli Leon XIV pojedzie do Turcji (Nicea to tureckie miasto Iznik). Będą przeżywać tę rocznicę razem z patriarchą Konstantynopola Bartłomiejem, co może zainspiruje tych, którzy do tej pory jeszcze jubileuszu nie zauważyli. 

---

KARD. GRZEGORZ RYŚ
Doktor habilitowany nauk humanistycznych, historyk Kościoła. Od 2017 r. arcybiskup metropolita łódzki, w latach 2020-2021 administrator apostolski diecezji kaliskiej, kardynał prezbiter od 2023 r.

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 31/2025