W gdańskim ratuszu została zorganizowana wystawa dotycząca służby mieszkańców Pomorza Gdańskiego w niemieckiej armii podczas II wojny światowej. Protesty zaczęły się od razu, a szczególny sprzeciw wzbudził tytuł: Nasi chłopcy. Krytyka i oburzenie zdają się występować w dwóch formach, nazwijmy je „soft” i „hard”.
Historia na służbie polityki
Pierwsza koncentruje się przede wszystkim na owych „chłopcach” – słowu, które w naszej historycznej wyobraźni jest na zawsze zajęte przez „chłopców od Parasola”, którzy „choć na tygrysy mają visy, to warszawiaki fajne chłopaki są!”. Jest oparta na dysonansie poznawczym, który skłania do obrony tego, co od dziesięcioleci bliskie, spójne i wrośnięte w naszą pamięć – „nasi” są ci z powstańczej piosenki, ale przecież nie ci w mundurach Wehrmachtu. Jest w tej reakcji prosty i szlachetny odruch obrony romantycznych bohaterów: Zośki, Rudego, Alka i wielu innych „naszych chłopców”.
Jest jednak druga forma krytyki, wersja „hard”. Odnajdziemy w niej oskarżenie twórców wystawy o próbę narzucenia Polakom „niemieckiej narracji”, o celowy fałsz służący wrażym interesom. Przytoczę kilka przykładów: „Agentura niemiecka przesiąknęła polskie elity”, „to jest bestialstwo antypolskie” i wreszcie najbardziej reprezentatywna opinia prominentnego polityka: „To jawna realizacja niemieckiej narracji, a prowadzą ją przecież instytucje, które powinny strzec polskiej pamięci historycznej. Tego rodzaju wystawy to próba przekłamania historii. «Nasi chłopcy» bronili Polski i ginęli od niemieckich dział, a nie zakładali mundury Wehrmachtu czy SS. To nie jest tylko źle zorganizowana wystawa – to polityczna prowokacja i kolejny dowód, że «strażnicy pamięci» spod znaku Koalicji 13 grudnia realizują niemiecką agendę historyczną”.
W tych słowach jest clou twardej wersji sprzeciwu: ma ona wymiar nie tyle historyczny, ile polityczny i służy, jak w wielu podobnych przypadkach, zwalczaniu politycznych przeciwników. Jest w niej wątek, który od lat stanowi pożywkę dla formułowania pozbawionego niuansów i światłocieni, prostego, by nie rzec prostackiego, przekazu, wedle którego „rządzą nami ludzie, którzy samych siebie określają jako Niemców”. A przecież „jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. Wbrew całemu dorobkowi procesu pojednania i przebaczenia, w którym szczególne miejsce zajmuje Kościół w Polsce i świeckie środowiska katolickie, cynicznie wykorzystywane są pierwotne odruchy, głęboko zakorzenione w polskiej podświadomości i ignorancja historyczna sporej części społeczeństwa.
Dlatego warto, choćby krótko, przypomnieć historyczny kontekst i zacierające się w naszej pamięci różnice niemieckiej polityki w zależności od regionu Polski. Być może to pozwoli nam zrozumieć, których „chłopców” możemy nazywać „naszymi”.
Nie mieli wyboru
W jaki sposób trafiali do armii niemieckiej Polacy z zachodnich ziem II Rzeczpospolitej? Po klęsce we wrześniu 1939 r. terytorium Polski, zgodnie z ustaleniami tajnego protokołu, dołączonego do paktu Ribbentrop-Mołotow, zostało podzielone między III Rzeszę i ZSRR. Tereny, które trafiły pod okupację niemiecką już 12 października, na mocy dekretu Hitlera, zyskały zróżnicowany status. Ziemie dawnego zaboru pruskiego oraz Górny Śląsk, północne Mazowsze i część ziemi łódzkiej zostały bezpośrednio włączone do Rzeszy, resztę proklamowano tzw. Generalnym Gubernatorstwem, gdzie przewidywano skomasowanie ludności polskiej aż do czasu, gdy po wygranej wojnie na Wschodzie będzie można przystąpić do jej eksterminacji. Na ziemiach wcielonych do Rzeszy planowano dokonać pełnej germanizacji, nie czekając na koniec wojny. Dlatego zaraz po klęsce Polski Niemcy rozpoczęli fizyczną eksterminację polskich elit, na masową skalę wysiedlali Polaków do Generalnego Gubernatorstwa oraz organizowali akcję pozyskiwania części Polaków poprzez instytucję tzw. Niemieckiej Listy Narodowościowej (Volkslisty) oraz germanizacji polskich dzieci w programie Lebensborn.
Właśnie Niemiecka Lista Narodowościowa jest kluczowa dla zrozumienia fenomenu Polaków walczących w szeregach Wehrmachtu. Volkslista miała stworzyć możliwość deklarowania się przedwojennych obywateli II RP jako Niemców. I i II kategoria listy były przeznaczone dla tych, którzy już przed wojną określali się jako obywatele polscy narodowości niemieckiej, III i IV obejmowały tych, którzy określali się jako Polacy, ale mogli być w ramach rasistowskich ustaw norymberskich uznani za wartościowych rasowo. Na terenie Górnego Śląska i Pomorza Gdańskiego miejscowi Polacy nie mieli wyboru – zostali wpisani na Volkslistę aktem administracyjnym, a sprzeciw oznaczał aresztowanie i wywózkę do obozu koncentracyjnego. W ten sposób wszyscy Ślązacy i Pomorzanie stali się tzw. volksdeutschami, bez względu na swój osobisty wybór.
Inaczej było w tzw. Wartheland, czyli w Wielkopolsce, gdzie wpis na Volkslistę nie był obligatoryjny. Te różnice po dziś dzień określają kształt pamięci o tym, czym była zdrada, kolaboracja i kim byli ci, którzy znaleźli się w szeregach Wehrmachtu. Każdy, kto chciałby zyskać pełną, źródłową i bezstronną na ten temat wiedzę, niech przeczyta znakomitą książkę wybitnego historyka prof. Ryszarda Kaczmarka, Polacy w Wehrmachcie. ….
Bez uproszczeń
Dziś, po dziesiątkach lat, kiedy prawie nie ma już wśród nas świadków tamtych dni, pozostajemy w sferze pamięci zapośredniczonej, podlegającej coraz większym uproszczeniom, coraz bardziej stereotypowej. Szczególnie kultura popularna, która jest coraz bardziej skutecznym nośnikiem pamięci zbiorowej, narzuca nam obraz okupacji takiej, jaką była w Generalnym Gubernatorstwie, zwłaszcza w Warszawie.
Od dawna nurtuje mnie pytanie, jak zachowaliby się bohaterowie Kamieni na szaniec, gdyby przyszło im się urodzić w Gdańsku, Wejherowie, Chojnicach i Kartuzach? Jak wyraziłby się ich patriotyzm? Byliby, wbrew swojej woli, volksdeutschami i zapewne trafiliby w szeregi Wehrmachtu. Przyszłoby im walczyć za obcą sprawę w Rosji, Francji, we Włoszech, dezerterowaliby, dołączali do szeregów Armii Andersa, albo, jak filmowy Gustlik Jeleń, do polskich jednostek Ludowego Wojska Polskiego (skądinąd zawsze mnie zastanawiała kwestia negatywnego odbioru tzw. dziadka z Wehrmachtu Tuska i pozytywnego odbioru niemieckiego czołgisty Gustlika, „który dał w łeb swoim feldfeblom” – przecież on też był volksdeutschem, żołnierzem Wehrmachtu).
Polska pamięć o Volksliście i o Polakach w Wehrmachcie została uformowana wokół rzeczywistości warszawsko-poznańskiej i nie uwzględnia realiów Pomorza i Górnego Śląska. Jakże łatwo wykorzystać zatem uproszczoną pamięć Polaków, w której wszystko, co niemieckie jest synonimem zła absolutnego. Jakże łatwo zaatakować tych historyków, popularyzatorów i dziennikarzy, którzy pragną uwolnić obraz przeszłości od doraźnych interesów politycznych, zżymają się na historyczne manipulacje. Oni starają się nam uświadomić, że nasza pamięć powinna stronić od doraźnej polityki. Historia pozbawiona uproszczeń, politycznych preferencji i ocen przeszłości uwarunkowanych dzisiejszymi sympatiami i antypatiami politycznymi, to ponadczasowy postulat, choć pewnie trudny do zastosowania.
---
Czy zatem wolno nam nazywać Polaków w Wehrmachcie „naszymi”? Każdy, kto będzie umiał przekroczyć ograniczenia własnej pamięci, zrozumie, że ci „chłopcy” nie byli świadomymi realizatorami nazistowskiej polityki rasizmu i eksterminacji, że zostali zmuszeni do walki o nie swoją sprawę. Ich los był tragiczny. Ci „z Parasola” ginąc, mogli czuć satysfakcję, ci z Wehrmachtu nie mieli szans tej satysfakcji odczuwać. Jednak czy godzi się powiedzieć, że świadomie i intencjonalnie sprzeniewierzyli się Polsce? Los tych młodych ludzi był tragiczny, także – a może przede wszystkim – dlatego, że ich dramat został wyrzucony z polskiej pamięci zbiorowej. Jedyną figurą bohaterstwa, tragedii, racji i słuszności stali się ci z warszawskich barykad. „Nasi chłopcy” – „nasi” dla swoich bliskich, „nasi” dla Polski? Czyi? Każdy z Czytelników winien sam na te pytania odpowiedzieć.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













