Jak Pani interpretuje to, co dzieje się w ostatnich tygodniach wokół sytuacji na polsko-niemieckiej granicy?
– Jestem bardzo zmartwiona, bo z mojej perspektywy cały ten dyskurs jest czysto polityczną manipulacją. W dojrzałym państwie oczekiwałabym raczej innej reakcji na to, że sąsiedni kraj zaczyna przestrzegać obowiązującego od dawna prawa.
Czyli w prawie nic się nie zmieniło?
– Przepisy, które mówią o odsyłaniu z Niemiec do Polski osób niemających uprawnienia do wjazdu obowiązują w swych pierwszych brzmieniach od 1990 r., kolejne nowelizacje następowały w 2014 i 2023 roku. Innymi słowy, przynajmniej odkąd jesteśmy w Unii Europejskiej, w podobnych sytuacjach uchodźcy są z Niemiec do Polski odsyłani. Niestety dziś wokół tej sytuacji powstała wielka antymigracyjna i antyludzka opowieść. Nie ma w niej miejsca na zrozumienie sytuacji osób będących w drodze, poszukujących nowego miejsca dla siebie w świecie z powodu dramatycznej sytuacji. Każde państwo ma prawo kontrolować swoje granice i decydować o tym, kogo wpuszczać, a kogo nie wpuszczać, ale bardzo nie podoba mi się sposób opowiadania o migrantach jako o gorszym rodzaju człowieka, „ciapatych”, „brudasach”. Dla mnie jako dla katoliczki ten sposób traktowania jakiegokolwiek człowieka jest nie do pomyślenia.
Tymczasem Robert Bąkiewicz z Ruchu Obrony Granic argumentował ostatnio, że jego antyimigrancka postawa wynika z jego katolicyzmu. Bo „najpierw trzeba bronić swojej rodziny, dopiero potem pomagać innym”.
– Zdumiewa mnie taka interpretacja zasad wiary. Istotą chrześcijaństwa jest bowiem przykazanie miłości bliźniego, czyli traktowania każdego innego człowieka przynajmniej z szacunkiem, jaki należy się mu z racji bycia stworzonym przez Boga. Nigdzie w Biblii nie znajdziemy mowy o tym, że jedni bliźni są lepsi, a drudzy gorsi. Nigdzie nie znajdziemy tam przyzwolenia na traktowanie drugiego człowieka jak zwierzęcia.
Z czego Pani zdaniem wynika tak łatwe przejmowanie haseł antyimigranckich w naszym społeczeństwie? Tym bardziej, że często głoszą je ci, którzy sami byli kiedyś emigrantami, a teraz twierdzą, że nie chcą, by sytuacja znana im z Anglii, Francji czy Niemiec powtarzała się w Polsce.
– Rzeczywiście, sama obserwuję, że niektórzy wracający z emigracji, którzy tam doświadczyli gorszego traktowania ze względu na bycie cudzoziemcem, teraz nie zgadzają się na przyjmowanie migrantów w Polsce. Często byli tam świadkami pewnego rozpadu elementarnego poczucia bezpieczeństwa społecznego, dlatego warto się zastanowić, z czego to wynika. Równocześnie jednak wielu Polaków po doświadczeniu migracyjnym ma podejście zupełnie inne: oni widzieli tam, jak migranci – w tym oni sami – budują dobrobyt danego kraju i przy okazji swój własny. Wracają z Francji, Anglii czy Niemiec z przekonaniem, że swój dobrobyt te kraje zbudowały właśnie na owej wielokulturowości i otwartości; że wielokulturowość wspiera innowacje i daje ludziom możliwości rozwoju swojego życia. Wracają z przekonaniem, że coś takiego jest możliwe. Nie zapominajmy też, jak wiele Polek i Polaków zbudowało swój dobrostan na emigracji.
Trudno się z tym nie zgodzić…
– Pamiętam, jak polskie wsie czy małe miasteczka wyglądały 25–35 lat temu. Wychodki w podwórku, ręczne wybieranie wody ze studni i rozwalające się drewniane chałupy były powszechnym widokiem. Dziś wygląda to zupełnie inaczej. To zaś zmieniło się nie dzięki temu, że nasi rolnicy tak się dorobili na uprawie ziemi czy hodowli bydła, ale po prostu wyjeżdżali masowo do bogatszych krajów, a to, czego się dorobili, wydawali w kraju na polepszenie jakości swojego życia. Zatem to, że mamy obecnie w małych miasteczkach piękne ryneczki, fontanny, a przy większości domów jednorodzinnych porządne podjazdy, wynika m.in. właśnie z tych doświadczeń migracyjnych Polaków. Nie można więc powiedzieć, że świat zachodni jest tylko zwyrodniały i okropny, a Polska pozostaje oazą normalnego życia. To ten zachodni świat dał nam szansę. Zatem ci ludzie z północnej Afryki czy krajów Bliskiego Wschodu, którzy dziś przyjeżdżają do Polski pracować, robią dokładnie to, co my sami robiliśmy w latach 80., 90. czy po 2004 roku. Nie przyjeżdżają dokonywać u nas przestępstw czy gwałcić nasze kobiety, ale przyjeżdżają zarobić na swoje domy we własnych krajach, swoje drogi czy odnowienie swoich miasteczek.
Z czego bierze się ta niechęć do emigrantów, szczególnie z muzułmańskich krajów?
– Moim zdaniem są trzy takie powody. Po pierwsze nasz pierwotny lęk przed tym, co nieznane. Jest reakcją całkowicie zrozumiałą. Właśnie dlatego zadaniem władz danego kraju powinno być stwarzanie okazji do wzajemnego poznawania się z przybyszami, poznawania ich kultur i zwyczajów, ale też odwrotnie.
Po drugie, bardzo złą robotę robi sposób, w jaki politycznie o migracji rozmawiamy. Politycy dziś wręcz prześcigają się w sposobach mówienia źle o migrantach, w wyciąganiu najgorszych sytuacji z ich udziałem. Tymczasem polska gospodarka potrzebuje migrantów, szczególnie sektor produkcji i usług, tych najmniejszych przedsiębiorstw, bo bez nich nie dałaby sobie rady. Dlatego zohydzanie migrantów w społeczeństwie po prostu społeczeństwu szkodzi.
Kilka dni temu miała miejsce – zdaje się na Mazurach – tragiczna sytuacja, że Kolumbijczyk został oskarżony o morderstwo, ponieważ dźgnął nożem kogoś w bójce. W mediach natychmiast pojawiła się opowieść, że oto mordercy z dalekich krajów przybywają do nas zabijać, a kulisy tej sprawy były inne. Owszem, dźgnął nożem w bójce, ale sprowokowany długimi i agresywnymi zaczepkami ze strony Polaków, atakujących go za obce pochodzenie. Tymczasem przemoc, niechęć i konflikty są właśnie nakręcane jednostronnymi opowieściami ze strony polityków przedstawiających migrantów jako najeżdżających nas przestępców.
A trzeci powód?
– To moim zdaniem opowiadanie, że istnieje jakaś droga odwrotu od tych współczesnych wędrówek ludów; że tych uchodźców można zawracać, jakimiś sposobami trzymać ich w ich krajach. A to kompletna nieprawda! Żyjemy bowiem w takim świecie, w którym migracja jest stałym elementem rzeczywistości. W latach 80. Polacy byli największą grupą uchodźców w Europie, w tej chwili inni ludzie poszukują takiej przestrzeni dla siebie. Z własnych krajów wyganiają ich albo zmiany klimatu, skazujące na głód i kataklizmy, albo przedłużające się konflikty czy ogólna niestabilność w niektórych regionach. Dla tych ludzi migracja jest sposobem na przeżycie albo na podniesienie standardu życia. Skupiamy się na niebezpiecznych zjawiskach, które w krajach naszego kręgu kulturowego powoduje napływ owych ludzi – i to ważne, by o problemach rozmawiać i szukać rozwiązań – jednocześnie jednak zapominamy, że ogromna większość migrantów nie sprawia problemów. Przyjeżdża do nas do pracy i chce żyć w tym nowym miejscu pokojowo. Szczucie na nich i odczłowieczanie ich jest kontrproduktywne też dla nas, jeśli również chcemy pokoju. Przecież każdy atakowany będzie się bronił. Dlatego w naszym interesie jest zastanowić się, czego potrzebujemy jako społeczeństwo i co możemy zrobić, żeby ci przyjeżdżający do nas ludzie czuli się bezpieczni, bo wtedy oni też będą bezpieczni dla nas.
Jakie błędy popełniły kraje zachodniej Europy, takie jak Francja czy Niemcy, że występują tam te niebezpieczne zjawiska z udziałem migrantów, spowodowane brakiem ich asymilacji w społeczeństwie?
– Oczywiście tych błędów było kilka, ale jako najważniejszy wymieniłabym systematyczne wykluczanie migrantów z możliwości rozwoju. Świetnie widać to na przykładzie Francji, która wymyśliła, że będzie skupiać wszystkich przybyszów w jednym miejscu, najchętniej z dala od centrów miast, tworząc dla nich pewne enklawy czy dzielnice. Szybko okazało się, że już samo to ograniczyło ich akceptację w społeczeństwie, dodatkowo utrudniając rozwój, skazując ich za sam adres zamieszkania na gorsze oferty nauki czy pracy. Zaczęli czuć się jak ludzie gorszej kategorii, co przenosiło się na ich dzieci czy wnuki. Jeśli zaś dana rodzina regularnie doświadcza ograniczenia szans, to generuje frustracje, patologie i potem przemoc. To państwo, planując, tworzy getta – nie ludzie. Na tym błędzie powinniśmy się uczyć, żeby go nie powielać.
I myśli Pani, że Polska, która nie do końca radzi sobie z własnymi obywatelami „drugiej kategorii” czy „gorszymi dzielnicami”, poradzi sobie z dodatkowym balastem w postaci migrantów?
– Na razie powielamy ten sam błąd, pozwalając traktować „naszych” migrantów jak pracowników drugiej kategorii. Moim zdaniem jednak każdego dnia mamy szansę zacząć na nowo. Nie widzę powodu, abyśmy jako państwo nie byli zdolni traktować każdego swojego mieszkańca z szacunkiem. Naprawdę jesteśmy krajem relatywnie bogatym, choć ciągle wielu obywateli nie ma takiego poczucia. Sam fakt bycia członkiem Unii Europejskiej już plasuje nas w górnych rejestrach krajów świata, jeśli chodzi o dobrobyt. To prawda, że sami mamy wiele problemów społecznych, ale to nie wyłącza naszych możliwości poradzenia sobie z nimi i z wyzwaniami postawionymi przez osiedlanie się u nas uchodźców. Nie ma „albo-albo”, że albo pomożemy polskim dzieciom, albo dzieciom ukraińskim. Możemy pomóc i swoim, i tamtym.
Innymi słowy, jest pani optymistką.
– Nie wiem, czy to jest optymizm, skoro dziś przytłacza mnie poziom dyskusji czy politycznego „bicia piany” wokół problemów z migrantami. W każdym razie tak, jestem przekonana, że to, z czym się borykamy, to problemy, które można rozwiązać, jeżeli się chce. Pracuję z migrantami od wielu lat i widzę, że to są zwykli ludzie. Ani bardziej źli niż my – Polacy, ani bardziej święci. Są zwyczajni i mają te same problemy i takie same potrzeby, jak my.
---
Stanowisko Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Migrantów i Uchodźców z 8 maja 2025 roku
Apelujemy o powrót do języka szacunku, prawdy i troski o dobro wspólne – języka, który buduje, a nie dzieli. Niech to będzie język wolny od demagogii i manipulacji. Język szacunku to również przekaz prawdy o wkładzie w gospodarkę, a także nasze życie społeczne i religijne, legalnie przebywających w Polsce obywateli innych państw. Zwracamy się z prośbą do katolickich mediów, środowisk parafialnych i wszystkich nauczających w imieniu Kościoła, aby w duchu odpowiedzialności stawali się promotorami kultury słowa w podejmowaniu tematu migrantów i uchodźców. Promowanie antymigracyjnych narracji jest nie do pogodzenia z tożsamością katolickich mediów.
Sposób, w jaki traktujemy przebywających w Polsce uchodźców i migrantów, jest testem autentyczności naszej chrześcijańskiej postawy. (…) Brak uczciwości w komunikacji tego zjawiska wywołuje postawy populistyczne, pełne napięć i agresji.
Integracja ma zawsze charakter dwustronny, a punktem wyjścia jest kreowanie ku niej należytych warunków. W tym zakresie popieramy wszelkie działania, które mają na celu wzmocnienie tych procesów i minimalizowanie ryzyka wykluczenia społecznego. Temu służą działające od dawna Centra Integracji Cudzoziemców. Tego rodzaju instytucje są niezwykle potrzebne. Dzięki nim możliwe jest przeciwdziałanie marginalizacji czy gettoizacji przybyszów, pojawianiu się ofiar handlu ludźmi i wyzysku pracowników obcokrajowców. Niepokojące są próby blokowania działalności tych tworzonych od 2017 roku instytucji, mimo ich istotnej roli w nauce języka, poznawaniu prawa i kultury, zdobywaniu pracy oraz budowaniu relacji społecznych. Obawy dotyczące ich działalności opierają się na dezinformacji i lęku, a nie na rzeczywistym zagrożeniu. Misją centrów integracji jest wspieranie procesów umożliwiających migrantom wejście w struktury społeczne i kulturowe kraju przyjmującego. Mają organizować kursy języka polskiego, przygotowywać do rynku pracy, oferować edukację prawną i kulturową, która jest fundamentem pokojowego współistnienia.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













