Nie zdążyłam, Panie. Zamknęło się moje serce na całe lata. Przez pięćdziesiąt lat żyłam, jak umiałam – wciąż w biegu. Poprosiłam o furtę, bo kiedyś przyszedłeś tu w podartym płaszczu i z pobitą twarzą. Przyszedłeś do siostry Faustyny i prosiłeś o jedzenie. Ona Cię rozpoznała. Czekam w tej samej furcie i nie przychodzisz do mnie, chociaż jesteś wszędzie”.
Ten poruszający monolog zamykający film Faustyna staje się dziś symbolem nie tylko osobistego rozrachunku z życiem, ale również ilustracją najgłębszych napięć towarzyszących współczesnej religijności. W kilku zdaniach wybrzmiewają pytania egzystencjalne, które – mimo postępu naukowego i dominacji świeckiej wizji świata – nie dały się wyciszyć. Pytania te powracają nie tyle w formie akademickich sporów, ile jako dramaty wyświetlane na „ekranie zamkniętych powiek” człowieka poszukującego sensu i pojednania nie tylko z własną historią. W świecie, który nachalnie obiecuje panowanie nad rzeczywistością, racjonalne wyjaśnienie i uwolnienie od lęków i emocji, a także całkowite zredukowanie życia do jego fizycznego wymiaru, te pytania wciąż trwają i mają swoją moc.
Niezaspokojona potrzeba metafizyki
W różnych formach słychać głos, że potrzeba transcendencji nie została wyeliminowana przez nowoczesne narracje. Przeciwnie – choć nie zawsze nazywana wprost, coraz częściej objawia się w zawoalowanej formie. Transcendencja bywa dziś wypełniana „czymś”, co umożliwia względnie spokojne życie pośród rozedrganego doświadczenia codzienności: wrażliwością estetyczną, emocjami, endorfinami, pragnieniem samorealizacji. Nawet jeśli codzienność jest gorzka, nowoczesny człowiek wie, jak ją „dosłodzić” albo jak się do niej przyzwyczaić. Tymczasem świadomość, że potrzeby metafizyczne nie mogą zostać zaspokojone efektami scjentyzmu, staje się coraz wyraźniejszym znakiem duchowej dojrzałości, znakiem dorośnięcia do poznania Tajemnicy.
Dominująca w kulturze współczesnej atmosfera pozytywistycznej pewności nie zdołała wyciszyć pytań o miejsce religii w życiu społecznym. Paradoksalnie, to właśnie w czasach odinstytucjonalizowanej wiary i indywidualistycznych strategii sensu pytania o sacrum zaczęły rozbrzmiewać na nowo – choć często poza tradycyjnymi ramami. Religia została przeniesiona w sfery dotąd uważane za „odczarowane” – poza obszary rzekomej racjonalności, modernizacji, emancypacji od mitu. Stała się znakiem różnicy pomiędzy „człowiekiem nowoczesnym” a tymi, którzy mieli pozostać zakorzenieni w przestarzałych strukturach znaczeń.
Warto jednak zaznaczyć, że ten stan rzeczy nie dotyczy wyłącznie jednostek. Wpłynął on również na samo chrześcijaństwo instytucjonalne. Kościół, pod wpływem kultury podejrzliwej wobec dogmatów, wydaje się chwilami odczuwać pewnego rodzaju zakłopotanie wobec własnych prawd wiary, poczucie zawstydzenia dogmatami. Za dręczące i niewygodne uznał pytania: Jak mówić dziś o Trójcy Świętej, Wcieleniu, Niepokalanym Poczęciu, Zmartwychwstaniu, o rzeczywistości zła i odpowiedzialności moralnej czy o nieomylności papieskiej – w świecie, który unika języka zobowiązującego i absolutnego? Czy nie lepiej – jak pyta dzisiaj wielu – skupić się na emocjonalnej wspólnocie, empatii i duchowym samorozwoju? Przybiera to postać różnych deklaracji: droga ważniejsza jest niż cel, najważniejsze jest poszukiwanie, mniej ważne co się znajduje, liczy się człowiek, bo sacrum jest takie niewymierne i kłopotliwe.
Trudność, a być może brak odwagi, w podjęciu debaty o prawdzie wynika po części z nieadekwatnego języka, jakim operuje zarówno teologia, jak i krytyka religii. Tymczasem – jak przypomina Leszek Kołakowski – człowiek współczesny nie przestał zadawać pytań metafizycznych. Sądzę jednak, że sam wysiłek ich sformułowania człowiek współczesny uznał za wyczerpujący, zbyt szybko się poddał, nie chce usłyszeć odpowiedzi, ponieważ zdecydował, że i tak nie wpisują się one w standardy empirycznego poznania. A przecież nie wszystko, co istotne, można przełożyć na język nauki. Nie wszystko, co ważne, da się zamknąć w jej granicach. Pytania metafizyczne nie podlegają prostej konwersji na pytania naukowe.
Potrzeba metafizyki, jakkolwiek nieoczywista, okazuje się trwała. Jej obecność może niekiedy ujawniać się dopiero w momentach kryzysu, granicznych doświadczeń lub duchowego przebudzenia. Ale nawet w najbardziej stechnicyzowanym świecie, nawet w kulturze głęboko odczarowanej, nie sposób całkowicie wygasić tego doświadczenia, które domaga się sensu, obecności i odpowiedzi. To właśnie ono jest często ostatnią przestrzenią, w której można jeszcze usłyszeć pytanie: „Czemu nie przychodzisz do mnie, chociaż jesteś wszędzie?”.
Religijność a duchowość
Jednym z podstawowych problemów w podejmowaniu dziś poważnej refleksji nad pytaniami metafizycznymi jest nie tyle ich treść, ile sposób, w jaki są formułowane i interpretowane w przestrzeni publicznej. W polskim dyskursie społecznym – podobnie zresztą jak w wielu innych kontekstach kulturowych – pojęcia takie jak „religijność” i „duchowość” funkcjonują często jako synonimy. To jednak uproszczenie, które zaciemnia głębokie różnice między tymi dwiema kategoriami.
Religijność nie jest tożsama z duchowością. Ma ona charakter zakorzeniony, strukturalny i wspólnotowy. Oznacza relację człowieka do Boga, wyrażającą się nie tylko w praktykach i rytuałach, ale również w przekonaniach, stylu życia i osadzeniu w nauczaniu Kościoła. To nie kwestia jedynie zewnętrznych form kultu, lecz wewnętrznej dyspozycji serca i umysłu –odpowiedzi na dar stworzenia i objawienia. Religijność jest zatem wyrazem uczestnictwa człowieka w rzeczywistości, która go przekracza, ale zarazem nadaje sens jego egzystencji. Dzieje się to zawsze w relacji osób – Boga i człowieka.
Współczesny spór nie dotyczy zatem samego istnienia religijności, lecz jej sensowności. Czy człowiek może być spełniony bez odniesienia do Boga? Czy potrzebuje zakorzenienia w rzeczywistości transcendentnej, by odnaleźć i w pełni rozpoznać samego siebie? Dla tradycji chrześcijańskiej są to pytania retoryczne. Religijność nie jest bowiem dodatkiem do człowieczeństwa, lecz jego konstytutywnym wymiarem – fundamentem tożsamości, źródłem nadziei i ramą odpowiedzialności moralnej.
Tymczasem „duchowość” w kulturze ponowoczesnej stała się słowem wytrychem, który ma złagodzić kłopotliwość jednoznaczności. W dyskursie medialnym, w literaturze popularnej, a nawet w edukacji, pojęcie to pojawia się coraz częściej – ale rzadko kiedy zostaje precyzyjnie zdefiniowane. Tradycyjnie, w kontekście chrześcijańskim, duchowość była zarezerwowana dla intensywnego życia wiarą: dla mnichów, mistyków, teologów. Obecnie jednak duchowość wykracza daleko poza obręb Kościoła i religii jako takiej. Uwolniona od religii stała się sposobem człowieka na przekonywanie, że ma on swoją własną głębię, która nie musi ograniczać się do jednej prawdy.
Duchowość bez Boga
Można wyróżnić dwa główne nurty współczesnej duchowości, które dystansują się od religii instytucjonalnej: duchowość typu New Age oraz duchowość ateistyczną. Obie mają na celu rozwój duchowy, osiągnięcie harmonii wewnętrznej, samopoznanie. I co szczególnie znaczące – żadna z nich nie zakłada konieczności wiary w Boga. W duchowości tego rodzaju nie ma miejsca na dogmaty, granice czy zobowiązania. Zamiast tego proponuje się indywidualizację – swoisty duchowy patchwork, układany według osobistych preferencji, nastrojów i potrzeb.
Celem tak rozumianej duchowości nie jest spotkanie z Tajemnicą, lecz samorealizacja. Między poszukiwaniem prawdy a intensywnością doznań wybiera się to drugie. Pojawia się tu pytanie zasadnicze: czy duchowość, która nie odnosi się do prawdy, może być rzeczywiście głęboka i trwała? Czy nie staje się wówczas jedynie narzędziem psychicznego komfortu, subtelną formą konsumpcji emocjonalnej, która zadowala się samodzielnym stawianiem granic dotąd niezmierzonej głębi?
Jeszcze dalej idzie duchowość laicka – forma duchowości całkowicie oderwana od kategorii sacrum. Nie potrzebuje Boga, by mówić o sensie, pięknie czy głębi. Miejsce modlitwy zajmuje kontemplacja sztuki, miejsce liturgii – filozofia, a miejsce zbawienia – samorozwój. Choć jej język naśladuje język religijny, to jednak odnosi się wyłącznie do tego, co ludzkie, zredukowane do immanencji. Jest to duchowość bez objawienia, bez tajemnicy, bez wspólnoty wiary – duchowość, która zrezygnowała z dialogu z Bogiem, a zatrzymała się na monologu człowieka, który w swym samozachwycie nie oczekuje nawet wysłuchania, mówi bowiem wzniośle i w tym upatruje własną siłę.
Na tym tle duchowość chrześcijańska jawi się jako radykalnie inna. Jej istotą nie jest bowiem indywidualna ekspresja, lecz odpowiedź na wezwanie Boga. Zakorzeniona w objawieniu i w prawdzie, nie dąży do uspokojenia, ale do zbawienia. Stawia wymagania, apeluje do sumienia, wzywa do przemiany życia. Duchowość jest tu jednoznaczna, nie staje się formą duchowej wellness. Liczy się prawda, która nie zważa na to, jakie wrażenie wywołuje. Autentyczność wypływa z moralności i z teologii, nie przekreśla subiektywnego odczucia, jeśli jest ono zgodne z tym co jest prawdziwe, niezależnie od jednostkowych poruszeń.
Pytanie, czy duchowość może zastąpić religię, nie jest dziś jedynie prowokacją – to realny dylemat. Kryzys zaufania do instytucji religijnych, niezmienne tło wielu problemów społecznych, przyspieszona laicyzacja, rozwój indywidualizmu – wszystko to sprawia, że wiele osób szuka duchowych odpowiedzi poza Kościołem. Wierząc nie w prawdę, ale własną sprawczość, próbują zbudować duchowość, usuwając jej fundamenty: wiarę, dogmat, wspólnotę.
Konieczny powrót do źródeł
Chrześcijaństwo nie jest jedną z wielu propozycji duchowego stylu życia. Nie jest opcją estetyczną ani kolejnym programem rozwoju osobistego. Jest odpowiedzią człowieka na wezwanie Boga. Dlatego nie może zostać „zastąpione” przez duchowość, która wymyśla samą siebie. W tym kontekście warto postawić pytanie o to, dlaczego współczesna religijność jest coraz częściej jedynie estetyką przeżyć. Czy nie oznacza to, że utracono język religijny, który potrafiłby dotknąć prawdy, bez uciekania w ostrożne obszary prawdopodobnych opcji odpowiedzi czy dopuszczalnych wyjaśnień?
Być może konieczne jest dziś radykalne rozróżnienie: co należy do religijności, a co jest jedynie produktem „duchowości współczesnej”. Powrót do źródeł chrześcijaństwa – do Pisma Świętego, do myśli ojców Kościoła, do liturgii, a nie do ich współczesnych interpretacji – wydaje się nie tylko możliwy, ale wręcz konieczny. To przecież tradycja chrześcijańska mówiła o oddechu, ciele, ruchu, kontemplacji – na długo zanim stało się to modne i zlaicyzowane.
Pamiętam fascynację pismami Bede Griffithsa o chrześcijańskim aśramie, rozmowy Tomasza Mertona z Daisetzem Suzukim, popularność benedyktyńskiej duchowości łączonej z praktykami Wschodu, a nawet rekolekcji katolickich połączonych z odchudzaniem czy troską o zdrowie fizyczne. Wszystkie te zjawiska, choć atrakcyjne i inspirujące, często odcinały się od jasno określonych dogmatycznych ram i głęboko zakorzenionej tradycji.
Piszę te słowa w pierwszym miesiącu pontyfikatu papieża Leona XIV, wracając myślą do jego wielkiego poprzednika – Leona XIII, do którego imienia nowy papież się odwołuje. Leon XIII, działając w czasach modernistycznych napięć, nie zaproponował nowej strategii dostosowywania się do kultury, ale powrót do źródeł: do Tomasza z Akwinu, nie do jego komentatorów; do Pisma Świętego, nie do jego interpretacji; do myśli wypróbowanej przez wieki. Bo to właśnie tam – nie w duchowych nowinkach – bije żywe źródło religijności chrześcijańskiej.
Chrześcijaństwo nie jest programem psychicznego komfortu i estetycznych napięć. Jest rzeczywistością wymagającą przemiany, prawdy, która domaga się odpowiedzi. Wtedy możliwe jest przyjęcie, że monolog z filmu Faustyna jednak był dialogiem.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













