Jest jednym z niewielu polskich księży katolickich systematycznie, życzliwie obserwowanych i cytowanych bez złośliwości przez świeckie media. Nazywa się Rafał Główczyński i należy do salwatorianów. Jednak znany jest przede wszystkim jako prowadzący w internecie kanały (na YouTube, Instagramie i na TikToku) pod nazwą „Ksiądz z osiedla”. Ma naprawdę imponujące zasięgi.
Tendencja do uproszczeń
„Bardzo proszę o modlitwę w intencji kanału, żeby wszystko było takie, jak Bóg chce” – napisał przy wyróżnionym filmiku na YouTube. Jednak 10 czerwca br. okazało się, że wpadł w kłopoty. Początkowo nawet dostał od swoich przełożonych zakaz działalności medialnej. Później sankcje złagodzono i otrzymał upomnienie. W uaktualnionej wersji komunikatu, dostępnej na stronie zgromadzenia, można przeczytać, że Zarząd Polskiej Prowincji Towarzystwa Boskiego Zbawiciela (salwatorianów) zapoznał się z treścią zarzutów stawianych działalności medialnej ks. Rafała Główczyńskiego SDS. Dotyczą one błędów i niezgodności z nauczaniem Kościoła katolickiego. Duchowny otrzymał zalecenie, „by w swoich wypowiedziach, zwłaszcza tych dotyczących złożonych zagadnień moralnych, wyrażał się z klarownością i precyzją, której niestety brakowało niektórym jego wypowiedziom, przybierającym swobodniejszą formę podyktowaną medium, na którym się ukazują”.
O co chodziło? „Między innymi o moją wypowiedź: «Kościół mówi, że aborcja w sytuacji zagrożenia życia kobiety jest dopuszczalna»” – wyjaśnił we wpisie w mediach społecznościowych „Ksiądz z osiedla”. Wytłumaczył też, w jaki sposób doszedł do właśnie takiego sformułowania w swoim nagraniu. Warto prześledzić jego rozumowanie. Najpierw dał przykład innej sytuacji, w której użyte słowa mają dla Kościoła fundamentalne znaczenie: „W Kościele katolickim nie ma rozwodów, jest tylko stwierdzenie nieważności małżeństwa. Wiele osób mówi, że to nasze rozróżnienie jest bez sensu, bo i tak wychodzi na to samo. Osoby się rozchodzą. Czasami podobny skutek jest rezultatem inaczej zamierzonego działania”.
Pokazawszy mechanizm budowania przekazu, stwierdził, że podobnym rozumowaniem kierował się w zakwestionowanej wypowiedzi. „Kościół zabrania aborcji, ale dopuszcza działania, których celem jest ratowanie życia matki, nawet jeżeli w ich konsekwencji dziecko może umrzeć. Nie można dokonać aborcji, ale można podjąć działania, których skutkiem będzie to samo, co aborcja” – referował. Zaznaczył, że jego wypowiedź nie miała na celu podważania nauki Kościoła. „Wynikała z mojej tendencji do uproszczeń i czasem chaotycznych wypowiedzi” – przyznał ks. Główczyński.
Tęsknota za precyzją
Sytuacja, w jakiej znalazł się młody, pełen duszpasterskiego zapału salwatorianin, dobitnie pokazuje nie tylko, z czym muszą się zmagać dzisiaj wszyscy (nie tylko księża i biskupi), którzy chcą głosić dobrą nowinę o zbawieniu przy użyciu nowych mediów. Ujawnia znacznie głębszy problem dotyczący Kościoła – sprawę komunikatywności, a równocześnie klarowności i precyzji języka, którym się w swojej misji posługuje. Dotyczy to nie tylko wspólnoty katolików w Polsce, ale ma wymiar powszechny. Z jednej strony nie tylko niewierzący mają wielokrotnie problemy ze zrozumieniem niuansów używanych przez przedstawicieli Kościoła i w kościelnych dokumentach przy omawianiu nawet podstawowych prawd wiary. Z drugiej strony, pragnący jak najlepiej dotrzeć z przekazem reprezentanci Kościoła sięgają do współczesnych znaczeń i skojarzeń, które strażnicy precyzji nauczania uznają za mało klarowne i zbyt daleko idące uproszczenia.
„Franciszek przyzwyczaił nas, że nie należy traktować serio wszystkiego, co mówi. Zwłaszcza na spotkaniach półoficjalnych, zamkniętych” – pisał Edward Augustyn w listopadzie 2023 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Pół roku wcześniej Wojciech Grzywacz na stronie Radia Maryja, nawiązując do adhortacji apostolskiej Franciszka Amoris laetitia z 2016 r. tytułował swój felieton Tęskniąc za papieską precyzją. To prawda, że samemu następcy św. Piotra zarzucano podczas poprzedniego pontyfikatu brak jednoznaczności nie tylko w częstych wywiadach, ale także w niektórych dokumentach. Doszło do tego, że sam papież wskazywał „właściwą” interpretację wspomnianej adhortacji.
Warto jednak przypomnieć, że zdarzało się w przekładach na język polski zwycięstwo przyzwyczajenia tłumaczy do „języka kościelnego”, skutkujące wypaczeniem treści przekazu. Tak było w przypadku adhortacji Evagelii gaudium. W punkcie 31 papież napisał, że to owczarnia ma „węch”, pozwalający rozpoznać nowe drogi, natomiast w pierwszej wersji polskiego przykładu tę zdolność tłumacz przypisał biskupowi.
Ojciec święty, czyli kto?
„Sam termin «język religijny» nie jest, niestety, precyzyjnie objaśniany” – napisała ponad dwadzieścia lat temu Marta Dalgiewicz w dostępnej wciąż w globalne sieci pracy Język Kościoła Katolickiego w Internecie. Zaznaczyła, że sama używa tego terminu na określenie języka teologii moralnej, dogmatycznej, liturgii, modlitw prywatnych, tekstów świętych (Biblia), traktatów teologicznych, katechezy, kazań oraz religijnej literatury pięknej. Nie trzeba być językoznawcą, aby zauważyć, że w wymienionych sferach pojawiają się problemy z precyzją.
Okazuje się na przykład, że to samo sformułowanie „Ojciec święty” ma dwa zupełnie różne znaczenia. W liturgii stosowane jest tylko w odniesieniu do Boga Ojca. Ale w „religijnym”, nie tylko wewnątrzkościelnym języku, dokładnie tym samym zwrotem mówi się o następcy św. Piotra. Wbrew pozorom temat nie jest błahy, ponieważ wśród młodych Polaków wspomniane zestawienie dwóch słów bardzo często rozumiane jest wyłącznie jako „tytuł” papieża. Zdarza się, że kandydaci do bierzmowania są przekonani, iż w trakcie Mszy św. właśnie do niego kierowane są modlitwy. Być może wystarczyłoby, mówiąc o Bogu, po prostu przestawić słowa i używać terminu „święty Ojciec”?
Równie nieprecyzyjne okazuje się w odbiorze niejednego polskiego katolika inne popularne określenie – „słowo Boże”. Używa się go nie tylko w odniesieniu do tekstów biblijnych, ale również nazywa się nim homilie, kazania, konferencje wygłaszane podczas rekolekcji itp. Bywa to szczególnie niepokojące, a nawet drażniące, gdy kaznodzieja przedkłada słuchaczom swoje zdanie o jakiejś sprawie i własne poglądy, a nie nauczanie Kościoła.
Biblia pauperum na TikToku
Ostatnie dekady okazują się czasem coraz powszechniejszych uproszczeń, dotykających międzyludzkiej komunikacji, w tym również języka. Dostrzegli to już jakiś czas temu właściciele mediów, zwłaszcza tych, mających trafiać do jak najszerszych rzesz odbiorców. Już dawno w tabloidach nakazywano autorom tekstów używanie zaledwie trzystu, powszechnie zrozumiałych słów. Dzisiaj widzimy, że podobną taktykę stosuje coraz więcej polityków, unikając nie tylko terminów naukowych i wyrazów zaczerpniętych z innych języków, ale nawet przymiotników wykraczających poza „dobry” i „zły”. Jak na tym tle wygląda język używany w Kościele? Na ile jest zrozumiały i komunikatywny dla kogoś, kto swoją wiedzę o świecie czerpie przede wszystkim z mediów społecznościowych, coraz częściej ograniczając się do oglądania filmików?
30 marca 2023 r. po wielomiesięcznych pracach na jego kształtem został promulgowany (ilu polskich katolików rozumie to słowo?), czyli ogłoszony, „Dekret ogólny Konferencji Episkopatu Polski w sprawie występowania duchownych, członków instytutów życia konsekrowanego, stowarzyszeń życia apostolskiego oraz niektórych wiernych świeckich w mediach”. Zawierał on szereg szczegółowych wskazówek, np. dotyczących stroju. Mówił, że duchowni, osoby konsekrowane i członkowie stowarzyszeń życia apostolskiego wypowiadający się w mediach powinni cechować się wiernością nauce Ewangelii, rzetelną wiedzą, odpowiednimi kompetencjami, roztropnością i odpowiedzialnością za wypowiedziane słowo, troską i umiłowaniem prawdy, szacunkiem wobec innych i szczerym poszukiwaniem wspólnego dobra. A wszystko to po to, „aby Kościół mógł skutecznie sprawować swoją funkcję”.
W świecie uproszczeń i streszczeń produkowanych na masową skalę przez sztuczną inteligencję to skuteczne sprawowanie funkcji przez Kościół wymaga dostosowania języka i sposobu komunikacji do współczesnych realiów. Kiedyś Kościół to rozumiał i na przykład korzystał z możliwości, jakie dawała „Biblia pauperum” (Biblia ubogich) przygotowywana nie tylko w wersji obrazkowej. Dzisiaj jej odpowiednikiem coraz częściej jest kanał na TikToku. Jak widać, w polskiej kościelnej rzeczywistości sięganie po takie duszpasterskie metody wciąż okazuje się prywatną inicjatywą jednego czy drugiego księdza albo świeckiego, bez merytorycznego wsparcia „Kościoła instytucjonalnego”. Gdy zdarzy się wpadka, nieprecyzyjne sformułowanie, reakcją przełożonych okazuje się zakaz lub upomnienie, a nie udzielnie pomocy. Nic w tym dziwnego. Biskupi we wspomnianym dokumencie wyraźnie wskazali: „Duchowny, osoba konsekrowana i członek stowarzyszenia życia apostolskiego ponosi osobistą odpowiedzialność moralną i prawną za wszelkie własne publikacje i działania podejmowane przez siebie w mediach”.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















