Logo Przewdonik Katolicki

Ewangelia w sieć zaplątana

ks. Artur Stopka
Na facebookowym profilu i kanale YouTube „TeoBańkologia” internetowy różaniec odmawia około 100 tys. osób dziennie. 13 maja rozpoczęła się nowenna pompejańska za księży i biskupów fot. YOUTUBE

Polscy biskupi postanowili zająć się uregulowaniem na nowo wystąpień duchownych w mediach, zwłaszcza w internecie. Jednak same przepisy nie wystarczą. Trzeba formacji, niezbędnej nie tylko duchownym chcącym głosić Ewangelię w sieci.

Kilka miesięcy temu w jednej z polskich diecezji zapadła trudna i rzadko podejmowana decyzja. Pracujący na jej terenie ksiądz otrzymał zakaz wygłaszania homilii i kazań oraz aktywności w sieci. Skargi na jego niezgodne z nauczaniem Kościoła wystąpienia pojawiały się już od pewnego czasu, ale ostatecznym impulsem do nałożenia na niego tak drastycznego ograniczenia okazał się fakt, że swoje błędne wywody publikował również w internecie.

Nie zawsze tak jest
Pandemia zintensyfikowała aktywność duszpasterską w sieci. Warto jednak mieć świadomość, że również przed jej wybuchem internet był miejscem przekazywania treści religijnych. Powstały liczne serwisy, powołujące się na autorytet Kościoła. Część z nich jest własnością kościelnych instytucji, ale nie wszystkie. W sieci funkcjonują również przedsięwzięcia tworzone przez mniej lub bardziej formalne grupy ludzi, a nawet przez pojedyncze osoby, zarówno duchowne, jak i świeckie. Ich twórcy dają do zrozumienia, że występują w imieniu Kościoła i budują przekonanie, że zamieszczają materiały zgodne z jego nauczaniem. Niestety, nie zawsze tak jest.
Sytuację skomplikowało i utrudniło pojawienie się mediów społecznościowych. To przestrzeń, w której przy odpowiednim stopniu zaangażowania i umiejętności można z przekazem dotrzeć do setek tysięcy stałych odbiorców. Obserwatorzy, followersi, subskrybenci stanowią grupę, na którą można wpływać, której poglądy, wiedzę, a także działania można kształtować. Powoływanie się na autorytet Kościoła może (choć nie musi) wzmacniać skuteczność takiego oddziaływania.

Sieciowe imprimatur?
Istnienie internetu przyniosło poważny problem, którego Kościół wciąż nie rozwiązał. Można go w skrócie określić jako kwestię „sieciowego imprimatur”. Kodeks prawa kanonicznego mówi jednoznacznie, że pasterze Kościoła posiadają prawo i obowiązek czuwać, „by wiara i obyczaje wiernych nie doznały uszczerbku przez słowo pisane lub użycie środków społecznego przekazu”. Dlatego mogą domagać się, aby otrzymywali do wcześniejszej oceny to, co ma być wydane przez wiernych na piśmie, a dotyczy wiary lub obyczajów, jeśli mają to być wypowiedzi w imieniu Kościoła. Mogą też nie dopuszczać do publikacji treści przynoszących szkodę prawdziwej wierze lub dobrym obyczajom (kan. 823). Oczywiście chodzi o niedopuszczenie do publikacji jako dzieła zaaprobowanego przez Kościół i zgodnego z jego nauczaniem. 
O ile taka uprzedzająca troska o merytoryczną zawartość podawanych jako katolickie publikacji jest możliwa w sieciowych przedsięwzięciach prowadzonych przez kościelne instytucje, o tyle przy innych inicjatywach pojawia się poważny problem. Jak uprzedzać błędy zawarte w internetowych postach czy filmikach, jeśli są publikowane przez księży lub świeckich, którzy uważają, że mówią w imieniu Kościoła? Czy duchowny, który zamierza na Facebooku umieścić komentarz do czytań mszalnych albo odnieść się do jakiegoś kościelnego dokumentu, powinien najpierw posłać jego treść do zatwierdzenia przez kurię?

Lista cech pożądanych
Taki pomysł brzmi nie tylko nierealnie, ale po prostu śmiesznie w odniesieniu do duchownych. A cóż dopiero jeśli skojarzyć go z wpisami i nagraniami świeckich. Nie da się stworzyć skutecznej machiny, która byłaby w stanie nad tym ogromem treści zapanować. Kościół nie zdołał stworzyć dotychczas narzędzia weryfikacji treści podawanych w mediach jako katolickie, a tym bardziej jako zgodnych z nauczaniem Kościoła i w jego imieniu. Jeśli chodzi o media społecznościowe jedynym sposobem – dotyczącym jedynie duchownych – okazują się indywidualne decyzje przełożonych, ograniczające lub zakazujące aktywności medialnej.
Kościół już dawno zauważył, że taka medialna aktywność prowadzona w jego imieniu lub z powołaniem się na jego autorytet może stanowić poważny problem. Reagował tam, gdzie to było możliwe i realne. Na przykład w Polsce w 2005 r. ogłoszone zostały „Normy Konferencji Episkopatu Polski dotyczące występowania duchownych i osób zakonnych oraz przekazywania nauki chrześcijańskiej w audycjach radiowych i telewizyjnych”. Stwierdzono w nich m.in., że „duchowni i członkowie instytutów zakonnych wypowiadający się w mediach winni cechować się wiernością nauce Ewangelii, rzetelną wiedzą, roztropnością i odpowiedzialnością za wypowiedziane słowo, troską o umiłowanie prawdy i owocny przekaz ewangelicznego orędzia”. Dodano, że jeśli nie są w danej dziedzinie wystarczająco kompetentni, powinni zrezygnować z występowania w mediach, zwłaszcza w kwestiach trudnych i kontrowersyjnych.

Nikt nie ma prawa
To nie wszystko. Dokument KEP precyzuje, że wypowiadając się w sprawach nauki katolickiej lub obyczajów, duchowni i zakonnicy, winni pamiętać, że „są powołani do głoszenia nauki Chrystusa, a nie własnych opinii”. Oznacza to, że są zobowiązani do wiernego przekazu katolickiej nauki, zgodnie z doktryną głoszoną przez Kościół. Co więcej, powinni respektować zdanie Konferencji Episkopatu w kwestiach, które były przedmiotem jej oficjalnego stanowiska.
Polscy biskupi stwierdzili też, że powyższe zasady obowiązują także pozostałych wiernych, którzy wypowiadają się w mediach w sprawach nauki katolickiej lub obyczajów. Szczególnie dotyczy to tych, których wypowiedzi mogą być odebrane jako angażowanie autorytetu Kościoła. „Nikt nie ma prawa przemawiać w imieniu Kościoła ani sugerować, że jest jego rzecznikiem, jeżeli nie został do tego zgodnie z prawem upoważniony”.

Rewizja i aktualizacja
Cytowane „Normy” nie mówią nic na temat internetu. Czy właśnie ten brak zamierzają uzupełnić polscy biskupi, którzy w komunikacie po spotkaniu Rady Stałej na Jasnej Górze 3 maja br. zapowiedzieli „rewizję i aktualizację” mających już kilkanaście lat zasad? Najprawdopodobniej tak. Ważne jednak, w jaki sposób ta nowelizacja zostanie przeprowadzona. Chodzi o to, aby nie doszło do „wylania dziecka z kąpielą”. Żeby w walce z patologią i nadużyciami, których faktycznie w sieci pod tym względem nie brak, nie skomplikować działania tym, którzy od lat wykonują dobrą ewangelizacyjną robotę, docierając także do tych, którzy znajdują się na peryferiach, mają liczne wątpliwości itp. Przydałyby się natomiast narzędzia pomagające – zwłaszcza tym, którzy w swych działaniach osiągnęli znaczące zasięgi, sięgające nawet setek tysięcy widzów czy czytelników – trzymać się ortodoksji. Pokusa spłycania i wypaczania Ewangelii oraz nauczania Kościoła w pogoni za oglądalnością jest w świecie internetu ogromna.

Konsekrowane serce
Zgodność sieciowego „nauczania” z Magisterium Kościoła okazuje się jednak częścią większego problemu. Komentujący zamiar aktualizacji norm dotyczących medialnych wystąpień duchownych raz po raz zwracali uwagę, że również z ambon w polskich świątyniach niejednokrotnie można usłyszeć przekaz nie tylko naginający naukę Kościoła, ale czasami wprost z nią sprzeczny. Pojawiają się pytania, czy istnieją jakieś instytucjonalne formy weryfikowania tego, co wygłaszane jest w kazaniach i homiliach.
Jedenaście lat temu papież Benedykt XVI Orędzie na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu zatytułował: „Kapłan i duszpasterstwo w świecie cyfrowym: nowe media w służbie Słowa”. Stwierdził w nim, że w kontakcie ze światem cyfrowym kapłan powinien wykazać się „nie tyle umiejętnościami pracownika mediów, ile pozwolić, by doszło do głosu jego konsekrowane serce”. Internet jest dla katolika, zarówno duchownego, jak świeckiego, kolejnym miejscem dawania świadectwa. Daje je nie tylko wtedy, gdy wprost głosi słowa Ewangelii, ale także wtedy, gdy wrzuca do sieci jakąś fotkę albo umieszcza post komentujący jakieś wydarzenie. Jeśli o tym zapomni, może stać się przyczyną zgorszenia albo wprowadzać mnóstwo ludzi w błąd.

Ci, którzy pełni dobrych zamiarów taką ewangelizacyjną i preewangelizacyjną działalność w sieci podejmują, potrzebują nie tyle zakazów i ograniczeń, ile stałej formacji. Potrzebują warsztatów doskonalących ich umiejętności posługiwania się najnowszymi technologiami, ale przede wszystkim potrzebują nieustannego wsparcia duchowego, pomagającego im głosić w różnych formach prawdziwą Ewangelię i nie mijać się (nawet przez przypadek) z nauczaniem Kościoła.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki