W promieniach wiosennego, choć już palącego, rzymskiego słońca, na tle bezchmurnego nieba, odprawiona została pogrzebowa Msza św. na placu św. Piotra. Uczestniczyli w niej przedstawiciele 160 państw, członkowie europejskich rodzin królewskich, dwustu kardynałów, setki biskupów i tysiące kapłanów. Był tu i Donald J. Trump, i Wołodymyr Zełenski. Jednak to nie oni stanowili serce tego pożegnania. Prawdziwą „duszą” uroczystości była nawet nie ta prosta, drewniana trumna, przygotowana zgodnie z życzeniem Franciszka. Sercem tego dnia była pobożność ludzi: prosta, głęboka, bezpośrednia, wyrażona w spojrzeniach, łzach i milczącym trwaniu setek tysięcy wiernych. Taki był w końcu ten pontyfikat: bliski, czuły, ludowy.
Podniosłość chwili doskonale wyraził w swojej homilii kard. Giovanni Battista Re. Powiedział, że myślą przewodnią pontyfikatu papieża Franciszka było głębokie przekonanie, że Kościół jest domem wszystkich. Miejscem, którego drzwi pozostają zawsze otwarte, gotowym przyjąć każdego, niezależnie od jego sytuacji życiowej czy światopoglądu. Franciszek pragnął bowiem Kościoła będącego „szpitalem polowym” pośród dramatów współczesnego świata; Kościoła, który leczy rany, niesie miłosierdzie i nadzieję. W centrum jego nauczania niezmiennie znajdował się człowiek, Ewangelia miłosierdzia, a miłosierdzie i radość stały się kluczowymi słowami jego misji. Poprzez gesty, słowa i liczne podróże – od Lampedusy, przez Lesbos, aż po Irak – Franciszek nieustannie przypominał o potrzebie solidarności, spotkania i troski o najbardziej wykluczonych.
Znak czasu
Pontyfikat Franciszka nacechowany był także zdecydowanym prymatem ewangelizacji i odważnym czytaniem znaków czasu, podkreślił kardynał Re. W swojej posłudze papież łączył prostotę i spontaniczność z głęboką wrażliwością na dramaty epoki globalizacji. Mówił o „zmianie epoki” i wzywał, by Kościół nie bał się wyzwań współczesności, lecz odpowiadał na nie językiem bliskości i miłosierdzia. Pragnął budować świat bardziej braterski, co znalazło wyraz w encyklice Fratelli tutti, gdzie mocno podkreślił, że wszyscy są dziećmi jednego Ojca. Nawet w ostatnich dniach życia, pomimo cierpienia, Franciszek pozostał pasterzem blisko ludzi. Jego pojawienie się na balkonie bazyliki św. Piotra w wielkanocną niedzielę, aby pobłogosławić Miastu i Światu (Urbi et Orbi), było tego najlepszym świadectwem.
Franciszek, który za życia był papieżem niespodzianek, również po śmierci zadbał o to, by ostatnie obrazy jego pogrzebu były inne niż jakiekolwiek wcześniej. Zamiast tradycyjnego karawanu jego trumnę przewieziono białym papamobile, tym samym, który towarzyszył mu podczas pielgrzymki do Meksyku w 2016 roku. Był to znak życia i nadziei; znak, że nawet w godzinie śmierci chrześcijanin świętuje zwycięstwo życia nad śmiercią. Otwarty przejazd ulicami Rzymu oglądało wielu, a był to też publiczny manifest wiary. Ale i znak, że wiara może zmieniać świat.
Procesja żałobna, skromna, a jednocześnie głęboko poruszająca, poprowadziła trumnę z Watykanu do bazyliki Santa Maria Maggiore. Te kilka kilometrów ulicami Rzymu to był czas skupienia, modlitwy, wdzięczności. Na trasie konduktu tłumy biły brawo – nie z braku powagi, ale jako gest uznania. „Dobrze wykonałeś swoją pracę!” – zdawali się mówić ci, którzy zawsze byli w sercu Franciszka. Zwłaszcza ubodzy, wykluczeni, zapomniani, więźniowie. Wszyscy, którym przywracał godność, obmywając stopy w Wielki Czwartek czy spotykając się z nimi na nieoficjalnych audiencjach, prywatnie, w ciszy małych nabożeństw. To właśnie oni stanowili najbardziej wzruszający obraz tego pogrzebu. Bezdomni, migranci, więźniowie, ludzie marginesu, szli za trumną papieża, który nigdy ich nie odrzucił. I to oni odprowadzili go do ostatecznego miejsca spoczynku, kiedy zgasły flesze i przerwana została transmisja telewizyjna. Za zamkniętymi drzwiami bazyliki Santa Maria Maggiore to oni właśnie złożyli swojego ukochanego papieża do prostego, jasnego grobu.
Biała róża i Matka Boska
Pogrzeb papieża Franciszka był dniem ciszy. Ciszy apelującej do sumień. Przerywanej jedynie dźwiękiem powiewających na wietrze flag, szeptami modlitwy, tłumionymi łkaniami, czasem jedynie oklaskami, które w latynoskiej i śródziemnomorskiej spontaniczności wcale nie były nie na miejscu.
W Santa Maria Maggiore, w cieniu kaplicy ikony Salus Populi Romani, tej samej, przed którą Franciszek rozpoczynał i kończył każdą swoją podróż, nie tylko apostolską, trumna została złożona w ziemi. Prosta płyta, bez ozdób, tylko jedno imię: Franciscus. Tak, jak sobie tego życzył. Skromnie. Prawdziwie. Bezpretensjonalnie. Nad tym miejscem góruje tylko kopia jego pektorału, który uderza z daleka swoim kształtem, jakże odmiennym od barokowego wnętrza rzymskiej bazyliki. Symbol jakby na cześć tych, dla których Franciszek był pierwszym, który ich zauważył, uścisnął ich dłoń, pochylił się nad ich losem.
W dniach pogrzebu mówiło się o trzech wielkich niespodziankach, które przyniósł ten czas pożegnania: o białym papamobile i procesji, jaką odbył papieski kondukt w Rzymie, o nieoczekiwanym spotkaniu prezydentów Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego we wnętrzach bazyliki św. Piotra i de facto rozmowach pokojowych, które miały wtedy miejsce, oraz o honorowym miejscu nadanym ekumenicznemu patriarsze Konstantynopola Bartłomiejowi I – pierwszemu od wieków tak wyraźnemu gestowi jedności Kościoła Wschodu i Zachodu w przypadającej 1700. rocznicy soboru nicejskiego, na którym ustanowiono wspólne credo.
Pomimo tych wszystkich gestów, spotkań, może nawet i znaków, największą niespodzianką była właśnie cisza. Głęboka, przejmująca, pełna szacunku i modlitwy. Cisza, której nie można było nie usłyszeć. Cisza, która przemawiała głośniej niż wszystkie przemówienia i hymny; cisza tak rzadko spotykana w Rzymie, który w swojej turystyczności i popularności Roku Jubileuszowego 2025 nie ma sobie przecież równych. I co ciekawe, cisza ta nie przeszkodziła w modlitwie czy spontanicznych pielgrzymach do najważniejszych rzymskich sanktuariów, obecności młodzieży, która przybyła do Rzymu na kanonizację Carlo Acutisa – wstrzymaną z oczywistych względów.
W swojej ostatniej woli, spisanej 29 czerwca 2022 roku, papież Franciszek wyraził, że chciałby, aby jego ziemska droga zakończyła się w starożytnym sanktuarium maryjnym, gdzie zawsze zawierzał swoje apostolskie podróże Matce Bożej. Marzenie to spełniło się. Franciszek wrócił do miejsca, które kochał; do Matki, której zaufał bezgranicznie. Czeka na zmartwychwstanie.
I kiedy ostatnia gruda ziemi przykryła jego trumnę, Rzym jeszcze na chwilę wstrzymał oddech. A potem – bardzo powoli – zaczął znów tętnić życiem, a do bazyliki Santa Maria Maggiore od razu zaczęły ustawiać się tłumy. I to była kolejna niespodzianka, ostatni już może akcent papieskiego pogrzebu – nowy początek dla wielu. Bo taki był Franciszek, papież życia, nadziei i niespodzianek.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!















