Jak zaczęła się relacja Jacka Grabarczyka z Bogiem?
– Byłem wychowany w rodzinie katolickiej. Byłem ministrantem, potem przez długi czas należałem do oazy. Była to wiara trochę tradycyjna, wynikająca z pewnych powinności. Przebudzenie nastąpiło na studiach. Mieszkałem w akademiku Politechniki Łódzkiej i trafiłem tam na wspólnotę, która spotykała się na modlitwie. W większości byli to protestanci. Zobaczyłem, że oni troszkę inaczej traktują Biblię i Pana Boga, ich relacja wydawała się bardziej osobista, żywa.
Czas studiów bywa też czasem odchodzenia od Boga…
– Ja też oczywiście miałem pokusę rzucenia się w wir studenckiego życia. Myślę, że wszystko trzeba w życiu przeżyć, żeby móc wybrać to, co człowieka pociąga. Mieszkałem w akademiku, chodziłem do klubów, korzystałem z różnych rzeczy. Ale – dzisiaj tak to odbieram – to, co zostało we mnie zaszczepione w mojej młodości, w czasach oazowych, było silniejsze. Miałem wówczas takie buńczuczne przekonanie, że skoro jestem po całej formacji oazowej, to o Panu Bogu wiem już wszystko i nic mnie nie zaskoczy. I na te spotkania chodziłem z myślą, że ja im pokażę, jak wygląda chrześcijaństwo. Ale uświadomiłem sobie, że Bóg, którego znałem, jest ukryty gdzieś w tabernakulum, podczas nabożeństwa, a gdy wychodzę z kościoła, to Pana Boga tam zostawiam i żyję swoim życiem. Ci ludzie pokazali mi, że Bóg jest z nami wszędzie, towarzyszy nam realnie i przez cały czas. Zacząłem inaczej czytać Pismo Święte i odkrywać Boga, który jest tu i teraz, a nie jedynie historycznie. To był dla mnie przełom.
W takiej sytuacji często dochodzi do odejścia z Kościoła…
– Ja też postawiłem Bogu ultimatum: albo mi pokażesz, że jesteś w Kościele katolickim, albo ja przechodzę gdzie indziej. To była niedziela. Wtedy rzadko chodziłem do kościoła, ale tego dnia poszedłem, myśląc, że idę po raz ostatni. Akurat trwały rekolekcje dla studentów i była Msza z modlitwą o uzdrowienie. Ale na Mszy nic się nie stało. Stało się po niej: ksiądz wrócił z zakrystii, podszedł do mikrofonu i powiedział, że jest w tym kościele człowiek, który ma chore serce i to serce Pan Bóg uzdrawia. Poczułem się wtedy tak, jakby ktoś wlał we mnie coś nowego, nowe życie. Miałem poczucie, że Bóg mówi do mnie: „Jacek, ja tu jestem”. Od tej pory wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Nie rozumiałem tego, ale byłem pewien, że muszę pójść tam, gdzie będę się karmić takim Bogiem, jakiego odkrywam.
Było takie miejsce?
– Tak, przy Sienkiewicza, u jezuitów – wspólnota „Mocni w Duchu”. Kiedyś się od nich „odbiłem” – brat zaciągnął mnie na jakieś spotkanie, ale wtedy stwierdziłem, że to nie dla mnie. A gdy ponownie poszedłem, zobaczyłem, że to właśnie jest to miejsce, do którego mam pójść. I od tej pory, od 30 lat, jestem związany ze wspólnotą. Szybko się zaangażowałem, bo po takim nawróceniu trzeba coś w sobie naprawiać, wejść w jakieś struktury, formować się. Ludzie, których tam poznałem, to byli też w większości studenci, środowisko jakby stworzone dla mnie. Co zaskakujące, już po roku zostałem liderem wspólnoty.
To były czasy o. Józefa Kozłowskiego.
– Tak. Należałem też do zespołu „Mocni w Duchu” i mieliśmy dość duży kontakt z ojcem, bo jeździliśmy z nim na rekolekcje. Miał bowiem taką zasadę, że nie głosił rekolekcji sam, ale zawsze jechał ze świeckimi. Bardzo mocno włączał nas w to, co sam robił. Pokazywał, że nasze miejsce, jako świeckich, jest w Kościele bardzo ważne, że to, co powiemy, często bardziej przemawia do ludzi niż to, co on powie na kazaniu.
Nie pojawiły się wtedy myśli o kapłaństwie?
– Nie. Miałem wtedy ponad 20 lat. Takie życie we wspólnocie było bardzo pociągające. Ja żyłem od poniedziałku do poniedziałku, od spotkania do spotkania. Tam miałem przyjaciół, coś, co mnie wzbogacało, tam realizowałem się jako człowiek. Każdy potrzebuje wspólnoty: jedni odnajdują ją w harcerstwie, w innych ruchach, a ja w „Mocnych w Duchu”. Kapłaństwo? Raczej nie. Bardziej jakaś wspólnota życia, ale to nie wychodziło. Kapłana widzieli we mnie bardziej inni. Na rekolekcjach prowadziłem liturgię godzin i niektórzy mówili: „Ty masz taką brewiarzową twarz, na pewno będziesz księdzem”. Ale ja bardziej czułem się powołany do życia w rodzinie. A ponieważ widziałem, jak wiele rodzin się rozpada – w moim otoczeniu były małżeństwa, które sobie nie poradziły – myślałem o tym, czy uda mi się założyć rodzinę, w której będziemy razem długo i szczęśliwie.
No i?
– I się udało. Spotkałem taką osobę, zresztą nie trzeba było daleko szukać, bo we wspólnocie. Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Asię, pomyślałem, że ona jest „kością z twojej kości i ciałem z twego ciała”. Ale to trwało jakieś trzy lata. We mnie jakieś uczucia się pojawiały, ale ona to ignorowała. Trochę zatem zajęło, byśmy odnaleźli się dla siebie. Jesteśmy razem od 23 lat, mamy trójkę już dorosłych dzieci. Wciąż jesteśmy we wspólnocie, nawet potem zostaliśmy jej liderami jako małżeństwo.
Kiedy pojawiła się myśl o diakonacie stałym?
– Taka bardzo luźna myśl pojawiła się wtedy, gdy zaczęła się pierwsza edycja formacji. Ale, jak czytamy w Piśmie Świętym, do diakonatu nikt się nie pchał, diakoni byli wybierani przez innych. Ja też stwierdziłem, że jeżeli mam zostać diakonem, to niech zaproponuje to wspólnota. I tak się stało. Przed edycją, która właśnie się kończy, duszpasterze zapytali, czy przypadkiem nie chciałbym zostać diakonem i służyć w ten sposób wspólnocie. Pomyślałem, że to jest to, na co czekałem.
A co na to żona?
– Żona się zgodziła. Propozycja padła przy niej, nie musiałem jej jakoś przekonywać. Choć oczywiście była pewna obawa, bo po święceniach stajesz się osobą duchowną i podlegasz biskupowi. A jak on cię gdzieś wyśle? Co wtedy z małżeństwem? Co będzie pierwsze, co będzie drugie? Asia zastanawiała się, czy diakonat nie zabierze jej męża. Ale na odpowiedź na te pytania mieliśmy trzy lata. Bo przecież to, że zacząłem formację, nie oznaczało, że na pewno będę diakonem.
Jakie jest powołanie w powołaniu do diakonatu diakona Jacka?
– Myślę, że sam diakonat jest takim powołaniem w powołaniu, bo jest powołaniem w małżeństwie. Ja mam teraz dwa powołania – małżeńskie, które jest pierwszym moim powołaniem, a drugie jest powołaniem do diakonatu. Trochę wchodzę w sferę „nie wiem, co będzie”. Nie mam jakiegoś wyraźnego pomysłu na swój diakonat. Myślę, że na początku po prostu będę robił to, co do tej pory, i poszukiwał swojego miejsca. Mam takie poczucie, że diakon trochę musi wymyślić sam siebie: co jest wartością dodaną mojego powołania.
Święcenia diakonatu odbyły się w sposób wyjątkowy, w Watykanie.
– Miałem trochę obaw. Tą wiadomością zostałem zaskoczony, gdy okazało się, że z naszej grupy zostałem wytypowany właśnie ja. Była jakaś niewiadoma. Jak to będzie wyglądało? Potem, gdy papież zachorował, czy w ogóle będzie miało miejsce? W trakcie byłem bardzo stremowany, bo jednak cała ta watykańska otoczka, uczestniczenie w próbach, zobaczenie, jaki to ma rozmach… Prawdę mówiąc, gdy wszedłem do kaplicy, by się przebrać, pojawiła się myśl: „czy da się jeszcze stąd uciec”. Gdy zobaczyłem wszystkich kardynałów, biskupów, całą procesję, pomyślałem, że to poważniejsze, niż myślałem. A może sobie zostanę gdzieś tam po cichu wyświęcony i będę sobie spokojnie żyć. Ale gdzie tam. Telefony w pracy, pytania. Diakonat miał się stopniowo realizować w ukryciu, a tymczasem zostało to ogłoszone na dachach. Trochę mnie to zaskoczyło, speszyło i przestraszyło, ale chyba już się otrząsnąłem.
Co zmieniło się po święceniach?
– Nie wiem. Może za rok o tym porozmawiamy. Na razie jestem inaczej usytuowany przy ołtarzu podczas Eucharystii. Cały czas pracuję tam, gdzie poprzednio. Cały czas mam obowiązki rodzinne. Pewnie z czasem przyjdą nowe obowiązki, ale to nie będzie rewolucja, a ewolucja. Muszę dorosnąć, nauczyć się tego.
Co świeżo wyświęcony diakon powiedziałby ludziom, którzy Boga w Kościele dopiero szukają?
– To bardzo trudne pytanie, a odpowiedź chyba powinna być indywidualna, bo nie ma jednej drogi do Pana Boga. Obserwuję zmagania wielu osób, którym mógłbym powiedzieć, że wiem, jak im pomóc. Ale najczęściej mówię jednak, żeby szli swoją drogą, żeby szukali Boga tak, jak on się objawia w życiu, żeby nie próbowali jakichś nagłych przyspieszeń. Ale żeby też nie ulegali pokusie, by dać sobie spokój. Według mnie, jeśli człowiek poszukuje, zadaje pytania, to jest na dobrej drodze, by znaleźć Boga. Ja tak szukałem, Bóg dał mi przeżyć różne etapy zwątpienia, frustracji, niewiary. Po to, by mnie zmienić, żeby pokazać, że jest inny, niż do tej pory mi się wydawało.
---
Jacek Grabarczyk
Mąż i ojciec trójki dorosłych dzieci; dr hab. inż. prof., wykładowca Politechniki Łódzkiej; święcenia diakonatu przyjął w niedzielę 23 lutego podczas trwającego w Rzymie Jubileuszu Diakonów.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













