Co to znaczy, że ktoś ma powołanie do diakonatu stałego? Jak może to rozeznać?
– To zależy od tego, jak ktoś swoje powołanie przeżywa. Można jednak wskazać na różne komponenty, które w sytuacji, gdy ono – być może – się pojawia, poddaje się rozeznawaniu. Podstawowym jest pragnienie służby w Kościele, zwłaszcza wobec ubogich, związane – po pierwsze, ze stabilnością życia, po drugie – z chęcią głoszenia słowa Bożego, po trzecie – z pragnieniem wykonywania działań pomocniczych. One mogą być rozmaite, ale zwykle są czasochłonne i wymagają dużej odpowiedzialności. Nie jest natomiast niezbędna w tym przypadku funkcja przewodniczenia wspólnocie eucharystycznej, co może tylko prezbiter lub biskup. Chodzi więc o coś, czego człowiek pragnie dla siebie ze względu na wspólnotę. Jeżeli te składowe w pragnieniu człowieka się pojawią, są ustabilizowane, możemy powiedzieć: są kompatybilne z oczekiwaniami Kościoła lokalnego, do którego on się zgłasza.
Słowo „święcenia”, a diakon przecież je przyjmuje, ogromnie nam się sklerykalizowały, narzucając oczywiste skojarzenia z celibatem, życiem innym od świata. Diakoni są duchownymi, którzy w większości założyli rodziny, pracują i są zanurzeni w prozie życia nas, świeckich. Ciekawi mnie, co diakoni stali wnoszą do rozumienia duchowieństwa po setkach lat zakazu święcenia żonatych.
– To jest dość złożone, gdyż nieporozumienia zaczęły się na poziomie języka. Bardzo często używamy w mowie potocznej określenia „sakrament kapłaństwa”. Ono jest błędne, nie ma w ogóle takiego sakramentu! Natomiast sakrament święceń komunikuje funkcję czy aspekt kapłański w stopniu drugim i trzecim; są one związane ze sprawowaniem Eucharystii. Z kolei słowo „kler” pochodzi od greckiego kleros i pojawiło się w historii Kościoła bardzo wcześnie, zanim chrześcijaństwo stało się legalną religią publiczną w IV wieku po Chr. Wtedy jednak nazywano tak ludzi, którzy pełnili we wspólnocie Kościoła przeróżne stałe posługi. Należał do nich choćby ostiariusz, który był – mniej więcej – odpowiednikiem dzisiejszego kościelnego. Nie miał więc święceń sakramentalnych, ale pełnił stałą posługę, podobnie jak ludzie zajmujący się porządkiem czy przygotowaniem do Eucharystii. Chodzi o stabilne funkcje pomocnicze. Wtedy jeszcze prezbiterzy nie przewodniczyli Eucharystii, chyba że w zastępstwie biskupa, który na przykład wyjechał. Wszystko to były funkcje, które uruchamiały się w celu sprawowania Eucharystii, służyły jednak życiu wspólnoty.
Dopiero około VI wieku pojawia się proces układania posług w porządek hierarchiczny, choć na początku nie używano nawet słowa „hierarchia”. Po szczeblach drabinki pięły się one coraz wyżej. W tym okresie kształtowała się też powoli świadomość, że mamy do czynienia z sakramentem, zatem pojawiła się wątpliwość: na którym szczeblu posług on się zaczyna? Święceń było aż siedem, poczynając od ostiariusza, aż po prezbitera i biskupa. Problem nie został rozstrzygnięty do Soboru Trydenckiego (1545–1563). Natomiast duchownym wcale nie stawało się przez otrzymanie święceń tylko przez tonsurę, a więc wycięcie włosów na głowie!
Stan duchowny przez większość historii był jasno odróżniony od sakramentu – i to aż do lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy to Paweł VI zlikwidował tzw. niższe święcenia. Przywrócił zamiast nich termin „posługi”. A sakrament święceń utożsamił ze stanem duchownym. Dopiero więc nieco po Soborze Watykańskim II klerem stali się wyłącznie diakoni, prezbiterzy i biskupi.
Dlaczego diakonat zanikł, pozostał jedynie jako etap do prezbiteratu?
– Paweł VI po Vaticanum II przywrócił nie tyle diakonat stały, ile w ogóle tradycyjne podejście do posług kościelnych, po tym, jak na Zachodzie dość długo były one udzielane wyłącznie kandydatom do święceń (dziś kandydaci to klerycy – zawiera się tu słowo „kler”). Akolitą czy lektorem można było zostać tylko w drodze do święceń prezbiteratu.
Po okresie, w którym wszystko mieli robić prezbiterzy, których było aż nadto, Kościół wraca powoli do oryginalnego rozumienia posług. Posługi stałe chrześcijan z pierwszych wieków to najstarsza tradycja. Posługa lektora jest związana ze słowem Bożym, a akolity z posługą liturgiczną. W dokumentach Pawła VI bardzo jasno ujęto obie funkcje jako posługi dla wspólnoty. Proces zainicjowany przez te decyzje, które w Polsce teraz wprowadzamy w życie, jest szerszy niż sam powrót diakonatu stałego. Po prostu, oprócz diakonów, prezbiterów i biskupów, którzy mają sakrament święceń, mamy wewnątrz kościelnej wspólnoty inne posługi stałe, które powinny być pełnione przez kogo innego.
Jak widać, modny, współczesny termin „dywersyfikacja” był znany u początków kształtowania się Kościoła. Wspólnota uczniów i uczennic Chrystusa nie była zaplanowana jako monarchia na wzór państwa. Ona taka się stała pod wpływem „tego świata”.
– Jeżeli popatrzymy na statystyki, ilu duchownych przypadało na jednego wiernego w epoce średniowiecza, łatwo zrozumieć, czemu nie było potrzeby angażowania do posług nikogo innego. Osobnym tematem jest to, ilu duchownych wykonało zadania, do jakich zobowiązali się, przyjmując święcenia. Seminaria wprowadzono bardzo późno, nie było stałej formacji. Każdy mężczyzna, który miał odpowiednie urodzenie i wykształcenie, mógł – jeśli chciał – zostać duchownym. Decydowały o tym kryteria inne niż dziś. W niektórych rodzinach było wiadomo, że jeśli urodzi się na przykład trzeci syn (czyli dziedzic już jest), to będzie biskupem czy opatem.
W XXI wieku nie patrzymy na liczbę duchownych, lecz na jakość relacji, więzi, wspólnoty, życia, wiary, zaangażowania, powołania. Kościół w Polsce też się zmienia. Wspólnocie to służy.
– Generalnie chodzi o to, że ona ma swoje potrzeby. Żeby je zaspokoić, konieczne są różne posługi. Im więcej osób czuje się wezwanych do pełnienia posług, tym lepiej możemy dane zadania wykonać. A poszczególne osoby są mniej obciążone obowiązkami. To też jest ważne. Jeżeli ktoś ma rodzinę, musi pracować, by ją utrzymać, a jego posługa ma polegać – jak na przykład w przypadku akolity – na poprowadzeniu spotkań liturgicznych raz, dwa razy w miesiącu, nie trzeba go „uzawodawiać”. On lub ona to robi na zasadzie udziału w życiu swojej wspólnoty. Mając kilka czy kilkanaście takich osób w parafii, można zadbać o więcej grup, a każda ma prowadzącego, który jest profesjonalnie przygotowany i ma doświadczenie. Tego nie musi robić prezbiter, który ma mnóstwo pracy ze sprawowaniem sakramentów, głoszeniem i administracją.
W punkcie 89 dokumentu końcowego Synodu o synodalności „Komunia, uczestnictwo, misja” papież Franciszek pisze o „zróżnicowanej współodpowiedzialności”. Uważam to za trafnie zdefiniowany kierunek rozwoju. Da się podzielić obowiązki! I tak – przykładowo – diakon może chrzcić i udzielać ślubów, nie ma prawa sprawować sakramentu Eucharystii, sakramentu pojednania i… namaszczenia chorych. Skąd wziął się ostatni zakaz?
– Świadectwo Nowego Testamentu mówi w tym przypadku o prezbiterach. Chodzi o List św. Jakuba – jest w nim mowa o „starszych Kościoła”, a nie o diakonach. Od samego początku kształtowania się w Kościele świadomości, że namaszczenie to osobny sakrament, odwoływano się do tego źródła. Nie było sposobu, by uzasadnić biblijnie udzielanie go przez diakonów. Jeśli mamy fundament biblijny, mocno się go trzymamy. Tutaj akurat on jest.
Archidiecezja katowicka ma najwięcej diakonów stałych w Polsce. Przez wiele lat miałeś duży wkład w ich formację. Czym oni się najczęściej zajmują w naszych realiach?
– To zależy od lokalnych uwarunkowań parafii. Zazwyczaj wchodzą do wspólnoty jako dodatkowi, pomocniczy duszpasterze. Mają za zadanie głoszenie słowa Bożego, a także prowadzenie różnych grup formacyjnych, ewentualnie jakiejś formy katechezy. Biorą udział w przygotowaniu wiernych do sakramentów itd. Rzadziej jest to posługa charytatywna, co jest związane ze specyfiką naszej diecezji. Prawie w każdej parafii działa zespół charytatywny, więc skoro ma kto się tym zająć, nie warto sytuacji destabilizować. Jest do tego przygotowany, ale może zostawić pole innym. Pewnie ewolucja posługi będzie z czasem zmierzać także do tego zaangażowania.
Atutem księży z punktu widzenia kurii jest ich dyspozycyjność. Mogą być „przenoszeni” z jednego miejsca do innego, bo nie mają rodzin. Jak to wygląda u diakona?
– Diakon stały jest duchownym inkardynowanym do danej diecezji. Tak samo jak prezbiter, wiąże się z biskupem. Dlatego ordynariusz może nim dysponować na bazie posłuszeństwa, ale jeśli nie jest celibatariuszem (tych jest w Polsce niewielu), to musi przy tym brać pod uwagę dobro całej rodziny. „Przesadzanie” diakona niesie ze sobą komplikacje, bo on i żona gdzieś pracują, mają mieszkanie lub dom, dzieci chodzą do przedszkola lub szkoły… Praktyka jest taka, że diakon posługuje w jednym miejscu, albo w parafii, gdzie mieszka, albo w tej, z którą był wcześniej związany duszpastersko. U nas zamieszkanie jest na tyle gęste, że często ktoś formalnie mieszka na terenie parafii, a chodzi do kościoła, który ma na przykład bliżej. Decyduje zwykle to, z której parafii diakon wychodzi się formować. Do tej jest najczęściej kierowany.
Współdecyduje też faktyczna potrzeba. W jednej z naszych parafii lada chwila będzie trzeci diakon. Kiedy przyjmie święcenia, prawdopodobnie któryś z nich zostanie skierowany do pomocy w parafii sąsiedniej, gdzie się bardziej przyda.
Kwestia posłuszeństwa biskupowi tłumaczy, czemu chętny do diakonatu musi dostać zgodę żony. Ona też ponosi konsekwencje tego wyboru.
– My idziemy tu nawet dalej! Do przyjęcia święceń formalnie wymagana jest zgody żony, a my pytamy, czy ona chce, by mąż został diakonem. Zależy nam na tym, żeby stała się aktywną uczestniczką jego doświadczenia. Nie tylko pasywnie udzieliła zgody na zasadzie – nie mam wyjścia, mąż ma fanaberię, muszę podpisać.
Mądre podejście, bo małżeństwo jest przecież sakramentem. Jest formacja dla żon diakonów?
– W różnych diecezjach są różne rozwiązania. U nas jest. Żona uczestniczy we wszystkich spotkaniach razem z mężem przez cały okres propedeutyczny. Kiedy zaczyna się formacja bardziej techniczna, intelektualna, to się zmienia. Jednak wciąż pewne elementy, zwłaszcza formacji ludzkiej i duchowej, przeżywają razem. Wspólnie biorą udział np. w niektórych dniach skupienia. Po święceniach żony mają jeszcze własną, oddzielną formację. Przy czym nie muszą z niej korzystać, to raczej odpowiedź na ich potrzebę.
Czy formacja do święceń diakonatu stałego jest radykalnie inna niż do prezbiteratu?
– Największa różnica polega na tym, że formacja diakonów nie jest w trybie zamkniętego seminarium. Tylko wtedy, gdy kandydat do diakonatu stałego ma poniżej 35. roku życia i decyduje się na życie w celibacie, należałoby formować go w strukturze zamkniętej, analogicznej do seminarium. Jak na razie takiej struktury w Polsce nie ma, więc jest to niemożliwe. Kluczowa zatem jest autoformacja i regularne spotkania.
Formatorzy diakonów jeżdżą też od czasu do czasu do domów kandydatów. To różni ich od seminaryjnych. Wszystko to sprawia, że formacja do diakonatu stałego jest o wiele bardziej spersonalizowana. Tutaj kandydat sam wybiera sobie kierownika duchowego, który wspomaga go w rozwoju. Ten wybór musi być tylko zatwierdzony przez biskupa. Wybrani ojcowie duchowni są potem doszkalani, żeby wiedzieli, jak z przyszłymi diakonami pracować. Przede wszystkim – w jaki sposób mogą im w drodze towarzyszyć. Drugim kluczowym elementem jest formacja intelektualna. Przepisy mówią, że ma być analogiczna do przygotowania prezbiterów. Dlatego są to albo pełne, tj. pięcioletnie, studia teologiczne, albo tryb wskazany przez Stolicę Apostolską: co najmniej tysiąc godzin nauki rozłożonych na trzy lata. I właśnie trzy lata to minimalny czas formacji do diakonatu stałego.
Diakoni stali mogą zmienić rozdźwięk, jaki nieraz panuje w relacjach między duchownymi i świeckimi. Zdarzają się kazania kompletnie oderwane od codzienności słuchaczy. Także życie kleryka jest mocno oderwane od codziennego życia studenta innego kierunku. Diakon może mówić bliższe ludzkiemu doświadczeniu homilie, ale przede wszystkim samym sobą może zmieniać wyobrażenie duchownego.
– Pamiętam historię z samego początku diakonatu stałego, kiedy udzielałem ślubu podczas mszy św. Większość par woli, żeby obrzęd miał miejsce w czasie mszy, a tej diakon nie może odprawić. Ale może na takiej mszy wygłosić homilię. I wtedy właśnie głosił diakon stały, jeden z pierwszych, więc nikt nie wiedział, kim jest. W pewnej chwili padło: „Kiedy ostatnio odbierałem swoje dzieci ze szkoły…” (śmiech). Widziałem miny obecnych w kościele, którzy nagle się przebudzili: „Co tu się w ogóle dzieje?”. Potem musiałem wyjaśnić, że kaznodzieja jest diakonem stałym i ma rodzinę, bo byłoby zgorszenie (śmiech). Doświadczenie prezbiterów i diakonów stałych musi być komplementarne, żeby jedni i drudzy mogli się od siebie uczyć. Oni są potrzebni wspólnocie, ale także – sobie nawzajem.
W Polsce tylko kilkanaście diecezji ma dziś diakonat stały, część się do tego przygotowuje. Bardzo mnie to dziwi.
– Księża się boją, że gdy dostaną diakona stałego, to biskup nie da im potem wikariusza. Co jest lękiem irracjonalnym. Poza tym wkrótce zabraknie nam prezbiterów na wikariuszy. Tu naprawdę nie ma się czego bać.
Ukazała się Twoja nowa książka Kościół, świat, reforma, w której znajduje się między innymi rozdział zawierający w tytule pytanie: „Co poszło nie tak z rozwojem wspólnoty założonej przez Jezusa z Nazaretu?”. Ono idealnie pasuje do kwestii diakonatu stałego. Co poszło nie tak z posługami, że zmieniły się z czasem we władzę kleru, uchodzącego dzisiaj za „lepszą część” naszej chrześcijańskiej wspólnoty?
– To był dość długi proces i wpłynęło na niego wiele czynników. Zwłaszcza tendencja do przechodzenia duchownych na utrzymanie wspólnot. Ale też i wpływ neoplatonizmu, który sprzyjał myśleniu o święceniach jako o drabince, na której z niższych stopni wstępuje się na wyższe. No i jeszcze silnym czynnikiem była polemika z protestanckim odrzuceniem sakramentalnego charakteru posług kościelnych. Chyba dogłębniej niż w Kościół, świat, reforma wyjaśniłem to w zeszłym roku w książce Eklezjologia.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!














