Grzech, czyli co?

W uznaniu własnej grzeszności i wyznaniu grzechów nie chodzi o rozliczenie. Nasz dług już dawno został zmazany. Chodzi o relację i ranę, jaką jej zadaje grzech.
Czyta się kilka minut
fot. Sean Gladwell/Getty Images
fot. Sean Gladwell/Getty Images

Próbuję przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy dowiedziałem się o grzechu? Gdzie usłyszałem to słowo, jak mi je wyjaśniono? Nie umiem sobie dokładnie przypomnieć. Ale mam w świadomości, że nauczono mnie, że grzech to jest „złamanie przykazania”, czyli wykroczenie przeciwko prawu. I to właśnie rozumienie grzechu jako niewierności prawu w dużej mierze ukształtowało również moje spojrzenie na Boga i sposób, w jaki się przez lata spowiadałem. Przypominało to w dużej mierze rozliczenie z urzędem skarbowym. Szczegółowe wyliczenia, suche dane. Jakby po drugiej stronie stał bezduszny księgowy, który zwróci uwagę, że zapomniałem jeszcze tej drobnej kwoty z dwoma zerami po przecinku.

Bóg to nie księgowy
Przy mojej wrażliwości doprowadziło mnie to w pewnym momencie do skrupułów. Nagle w centrum mojego życia nie było już miłości Boga, ale mój własny grzech, który coraz bardziej mnie absorbował. Wiedziałem, że Bóg jest miłosierny, ale była to tylko wiedza, która nie dotykała tego, co przeżywałem. Na szczęście trafiłem na mądrego spowiednika, który pomógł mi poukładać sobie wszystko od nowa. Który nie rzucił prostej formułki, żeby się więcej modlić i pościć, ale spojrzał na mnie całościowo – na psychikę, emocję, wrażliwość. Zobaczyłem, że umiejętność właściwej oceny moralnej wymaga nie tylko dobrej wiedzy, ale również wymaga zatroszczenia się o całego siebie. Również o równowagę psychiczną i emocjonalną. Zdrowa ocena moralna wymaga zdrowia ciała i ducha. Spowiedzi nie zastąpi wizyta u psychologa czy psychiatry, ale ta może pomóc lepiej się spowiadać.
Minęło wiele czasu, bym nie tylko zrozumiał, że przez wiele lat byłem źle uczony, albo – ujmę to bardziej osobiście – źle się uczyłem o tym, czym jest grzech, a co za tym idzie, również spowiedź. Ale warto było przejść tę drogę, by w końcu poczuć się prawdziwie wolnym i kochanym bez względu na wszystko. I bynajmniej, nie lekceważąc przy tym grzechu.
Zacząłem od tej publicznej spowiedzi, bo o grzechu można napisać mądrze – sam przecież czytałem wiele traktatów, dokumentów i książek na ten temat – jednak tym, co szczególnie przemawia do człowieka jest dzielenie się doświadczeniem. Nie bez powodu Ewangelia rozchodziła się właśnie w ten sposób: przez przykład codziennego życia i dzielenie się z innymi doświadczeniem Chrystusa. Tak też rozchodziła się wiadomość o zmartwychwstaniu. Maria Magdalena nie tylko poszła powiedzieć, co usłyszała od Jezusa, ale przede wszystkim opowiedzieć, że Go spotkała. Podzieliła się swoim doświadczeniem.
Jestem wdzięczny wielu ludziom, których spowiadałem i spowiadam, ponieważ sposób, w jaki to robili i robią, także i mnie, spowiednika, uczy tego, jak być powinno. Konfesjonał był dla mnie wielokrotnie miejscem głębokiego wzruszenia i wciąż ponawianego uświadomienia sobie zasadniczego przesłania Ewangelii: Bóg mnie kocha, a Chrystus już wziął na siebie moje grzechy; mogę żyć w wolności i radości.

Na początek: Słowo
Jeśli chcemy mówić o grzechu, nie możemy zatrzymać się na katechizmie. Przy całym szacunku do tej formy podawania nauki Kościoła, jest to jedynie jakaś synteza, próba opowiedzenia zasadniczych prawd wiary językiem współczesnych ludzi. Dlatego sformułowania w katechizmach się zmieniały, sposób ich układu również, może więc dziwić, że czasem niektórzy bronią starych sformułowań, które można dziś ująć lepiej. Sam zresztą Katechizm Kościoła katolickiego, cytując obficie ojców Kościoła, wybitnych teologów i papieży, ostatecznie odwołuje się do Pisma Świętego, które jest dla nas źródłem Objawienia.
Stary Testament na określenie grzechu używa trzech głównych terminów, które wyrażają złamanie przymierza, wystąpienie przeciwko Bogu, zerwanie więzi międzyosobowych między Bogiem a Jego ludem. Pierwszym jest pesha', które znajdziemy u Izajasza, Ozeasza i Jeremiasza, oznacza bunt, zerwanie, przekroczenie Przymierza, odrzucenie zwierzchności Boga i sprzeciw wobec Jego zbawczej inicjatywy. W Księdze Rodzaju znajdziemy słowo 'awon oznaczające zbłądzenie, skręcenie, zejście z drogi, stan będący rezultatem czynów grzesznych. Wreszcie hatta’t pojawiające się m.in. w Księdze Sędziów, Jeremiasza, Samuela oznacza brak czegoś, nieosiągnięcie celu, zbłądzenie, przede wszystkim jednak naruszenie relacji międzyosobowej.
W Nowym Testamencie występują również trzy główne terminy na określenie grzechu: adikia, czyli nieprawość, niesprawiedliwość wobec pełnej miłosierdzia sprawiedliwości Bożej; znajdziemy m.in. u Pawła w Liście do Rzymian. Jan z kolei w swoim pismach używa dwóch słów: anomia – bezprawie, odrzucenie prawa Przymierza, i hamartia – grzech jako taki; czyny grzeszne; zbłądzenie, zejście z drogi Bożej.
Szczególnie interesujące są te dwa odpowiadające sobie wyrażenia: hatta’t i hamartia. Wskazują bowiem na to, o czym przypomniał ostatnio podczas liturgii pokutnej w Watykanie papież Franciszek, że „grzech jest zawsze raną w relacjach”. Podobnie pisze Dariusz Piórkowski SJ w książce Po co nam spowiedź, powstałej z artykułów pisanych w „Przewodniku Katolickim”: „Grzech jest rzeczywistością relacyjną bardziej niż prawną. Tak jak w przyjaźni i małżeństwie: nadużycie czyjegoś zaufania i rany, które sobie zadajemy, zawsze pochodzą z wcześniejszego – no właśnie – ‘odwrócenia się od siebie’ czy ‘zwrócenia się do czegoś lub kogoś’? Nie jest łatwo ustalić, co bywa pierwsze: jajko czy kura? Czy brak rozmowy, kontaktu, wzajemnego obdarowania, poświęcenia sobie uwagi jest przyczyną czy skutkiem osłabienia więzi? W każdym razie nie ma grzechu bez wewnętrznego i dobrowolnego oddalenia się od Boga”.

Chybić do celu
Greckie słowo hamartia jest o tyle ciekawe, że używane było w tragedii greckiej, pojawia się też w terminologii sportowej i medycznej. W tragedii starożytnej grzech to błędne rozpoznanie i fałszywa ocena własnej sytuacji przez bohatera. Bohater, nieświadomy rzeczywistego znaczenia okoliczności, w jakich się znalazł, popełnia czyny, które prowadzą go ostatecznie do katastrofy. W sporcie użycie tego słowa wydaje się oczywiste: jeśli strzelec chybił celu, to właśnie jego hamartia. W medycynie termin ten oznacza niewłaściwy rozwój zarodkowy jakiegoś narządu ciała ludzkiego.
Mając świadomość znaczenia tego terminu, przyłóżmy to teraz do rozumienia naszej grzeszności jako stanu człowieka po grzechu pierworodnym i moralnej oceny naszego postępowania. Zgrzeszyć to chybić celu. O jaki cel chodzi? O zamysł Stwórcy. O wolę Boga. O to, co nam proponuje w swoim Słowie, a więc w Jezusie Chrystusie. Jeśli nam się nie udaje iść za słowami Jezusa, jeśli nie udaje nam się żyć Ewangelią, to nie trafiamy do celu, to błądzimy, schodzimy z drogi.
Który jednak sportowiec strzelając z łuku, zamierza chybić? Jaki wędrowiec chcący dotrzeć do celu specjalnie schodzi z drogi i naraża się na nieosiągnięcie celu?
Jednym z najstarszych określeń wiary chrześcijańskiej jest droga. A biblijnym symbolem człowieka pogrążonego w grzechu jest ślepota. Dlatego Ewangelie opisują Jezusa przywracającego wzrok. Warto w tym kontekście przyjrzeć się historii Bartymeusza.
Już samo imię pokazuje nam pewien kontrast. Bartymeusz to syn Tymeusza. Tymeusz to człowiek zacny i poważany – takie jest znaczenie tego imienia. Dlaczego syn człowieka zacnego i poważanego siedzi obok drogi i żebrze? Jest nikim, nie liczy się, nie ma poważania. Przypomina to trochę przypowieść o synu marnotrawnym. O dziedzicu, o synu ojca, który odszedł i z jakiegoś powodu wszystko roztrwonił i przestał się liczyć. Stał się nikim. W niewidomym Bartymeuszu widzimy człowieka, który z jakiegoś powodu jest ślepy na Boga, któremu coś nie pozwala widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Z powodu ślepoty zszedł z drogi. Już nią nie idzie, ale siedzi obok. To znamienne! Nie potrafi dostrzec piękna życia, obecności w Nim swego Pana. Nie widzi w drugim człowieku przychodzącego Boga. Nie dostrzega nadziei ani sensu w swoim życiu. Przecież to figura każdego z nas. Czy ślepota – duchowa, moralna – jest czymś, czego chcemy? A jednak jest czymś, co wybieramy.
„Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to, czego nienawidzę – to właśnie czynię. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, to tym samym przyznaję Prawu, że jest dobre. A zatem już nie ja to czynię, ale mieszkający we mnie grzech. Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać – nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek!” – snuje refleksje nad własną grzeszną kondycją św. Paweł. Któż z nas się pod tymi słowami nie podpisze.

Nikt nie chce być ślepy
Wracając do Bartymeusza. Niewidomy zrobił coś niesamowitego. Głośno woła, co możemy odczytać jako intensywną, nieustającą modlitwę błagalną. Kiedy woła i błaga, Jezus się zatrzymuje, mówi: zawołajcie go, i wówczas ten słyszy słowa nadziei: Bądź dobrej myśli. Wstań, woła Cię.
Co robi? Zrzuca płaszcz. Może nam się znowu wydać to nieistotnym szczegółem, ale dla człowieka ubogiego, biednego, bezdomnego, żebrzącego płaszcz jest wszystkim. To jest cały jego dobytek. To jest coś, na czym może się położyć. To jest coś, czym może się okryć, kiedy przychodzi chłód nocy. To jest coś, co może mu zagwarantować przeżycie. Jeśli nam ewangelista mówi, że zrzucił płaszcz, to znaczy, że zostawił to, co go po ludzku zabezpieczało. Wierząc, że teraz zabezpieczenie będzie od Jezusa, od Boga. Zaryzykował, bo gdyby Jezus go nie uzdrowił, zostałby z niczym. Dalej ślepy i w dodatku bez płaszcza.
Konkluzją historii uzdrowienia Bartymeusza jest to, że przejrzał i poszedł za Jezusem drogą. Bartymeusz już nie jest obok. Bartymeusz dołączył do grona uczniów. Wszystko to, co się wydarzyło, było potrzebne po to, żeby on znów wrócił na drogę.
I wracamy do początku. Chrześcijaństwo jest drogą, a my z tej drogi nieraz schodzimy. Nie chodzi o to, byśmy się teraz pastwili się nad sobą, że zeszliśmy i siedzimy obok, bez nadziei i bez sensu. I nie chodzi też o to, byśmy szukali własnego sposobu powrotu. Niby jak, skoro siedzimy ślepi?
Właściwe rozumienie grzechu sprowadza się do uznania, że potrzebuję Boga. I wierzę, że On chce się przy mnie zatrzymać. I że to On wyciąga rękę do mnie i bez tej wyciągniętej ręki będę tonął jak Piotr na wzburzonym morzu. Jednym z głównych problemów w naszym życiu jest to, że zatrzymujemy się przy naszych grzechach i – o zgrozo! – próbujemy sami sobie z nimi poradzić. W gruncie rzeczy, nieświadomie zamykając się w błędnym kole naszych grzechów.

Niewłaściwe przywiązanie
Sięgnijmy do Ignacego z Loyoli, którego historia życia i doświadczenie grzechu będą nam bardzo przydatne. Założyciel jezuitów przeszedł długą drogę, od lekceważenia grzechu przez skrupuły, aż w końcu doszedł do właściwego rozumienia życia duchowego. To właśnie Ignacy proponuje rachunek sumienia w formie, która nie sprowadza się do odpowiedzi na pytania zawarte w książeczce do nabożeństwa. Bo przecież nie trzeba się rozliczać z Bogiem, który zmazał „dłużny zapis starodawnej winy”, jak radośnie wyśpiewujemy w orędziu wielkanocnym. Ignacy proponuje całościowe spojrzenie na siebie: począwszy od uwielbienia Boga, przez dziękczynienie, aż po przejście krok po kroku dnia, by… zobaczyć, czy wciąż jesteśmy na właściwej drodze, czy z niej zeszliśmy. Dokładnie tak: nie jakie popełniliśmy grzechy, ale gdzie jesteśmy w naszej drodze! Uświadomienie sobie, że z niej zszedłem, to uświadomienie, że nie trafiam już do celu, a więc grzeszę. Ponieważ nie tego chciał dla mnie Bóg. Postanowiłem pójść za czymś innym niż jego wola. I tu jest kluczowa kwestia: rozeznanie, dlaczego tak się stało? Dlaczego odszedłem, co mnie pociągnęło? Ignacy wskaże, że tym, co nas sprowadza z drogi i powoduje, że chybiamy celowi, są nasze nieuporządkowane uczucia. Może też nazwać je inaczej za św. Janem od Krzyża przywiązaniami lub niedoskonałościami.
Skoro przeszliśmy tak długą drogę, sięgnijmy teraz do Katechizmu Kościoła katolickiego, który w numerze 1849, próbując definiować grzech, podaje, że jest on „brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr”. Przywiązanie do owych dóbr angażuje często uczucia. Pociągnięci pragnieniem, widzimy w nim coś dobrego, a jednocześnie nie widzimy, że tracimy jakąś cząstkę swej wolności. Dążenie za tym „dobrem” angażuje nas coraz bardziej, pochłania nasz czas, energię. Możemy powiedzieć, że wytwarzamy z tym dobrem jakiś rodzaj relacji, która ma nas nakarmić, zaspokoić. I tu jest pies pogrzebany: ponieważ nic ostatecznie nie może nas zaspokoić, jak tylko Bóg. Mamy pragnienie relacji, ponieważ jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, który jest wspólnotą Osób pozostających ze sobą w relacji miłości. Nasz problem polega na tym, że szukamy spełnienia w tym, co nie może nam ostatecznie przynieść wzajemności i sprawić, że relacja będzie prawdziwie relacją bezinteresownej miłości. Uzależniamy się od tego, czego pragniemy, stając się tego niewolnikami. A więc nie jest to prawdziwa miłość, bo ta nie zniewala. Bóg nie zniewala człowieka, ale zaprasza Go do relacji ze sobą, pozostawiając człowiekowi wolność wyboru.
Kiedy widzimy jakieś nieuporządkowane przywiązania, coś co nas trzyma na wodzy i nie pozwala iść drogą i osiągać celu, trzeba sobie postawić pytanie, co jest tego źródłem. Gdzie jest problem? Czasem odnajdziemy go w osobistych predyspozycjach, emocjach i postawach, które pozostają wciąż niedojrzałe.
Grzech ma więc złożoną naturę. Łatwiej nam zobaczyć konkretny czyn, który w gruncie rzeczy jest już „tylko” uzewnętrznieniem się tego nieuporządkowania, które w nas narastało. Grzechu więc nie pozbędziemy się ot tak, wyznając na spowiedzi. Spowiedź to nie duchowa pralka, z której wyjmuje się czystą duszę. Podchodzimy czasem do spowiedzi, wyznając grzechy, jakbyśmy chcieli pozbyć się długu i odejść z czystym kontem, zaskoczeni po chwili, że znów na tym koncie pojawia się dług. Powtórzmy: dług został już za nas spłacony. Grzech wyznaję, bo mam świadomość chybienia celu. Ale wyeliminowanie go z życia to ciężka praca, wymagająca nieustannego przyglądania się sobie. Przy całej świadomości, że jest przy mnie Pan, jest przy mnie i po mojej stronie, jako mój Obrońca i Rzecznik u Ojca. Być może więc więcej uwagi w rachunku sumienia i spowiedzi powinniśmy przykładać nie tyle do zauważenia grzechów, ile rozpoznania wszystkich naszych nieuporządkowanych przywiązań, które nas do niego prowadzą, a to nie jest łatwe ani od razu zauważalne. To przypomina trochę proces leczenia, w którym widać objawy, ale przecież to nie one są problemem, ale to, co je powoduje. Sukcesem jest wyeliminowanie przyczyn choroby, a to wymaga nieraz rzetelnej diagnostyki. Nie zawsze udaje się trafić z lekiem od razu. Któż z nas nie testował wielu lekarstw, nim trafił na to, które faktycznie mu pomaga? Ile osób chodzi od lekarza do lekarza, nie wiedząc, skąd biorą się u nich takie a nie inne objawy?
Przywołam na koniec jeszcze raz Dariusza Piórkowskiego, tym razem jednak odwołując się do jego wpisu z Facebooka: „Dlatego spowiedź musi być połączona z wszystkim innym w formacji i drodze duchowej. Jeżeli ktoś uważa, że po spowiedzi już jest wolny, uzdrowiony i wyparowały z niego wszystkie mechanizmy i przekonania, które prowadzą do grzechu, to się myli. Coraz bardziej jestem przekonany, że człowiek nie grzeszy dlatego, że jest zły, pyszny i nienawidzący dobra. Grzeszymy, bo żyjemy w dużej nieświadomości, bo nie widzimy właściwie, bo dajemy się nabrać, bo wiążemy się z czymś uczuciowo, ale tak, że tracimy jakąś część wolności i siebie. Myślę, że Bóg to widzi. Myślę, że Jego współczucie wobec grzesznika bierze się z tego pełnego poznania człowieka. Tak właśnie rozumiem słowa Jezusa z krzyża: ‘Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią’”.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 41/2024