W jaki sposób państwo przygotowywało się na powodzie, rozbudowując infrastrukturę hydrologiczną i dlaczego okazała się ona niewystarczająca? Odpowiedzialności za powódź nie można zrzucić na jedno środowisko lub partię.
Największa od lat powódź, która spustoszyła południową Polskę, tradycyjnie uwydatniła słabości polskiego państwa i klasy politycznej. Gdy błoto dopiero zaczynało zalewać miasta i miasteczka położone w pobliżu granicy z Czechami, politycy ochoczo taplali się już w tym własnym, obrzucając się wzajemnymi oskarżeniami. Niezbyt przekonujące apele, by nie robić polityki na dramacie tysięcy ludzi, zniknęły pod falami pisanych ze znacznie większym przekonaniem wypowiedzi o charakterze nawet już nie politycznym, ale czysto partyjnym. Lista tematów wyłączonych z politycznego sporu staje się więc coraz krótsza. Problemów mamy jednak więcej. Przepływ informacji w obrębie państwa, koordynacja działań między instytucjami czy polityka informacyjna rządu również nie napawają optymizmem. Popowodziowe wyzwania nie ograniczą się więc tylko do odbudowy budynków oraz infrastruktury.
Awantura o wały
Festiwal wzajemnych oskarżeń rozpoczął Mariusz Błaszczak, były minister obrony narodowej w rządzie PiS. Błaszczak zarzucił obecnemu rządowi m.in. planowane „zawieszenie ponad 90 niezwykle ważnych inwestycji retencyjnych oraz ponad 70 inwestycji na Odrze, w tym budowy i rozbudowy wałów przeciwpowodziowych czy budowy zbiorników”. W reakcji na to politycy Koalicji Obywatelskiej zaczęli wytykać PiS zahamowanie tempa budowania wałów przeciwpowodziowych. W latach 2016–2022 wybudowano ich tylko 303 km, tymczasem w latach 2008–2015 aż 1732 km. W okresie rządów PO–PSL oddano niemal połowę (46 proc.) istniejących obecnie wałów.
Jest faktem, że po 2015 r. tempo oddawania nowych wałów hydrologicznych znacząco spadło. W latach 2008–2015 budowano ich nawet po kilkaset kilometrów rocznie, tymczasem w kolejnych latach ledwie kilkadziesiąt. W samym 2014 r. oddano do użytku więcej wałów przeciwpowodziowych (307 km) niż w całym okresie rządów PiS. Same liczby nie muszą być jednak dowodem zaniedbań. Wałów nie buduje się w nieskończoność, a wysoka aktywność rządu PO–PSL na tym polu siłą rzeczy ograniczyła ich następcom liczbę potencjalnych inwestycji tego typu.
Co więcej, w ostatnich latach zmieniło się podejście do infrastruktury hydrologicznej. Wały nie są obecnie uznawane za najlepszy sposób profilaktyki przeciwpowodziowej. Powodują one kumulację fal powodziowych oraz przyspieszenie nurtu rzeki, co może być bardzo niebezpieczne dla mieszkańców, zwierząt, domostw i majątku trwałego. Przeciw inwestycjom regulującym rzeki protestują też ekolodzy, według których niszczy to rzeczny ekosystem. Te protesty – szczególnie w odniesieniu do Odry właśnie – często popierały ugrupowania tworzące obecną koalicję rządzącą. Poza tym nie służy to również sytuacji hydrologicznej pustynniejących rejonów kraju. Mając tak duże problemy z zasobami wodnymi, powinniśmy je w miarę możliwości poddawać retencji, a nie spuszczać do morza w ekspresowym tempie.
Wały nie są jedynym rodzajem infrastruktury hydrologicznej. Być może ważniejsze są zbiorniki retencyjne, które umożliwiają rozlanie nagromadzonej wody na dużym i niezamieszkanym terenie, dzięki czemu można uniknąć spiętrzenia fal powodziowych. W 1997 r. podjęto decyzję o wysadzeniu wałów w miejscowości Łany, w celu rozlania części wody w Dolinie Widawy, by zmniejszyć wysokość fali powodziowej we Wrocławiu. Decyzja spotkała się z gwałtownym oporem mieszkańców doliny, którzy uniemożliwili saperom wysadzenie obiektu. Sytuacja ta została później przedstawiona w serialu Wielka woda. Do dziś trwa spór, czy wysadzenie wału mogło zmniejszyć skalę katastrofy w stolicy Dolnego Śląska.
Niepopularna infrastruktura
I to właśnie w tym obszarze można wytknąć zaniedbania poprzedniej władzy – a właściwie wszystkim poprzednim ekipom rządowym. W Polsce mamy do dyspozycji 120 suchych zbiorników retencyjnych, z czego 15 znajduje się na Dolnym Śląsku. Według danych Wód Polskich poziom retencji wody w Polsce to zaledwie 7,5 proc. średniorocznego odpływu rzecznego. Średnia unijna to ok. 20 proc., a w Hiszpanii przewyższa 40 proc. Realny potencjał retencji wody w Polsce to 15 proc., więc nasze aktualne możliwości są dwukrotnie mniejsze. Osiągnięcie tego potencjału idzie jak krew z nosa. W latach 2019–2023 Wody Polskie wybudowały tylko cztery z dziewięciu planowanych zbiorników. Na pozostałe nie było zgody politycznej, co zaś było spowodowane oporem społecznym, wykorzystywanym zresztą przez polityków z obu stron barykady.
Zrezygnowano chociażby z budowy dwóch zbiorników w Kotlinie Kłodzkiej, przeciw którym powstał lokalny ruch społeczny. Został on poparty m.in. przez ówczesną minister edukacji Annę Zalewską z PiS oraz posłankę KO – obecnie wicemarszałek Sejmu – Monikę Wielichowską. Gdyby zostały one wybudowane, skala tegorocznych zniszczeń w Kłodzku mogła być znacznie mniejsza.
Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła poziom realizacji zadań przez Wody Polskie w latach 2020–2022. W tym czasie poziom retencji wzrósł o ponad 10 mln metrów sześciennych. Oznaczało to wykonanie zaledwie 10 proc. planu.
Pojawił się także spór o kluczowy podczas tegorocznej powodzi zbiornik Racibórz Dolny, którego zadaniem jest ochrona przed powodzią Opola, Kędzierzyna-Koźla i Wrocławia. Według polityków PiS-u to właśnie dzięki ich rządom zbiornik powstał. Politycy KO przekonywali, że PiS jedynie dokończył inwestycję rozpoczętą jeszcze w 2013 r., gdy podpisano umowę z wykonawcą. Właściwie obie strony mają tu rację, warto jednak zaznaczyć, że budowa zbiornika trwała aż siedem lat. Hiszpański wykonawca Dragados notował notoryczne opóźnienia, a NIK informowała o poważnym ryzyku niedotrzymania terminu realizacji, który określono na styczeń 2017 r. W 2016 r. rząd PiS wypowiedział umowę z Dragados, a nawet skierował sprawę do prokuratury, która została jednak umorzona w 2021 r. z powodu braku znamion przestępstwa. W 2017 r. wybrano nowego wykonawcę, czyli konsorcjum Budimex i Ferrovial Agroman, które dokończyło budowę zbiornika w 2020 r.
Także w tym przypadku mieliśmy do czynienia ze sprzeciwem społecznym. W miejscu zbiornika znajdowały się dwie wsie – Nieboczowy i Ligota Tworkowska. Nieboczowy był regularnie zalewane przez powodzie, mimo to mieszkańcy nie chcieli opuścić swoich domostw. Z tego powodu wójt gminy Lubomie nie wydał decyzji lokalizacyjnej dla zbiornika. Wydał ją dopiero w trybie zarządzenia zastępczego wojewoda śląski, co jeszcze bardziej oburzyło mieszkańców. Finalnie udało się jednak dojść do porozumienia, uzgadniając… przeniesienie wsi w inne miejsce. Nowe Nieboczowy zostały oddane do użytku w 2019 r. Gdyby również w tym przypadku nie udało się zmiękczyć oporu społecznego, bylibyśmy obecnie w katastrofalnej sytuacji.
Niestety w ostatnich latach państwo prowadziło działania nie tylko zwiększające bezpieczeństwo przeciwpowodziowe, ale też idące w odwrotnym kierunku. Mowa o masowym wyrębie lasów na zboczach gór, co zmniejszało ich możliwości retencyjne. Autor książki Hydrozagadka Jan Mencwel zwrócił uwagę, że w masywie Śnieżnika od lat dokonywano wycinki drzew. To właśnie masywne opady nad Śnieżnikiem stały się główną przyczyną powodzi w Kotlinie Kłodzkiej. Gdyby nie przeprowadzono tam wycinki, las mógłby wchłonąć większą część opadu, zmniejszając nieco skalę powodzi w Kłodzku lub przynajmniej dając nieco więcej czasu na reakcję. Oczywiście i tak nie uchroniłoby to kotliny przed powodzią – w przeciwieństwie do dwóch zaniechanych zbiorników, które naprawdę mogłyby zupełnie zmienić sytuację.
Zarządzanie kryzysem
Wiele problemów pojawiło się również na etapie zmagania się z powodzią. Rozpoczęło się od nietrafionych słów premiera Donalda Tuska w piątek 13 września. „Prognozy nie są przesadnie alarmujące. Dzisiaj nie ma powodu, aby przewidywać zdarzenia w skali, która by powodowała zagrożenie na terenie całego kraju. Nie ma powodu do paniki” – stwierdził szef rządu. Gdy wielka woda zalewała Głuchołazy, Stronie Śląskie i Kłodzko, politycy PiS zaczęli krytykować premiera za wprowadzenie w błąd mieszkańców i opinii publicznej. Tusk w TVP Info tłumaczył się z tych słów tym, że w piątek rano dysponował takimi właśnie prognozami, ale mimo to i tak przygotowano z wyprzedzeniem działania kryzysowe. Oczywiście to nie Donald Tusk był autorem błędnych prognoz, jednak jako premier bierze odpowiedzialność za błędy podległych mu urzędów. Gdy sam był w opozycji, nie miał oporów przed wytykaniem podobnych wpadek przeciwnikom politycznym – chociażby szefowi NBP Adamowi Glapińskiemu, który niedługo przed kryzysem inflacyjnym przekonywał, że Polsce wzrost cen nie grozi.
Problemy z jakością informacji oraz ich przepływem pojawiły się także w kolejnych dniach. Szczególnie w odniesieniu do Wrocławia. W poniedziałek wieczorem pojawiły się doniesienia o wycieku wody ze zbiornika Racibórz Dolny. Miało to znacząco pogorszyć prognozy dla Wrocławia. Awaria okazała się nie tak poważna, jak przypuszczano, jednak jeszcze we wtorek rano rząd dysponował sprzecznymi informacjami na ten temat. „Mamy do czynienia ze sprzecznymi komunikatami IMGW i hydrologów, jeżeli chodzi o zagrożenie dla Wrocławia” – mówił Tusk podczas posiedzenia sztabu kryzysowego.
Podczas tego samego posiedzenia 17 września wyszła na jaw znacznie bardziej skandaliczna sprawa. Należąca do Taurona elektrownia wodna Lubachów spuściła wodę do zbiornika Mietków, co również zwiększyło zagrożenie dla stolicy Dolnego Śląska. Spółka Skarbu Państwa nie poinformowała o tym fakcie Wód Polskich, gdyż według procedur nie miała takiego obowiązku. Poinformowano tylko lokalne centra kryzysowe w Świdnicy i Wałbrzychu, które również nie przekazały informacji Wodom Polskim. Wyłaniał się z tego obraz państwa niepotrafiącego koordynować działań kontrolowanych podmiotów i instytucji, które zainteresowane są głównie tym, żeby na ich poletku było dobrze i w razie czego móc umyć ręce.
Kredyt 2 proc. dla powodzian
Także pod względem finansowym działania rządu pozostawiały wiele do życzenia. Początkowo minister finansów poinformował o zabezpieczeniu miliarda złotych na zwalczanie skutków powodzi. Kwota ta została gromko wyśmiana przez użytkowników platformy X jako zupełnie niepoważna. Przypomnijmy, że straty spowodowane powodzią w 1997 r. oszacowano na 12 mld zł, co w obecnych warunkach cenowych odpowiada ok. 35 mld zł. Ministerstwo Finansów zwiększyło rezerwę do dwóch miliardów, co wciąż jest zupełnie nieadekwatne do skali wyzwania.
Co gorsza, minister klimatu Paulina Hennig-Kloska zapowiedziała nisko oprocentowane (1,5–2 proc.) kredyty na zwalczanie skutków powodzi dla samorządów, co spotkało się z powszechnym oburzeniem. Rząd musiał więc wycofać się z tych propozycji rakiem, a słowa pani minister skrytykowali zarówno Tusk, jak i marszałek Szymon Hołownia. Nie zmienia to faktu, że taki pomysł w ogóle się pojawił.
Rząd uruchomił szybkie jednorazowe świadczenia dla powodzian wysokości 10 tys. zł na gospodarstwo domowe. Dodatkowo zapowiedziano dotacje wysokości 200 tys. zł na odbudowę domu lub mieszkania oraz 100 tys. zł na remont lub odbudowę budynków gospodarczych. Kredytobiorcy hipoteczni, których kupione na kredyt mieszkanie lub dom ucierpiały, mogą liczyć na spłacenie najbliższych 12 rat przez państwo.
Według stanu na czwartkowe południe (19 września) można mieć nadzieję, że uda się uniknąć powodzi w największych miastach – z Wrocławiem na czele. Jednak znacząco ucierpiały niektóre miasta średnie, na przykład Nysa czy Jelenia Góra. Skala zniszczeń w mniejszych Głuchołazach, Kłodzku, Stroniu Śląskim czy Lądku Zdroju jest ogromna. Te mniejsze gminy w części trzeba będzie odbudować. Kosztować to będzie dziesiątki miliardów złotych, więc rząd będzie musiał wysupłać znacznie wyższe kwoty, jeśli nie chce zrzucić kosztów na powodzian.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













