No właśnie, odpowiedź tylko z pozoru jest prosta: do wulkanów. Ale może jednak do: nauki, natury, adrenaliny, ognia? Do przekraczania tego, co nieprzekraczalne? Może w ogóle nie była to miłość, a uzależnienie od niebezpieczeństw, fascynacja, nieposkromiona ciekawość, igranie z naturą świata i własną? Jedno jest pewne: cokolwiek to było, połączyło ich na zawsze i sprawiło, że byli szczęśliwi. We dwoje. Nie, we troje – jak sugeruje reżyserka. Trzeci bohater tego związku ma wiele imion: El Chichon, Mayon, Heimaey, Oldoinyo Lengai, Etna, Święta Helena, Nevado del Ruiz, Pinatubo, Unzen. To nie wszystkie nazwy wulkanów, które Sara Dosa wymieniła w napisach po nazwiskach najsłynniejszej pary wulkanologów: Katii i Maurice’a Krafftów.
Unzen
Góra wznosi się ponad 1500 metrów n.p.m. i jest jednym z najgroźniejszych wulkanów na świecie. Ma swoją czarną legendę: w czasie trwających dwa wieki prześladowań chrześcijan w Japonii wrzucano do jej krateru tych, którzy nie chcieli wyrzec się wiary. Wulkan odpowiedział erupcją, która wywołała ogromne tsunami. Zginęło 15 tys. osób. Potem zamilkł na niemal 200 lat.
W czerwcu 1991 r. Maurice Krafft staje przed kamerą i zapewnia, że się nie boi. 45 lat, widział w swoim życiu ponad sto erupcji, zaglądał w otchłań wulkanu tyle razy, że trudno to zliczyć. Jest zadowolony. Przyjechali z Katią do Japonii, bo Unzen się obudził. Od dwóch lat obserwowana jest jego niewielka aktywność, która właśnie przybiera na sile. Będą filmować erupcję. Z uśmiechem mówi, że nie obchodzi go śmierć, mógłby umrzeć nawet jutro. Razem z nim patrzymy na kłęby dymu wydostające się z wulkanu. Istnieje inne ujęcie z miasteczka u stóp góry. Kłęby gazów i odłamków skalnych wydostające się z wnętrza Ziemi staczają się po stokach góry z zawrotną szybkością. Ten fascynujący obraz szybko zamienia się w horror, gdy widoczny na filmie człowiek zauważa, że tym razem chmura gazu porusza się zbyt szybko i zaczyna uciekać. To lawiny piroklastyczne, nazywane też chmurami gorejącymi (bo ich temperatura dochodzi do 1000 stopni Celsjusza), odpowiedzialne za zasypanie Pompejów i Herkulanum.
3 czerwca 1991 r. Katia i Maurice jak oniemiali patrzą na ogromną szarą chmurę, lecz nie mają szans przed nią uciec. Byli zbyt blisko. Lawina przemierzyła ponad 4 km zbocza wulkanu, niszcząc wszystko, co napotkała na swojej drodze, i zabijając Krafftów oraz 40 innych obserwatorów, głównie naukowców i dziennikarzy.
Właściwie było to do przewidzenia. Od tylu lat narażali się na śmierć, zaglądając w otchłań. Sara Dosa przejrzała wielkie archiwum filmowe Krafftów, wyciągając z niego prawdziwe perełki: fragmenty wywiadów telewizyjnych, obrazów z wypraw, wśród których znajdują się sceny mrożące krew w żyłach, a jednocześnie tak bardzo piękne. To dzięki ich odwadze możemy oglądać hipnotyzujące zdjęcia czerwonej lawy poruszającej się wolno i leniwie, zajrzeć w bulgoczące i przelewające wnętrze Ziemi. Spacerująca tak blisko rozlewającej się lawy Katia spokojnie przytrzymuje sobie przekrzywiony kapelusik. Wydaje się, że niebezpieczeństwo nie robi na niej wrażenia, a my boimy się, że wystarczy chwila, żeby jej ubranie zajęło się ogniem. Jak można rozbić namiot tak blisko krateru i spokojnie przespać w nim noc? Jeśli się przepłynęło pontonem po jeziorze wulkanicznym pełnym siarki, to nic nie jest straszne. Oddychamy z ulgą, gdy widzimy, jak Krafftowie ubierają się w specjalne srebrne kombinezony – wyglądają, jak kosmonauci na obcej planecie, ale przynajmniej są bezpieczni. W miarę bezpieczni. Z jednej strony chciałoby się powiedzieć: to szaleństwo! Z drugiej nie można oderwać od nich oczu.
Taniec na krawędzi
Poznali się w Strasburgu. Ona studiowała chemię, on geologię. Połączyła ich miłość do wulkanów. W podróż poślubną ruszyli na Etnę, w 1968 r. na swoją pierwszą wyprawę naukową na Islandię. Postanowili „polować” na wulkaniczne erupcje. Żeby poznać niebezpieczeństwo, jakie ze sobą niosą, trzeba je zrozumieć. A żeby zrozumieć, należy się do nich zbliżyć tak bardzo, jak to jest możliwe. Chodzi o to, by zobaczyć na własne oczy ich aktywność, doświadczyć, żeby ocenić. Więc podróżowali od jednego do drugiego. W sumie nagrali i opisali 150 erupcji, dokonali podziału wulkanów (choć uważali, że to niemożliwe, bo każdy z nich ma inną osobowość, podobną do ludzkiej) i działali na rzecz opracowania systemu wczesnego przestrzegania przed wstrząsami. Dzisiaj taki system działa na całym świecie.
Byli uzależnieni. „Kiedy raz zobaczysz erupcję nie możesz potem bez niej żyć” – tłumaczyła Katia i dodawała, że „ciekawość jest silniejsza niż lęk”. W wywiadach, z których korzystała reżyserka przyznają, że natura ich urzekała bardziej niż drugi człowiek. Szukali w życiu tego, co przerastało ludzkie poznanie, czegoś wielkiego, potęgi, nad którą człowiek nie ma kontroli. Aż kusi, żeby zapytać w tym miejscu o Boga. Życie kończy się kropką – odpowiadali. Wystarczała im wzajemna obecność, wspólne doświadczanie wzruszeń, ekscytacji, radości, smutków i zmartwień. Ale w tle zawsze musiała być nieokiełznana ognista góra. Więc Sara Dosa stworzyła film o miłości opartej na ciągłym poczuciu zagrożenia. To m.in. z tego powodu Krafftowie od początku założyli, że nie będą mieli dzieci. Ryzyko miało jednak sens: zebrali tyle materiału naukowego, że byli w stanie pomóc mieszkańcom okolic wulkanicznych uniknąć przyszłych tragedii. Pisali książki, udzielali wywiadów, występowali w telewizji, ucząc ludzi życia wulkanu i zarabiając w ten sposób na badania naukowe. Katia mówiła, że patrząc na zniszczenia spowodowane erupcją, na zalane lawą wioski i widząc ludzkie dramaty, odczuwała coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Doskonale ją rozumiemy, gdy zachwyca nas barwa przesuwającej się skały i eksplodujący ogień na tle czarnego nieba.
Nie sposób zaprzeczyć, że Krafftowie żyli ekscentrycznie, igrając z – nomen omen – ogniem, a mimo to z zachwytem i czymś w rodzaju zazdrości patrzy się na ich ekstatyczny taniec na krawędzi wulkanu.
Pod wulkanem i pod lodem
Małżeństwem wulkanologów zainteresował się także inny reżyser, znany od kilku dekad z dokumentów, podejmujących temat relacji człowieka z naturą, Werner Herzog. To nie było pierwsze jego spotkanie z wulkanem. W 1977 r. pojechał ze swoją ekipą na Gwadelupę, gdzie budził się do życia wulkan Soufrière. W oczekiwaniu na erupcję wszyscy mieszkańcy wyspy zostali ewakuowani. Herzog usłyszał o jednym mężczyźnie, który postanowił pozostać, i to o nim chciał stworzyć film. W opustoszałym mieście spotkał trzy takie osoby. Wulkan nie wybuchł, ale film La Soufrière – Czekając na nieuniknioną katastrofę, nakręcony w cieniu wulkanu, był dla niemieckiego reżysera pierwszym z nim spotkaniem. W 2016 r. powstał obraz Inferno. Herzog wraz z brytyjskim wulkanologiem Clivem Oppenheimerem odwiedza kilka czynnych wulkanów w różnych częściach świata, spotykając się z ludźmi, na których mają wpływ. Było tylko kwestią czasu, kiedy zafascynuje go historia Krafftów. Podczas gdy w kinach możemy oglądać Wulkan miłości Sary Dosy, w czerwcu miał światową premierę dokument Wernera Herzoga Watch The Fire Within: A Requiem for Katia and Maurice Krafft. Korzystał z tych samych dwustu godzin materiałów filmowych przechowywanych w archiwum Krafftów. Herzog jest specjalistą od portretowania ludzi żyjących nietuzinkowo i ryzykownie, poświęcających życie swojej pasji.
W ten nurt wpisują się także inne dokumenty powstające w ostatnich latach, obecne na dużym ekranie, takie jak oscarowy Free Solo, o pierwszym człowieku, który nie używając zabezpieczeń, wspiął się samotnie na mierzącą ponad
2 tys. metrów skałę, czy mający premierę na tegorocznym festiwalu Millennium Docs Against Gravity dokument W objęciach lodu o trzech glacjologach, którzy badają pokrywę lodową na Antarktydzie. Ryzykują życiem nie mniej niż Krafftowie, schodząc niemal 200 metrów pod lód, trzymając się niepewnej liny.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.









