Logo Przewdonik Katolicki

Wolność słowa w sieci

Michał Szułdrzyński
fot. Magdalena Bartkiewicz

Problem w tym – i tu trzeba przyznać politykom Solidarnej Polski rację – że w pewnym momencie okazało się, że debatę w Polsce organizuje kilka serwisów społecznościowych

Po tym, jak największe platformy społecznościowe świata zablokowały konta Donalda Trumpa, wszystkie partie w Polsce dostrzegły problemy, jakie są związane z rozwojem mediów społecznościowych. Nawet niemiecka kanclerz Angela Merkel, choć nie cierpiała prezydenta Trumpa, przyznała, że ma problem z takim postępowaniem. Mało tego, szef Twittera Jack Dorsey, który sam podjął decyzję o zlikwidowaniu konta ustępującego amerykańskiego prezydenta (choć Trump wcale nie chciał ustąpić), przyznał, że to niebezpieczny precedens, w którym to prezesi firm będą decydować, komu wolno, a komu nie zabierać głos.
Szybko z inicjatywą wyszła Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, która zgłosiła pomysły specjalnego uregulowania działania platform dostępnych w Polsce. W myśl projektu, by ograniczyć ingerencje w wolność słowa, nie wolno będzie zdejmować z sieci treści, które nie są zakazane polskim prawem. A każdy, kogo wpis został usunięty, miałby prawo odwołać się do Rady Wolności Słowa. Część środowisk prawicowych ogłosiło powstanie polskiej sieci społecznościowej.
Mamy tu do czynienia z kilkoma problemami. Osobiście bardzo się cieszę, że wreszcie sprawa tego, jak bardzo media społecznościowe zmieniają nasze życie, stała się przedmiotem publicznej debaty. Od kilku lat miałem wrażenie, że jest to temat niedoceniany, a niezwykle ważny (pisałem zresztą o tym kilkakrotnie na łamach „Przewodnika Katolickiego”). Przede wszystkim wraz z przenoszeniem się coraz to kolejnych dziedzin naszej aktywności do internetu – a pandemia ten proces tylko przyspieszyła – również duża część debaty publicznej przeniosła się do sieci. Problem w tym – i tu trzeba przyznać politykom Solidarnej Polski rację – że w pewnym momencie okazało się, że debatę w Polsce organizuje kilka serwisów społecznościowych. Każdy stał się monopolistą w swojej dziedzinie. TikTok zdominował wymianę krótkich (do 20 sekund) filmików popularnych wśród młodzieży, YouTube dłuższych filmów, niezależnych reportaży czy wywiadów, Instagram – zdjęć, Twitter – krótkich wpisów politycznych, Facebook zaś wyparł dotychczasowe blogi i jako największy serwis na świecie jest w swej dziedzinie monopolistą. TikTok jest chiński, pozostałe amerykańskie. Tak więc na kształt naszej debaty publicznej znacznie większy wpływ mają regulaminy, które przyjęli twórcy platform, niż polskie prawo.
Jednak boję się pomysłu, który zgłosił Zbigniew Ziobro. Dlaczego? Pokażę to na przykładzie. Facebook zakazuje pornografii, zdejmuje zdjęcia nawet nagich bobasków, wrzucane przez rodziców. Sęk w tym, że wrzucanie nagich zdjęć nie jest – oczywiście pod pewnymi warunkami – w Polsce nielegalne. W imię wolności słowa chcielibyśmy więc zmusić Facebooka do tego, by zmienił swoje zasady? Wyobraźmy sobie, że powstałby serwis dla katolików. Jego zasadą byłby zakaz głoszenia treści niezgodnych z katolicką nauką. Ale głoszenie takich treści – pod warunkiem że nikogo nie dyskryminują ani nie obrażają – jest zgodne z polskim prawem. Czy rzeczywiście zakazanie twórcom serwisów tworzenia własnych regulaminów jest dobrym sposobem na walkę o wolność słowa?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki