Logo Przewdonik Katolicki

Zielone postulaty poznańskiej europoseł

Piotr Zaremba
fot. Magdalena Bartkiewicz

Nie wierzę w coś takiego jak „prawa zwierząt”, a pomysły ich zrównywania z ludźmi to przejaw kulturowego ekscentryzmu znudzonej ludzkości, przynajmniej pewnych jej odłamów

Sylwia Spurek, europosłanka wybrana z listy nieistniejącej już Wiosny, ogłosiła harmonogram prozwierzęcej rewolucji. Przewiduje – w różnych terminach – zakaz wędkowania i polowań, zakaz używania zwierząt do badań naukowych, zakaz wykorzystywania ich w cyrkach, a wreszcie, za 20 lat, skasowanie wszelkich hodowli zwierząt.
Skrajny, maksymalistyczny program, wywołał w Polsce wrzawę. Wobec bujnego rozrostu ekologicznych roszczeń, ale i ekologicznych regulacji, nie traktuję go jako czystej abstrakcji. Choć w Polsce brzmi on egzotycznie, a nawet w najbardziej progresywnych państwach zachodnich go nie zrealizowano, może się w przyszłości stać przedmiotem debaty serio. I prób aplikowania przynajmniej niektórych punktów w postaci ustaw.
Skoncentrowano się na protestach myśliwych i wędkarzy. Ja zwrócę na początek uwagę na najbardziej radykalny postulat, bo coś w nim nie daje mi spokoju. Jeśli nie będzie wolno hodować świń, krów czy kur, one w perspektywie jakiegoś czasu po prostu znikną. Mogę się zastanawiać nad bolesnym paradoksem życia zwierząt, które żyją krócej, niżby mogły, żeby dostarczyć człowiekowi mięsa. Ale czy sądzicie państwo, że ludzie będą trzymać świnki, skądinąd inteligentne stworzenia, w domach, żeby się z nimi bawić? 
To zakamuflowany program likwidacji pewnych gatunków pod hasłem ich ochrony. Tak oto dobre chęci mogą się zmienić, przy niewielkiej dawce refleksji, w swoje przeciwieństwo. Skądinąd to także zamiar pozbawienia człowieka już nie tylko mięsa, ale jajek czy nabiału. 
Pomijam już kwestię wielowiekowych nawyków. Wydaje mi się to drogą do skazywania nas na jednostronną, również w sensie zdrowotnym, dietę. Szanuję każdego, kto to wybiera dobrowolnie. Ale ustanowienie tego jako normy jest nadmierną arbitralnością. Chętnie posłucham o sztucznych zamiennikach. Ale na razie mam prawo to odbierać jako niebezpieczną inżynierię społeczną, o skutkach nieznanych, bardzo ryzykownych dla ludzkiego gatunku.
Natomiast, gdy chodzi o zakaz łowienia ryb i strzelania do zwierząt w lasach, cóż…  To ostatnie bywa zabiegiem higienicznym albo wręcz służącym ochronie ludzi. Dziki potrafią naprawdę szkodzić ludzkim obejściom. Ale też zadziwię konserwatystów. To może ten punkt programu Sylwii Spurek, który odrzuca mnie najmniej. 
Oczywiście nie wierzę w szybkie zmuszenie setek tysięcy ludzi, by się wyrzekli swoich ulubionych rozrywek. Trzymanie się ich to czysty atawizm. Ale podjęcie rozmowy o tych rozrywkach – czemu nie?
Nie wierzę w coś takiego jak „prawa zwierząt”, a pomysły ich zrównywania z ludźmi to przejaw kulturowego ekscentryzmu znudzonej ludzkości, przynajmniej pewnych jej odłamów. Natomiast mam głębokie przekonanie, że zabijanie zwierząt nie czyni człowieka lepszym. A myśliwską, czy w mniejszym stopniu wędkarską, subkulturę uważam za hołdowanie barbarzyństwu. To całe mazanie się krwią, to pozowanie z trupami, ta radość, że piękny osobnik to na zdjęciu już tylko nasza ofiara, leżąca u naszych stóp, zmieniona w strzęp samej sobie… Brr.
Jestem wychowany w kulcie Świętego Franciszka z Asyżu. Imię „Franciszek” wybrałem sobie przy okazji bierzmowania. Byłbym szczęśliwy, gdyby ludzkość zaczęła od tych obyczajów odchodzić. Posłanka Spurek ma zresztą rację w jednym – rybę to boli. Nic tu nie zmieni rozprawianie o „humanitarnych haczykach”. A że to forma życia prostsza, pozbawiona zdolności do abstrakcyjnego rozumowania…? Jesteśmy na tym etapie rozwoju, że powinno nas być stać na miłosierdzie wobec tej prostszej formy. Usłyszę w odpowiedzi, że podobno rośliny też czują. Ale może zacznijmy nie od utopii, a od mnożenia dobra.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki