Logo Przewdonik Katolicki

Ekonomia miłości

Katarzyna Frużyńska, psycholog
fot. Dariia/Adobe Stock

Czy zasady ekonomii można zastosować w małżeństwie? Czy oprócz ewangelicznej miłości bliźniego może się w niej sprawdzić również znajomość zasad inwestowania lub podaży i popytu?

Dobrze funkcjonująca firma ma biznesplan oraz założenia finansowe i monitoruje ich realizację w każdym kwartale. Jak często w związku zdarza się nam, że po prostu mijają kolejne miesiące, a nasze marzenia i plany stoją w kącie? Jeśli nie planujemy swojego życia i czasu wolnego razem, ktoś inny (najczęściej w naszej pracy) zrobi to za nas. Znowu nie udało się odłożyć nawet 50 zł na miesiąc do naszego pakietu wakacyjnego, chcieliśmy zacząć razem się modlić i zdrowo jeść w rodzinie, ale w szafce nadal upychamy słodycze, a na spokojną modlitwę jakoś brakuje czasu. Jak by to było, gdyby nasze życie było bardziej intencjonalne i planowane?
W dobrze zorganizowanej firmie każdy ma swoją specjalizację. Nikt nie dzieli obowiązków ochrony na wszystkich pracowników, a księgowość nie zajmuje się HR-owymi sprawami. Może w twojej rodzinie ty umiesz robić szybkie obiady, a twój mąż dokładniej sprząta? Zastanów się, w czym jesteście dobrzy i skorzystaj z podziału zadań według specjalizacji.

Inwestujesz czy jedziesz na gapę?
Twój związek to inwestycja na lata. Brzmi banalnie, ale często o tym zapominamy, gdy widowiskowo trzaskamy drzwiami lub wychodzimy z pokoju, by przerwać kłótnię, mrucząc coś pod nosem. Ekonomiści radzą w trudnych momentach przewidywać kolejny ruch naszego partnera niczym w negocjacjach (jak zareaguje, gdy powiem mu, że zachowuje się jak jego matka?) oraz szacować zyski i straty,  zanim zrobimy coś głupiego (kiedy się odgrażam, czy naprawdę jestem w stanie to zrobić?). Warto też pamiętać, że – jak na giełdzie – w związku czasem tracimy, zdarzają się kryzysy, gdy zyski nie rosną, nikt nie współpracuje, a akcjonariusze się buntują. A potem przychodzą lepsze czasy i w dłuższej perspektywie nie żałujemy swoich decyzji. Na każdym etapie przydaje się stosowanie tzw. zasady minimax, czyli minimalizowanie strat i maksymalizowanie zysków (chciałam odpocząć, ale teraz ważniejsza jest rozmowa na temat problemów w pracy męża albo: co prawda mamy zasadę godziny ekranów dziennie, ale dziś ważniejszy jest spokój w domu). W związku podejmujemy najlepsze możliwe wybory na ten moment. Nie idealne, ale optymalne na dziś.
Czasami w tej długofalowej inwestycji pojawia się pokusa nadużycia. Pokazuje ją na przykład świetny film Co przyniesie jutro z Annette Bening. Główna bohaterka psychicznie dręczy męża, zakładając, że „i tak jej nie zostawi, bo kto go zechce”. Nadużywa jego cierpliwości niczym pasażer, który jedzie na gapę – nie ponosi kosztów, bo zakłada, że nikt go nie złapie i korzysta z tego, że inni są w porządku. Ta pokusa w związku może się pojawiać przy wielu okazjach, np. gdy nie sprzątam, bo wiem, że druga osoba nie wytrzyma i zrobi to za mnie, albo gdy nie dbam o siebie, bo teraz już nie muszę się starać. Zakładanie, że nasze małżeństwo zbyt długo trwa, by upaść, może okazać się błędne.

Podaż i popyt… w seksie?
Dlaczego kochamy się rzadziej, niżbyśmy chcieli? Ekonomia ma coś do powiedzenia również w sprawach seksu. Większość z nas planuje ważne wydarzenia w życiu, ale rzadko kto planuje seks czy umawia się na niego z małżonkiem. Uważamy, że powinno to dziać się spontanicznie, ale jakoś się nie dzieje. Albo rozmawiamy o tym, dlaczego tak rzadko jesteśmy blisko… zamiast zacząć się kochać. Może zatem umawiać się na seks z mężem? To pozwoliłoby obniżyć jego „koszty”: gdy musimy zgadywać, czy dziś jest szansa, badać, czy mamy ochotę, domyślać się, prowadzić nieudaną grę wstępną, bo nie wiemy, na co ma ochotę druga strona, to po drodze mamy dużą szansę na doświadczenie frustracji. Jeśli obie strony wiedzą, co druga strona ceni w bliskości, jaka pora jest dobra, a kiedy nie ma szans, czyli innymi słowy jaka jest podaż i popyt, sprawa staje się jasna i mamy „przejrzysty rynek”. O jego obecności możemy też mówić, gdy obie strony znają swoje sygnały zapraszające do bliskości.

Niechęć do straty
Jenny Anderson i Paula Szuchman, autorki książki Ekonomia miłości, wskazują, że 53 proc. par kłóci się nawet, gdy zaczyna się powtarzać, a 34 proc. również gdy już nie pamięta, o co poszło i gdy wie, że nie ma racji. Jeśli czujemy, że przegrywamy w kłótni, czasem stajemy się irracjonalni, skłonni do pochopnych decyzji, gróźb albo defensywy. Brniemy i bronimy złej decyzji jak ryzykanci na giełdzie, którzy wtapiają grube miliony. Warto zatrzymać czasem to, co chcemy powiedzieć, albo napisać ten okropny SMS…, ale wysłać go rano. Nie chodzi o to, by tłumić emocje, ale sprawdzić, jak odbieramy je po czasie.
Niechęć do straty przejawia się też w sytuacji, gdy bardziej boli nas utrata czegoś, niż cieszy  wygrana. Koncentrujemy się na tym, czego nam brakuje („oni wyjechali na wakacje, a my nie”), nie doceniając tego, co mamy. Wspominamy na przykład, że kiedyś mąż tyle nie pracował i mieliśmy więcej czasu dla siebie, zapominając, że wtedy nie mieliśmy trójki dzieci i kredytu! Może kiedyś mogliście odwiedzać znajomych i chodzić spać późno, teraz macie Kubusia Puchatka, drzemki i chodzenie w piżamach do południa.

Zagraj w inwestora!
Jedną ze znanych gier ekonomicznych jest gra w inwestora i powiernika – można ją wypróbować z bliską osobą. Obie strony dostają na początek po 10 zł. Jedna osoba jest inwestorem i decyduje, jaką kwotę oddać powiernikowi. Ta kwota potroi się u powiernika. Powiernik następnie decyduje, ile odda inwestorowi. Zwykle inwestorzy dają 5 zł i dostają z powrotem około 7–8 zł. Mogliby zatrzymać dla siebie całość, ale tego nie robią, bo ufają, że inwestycja się im zwróci. W ten sposób ich zaufanie i dobry gest procentują. W grze jest też opcja ukarania grzywną powiernika, jeśli inwestor nie otrzyma z powrotem tej samej kwoty. Jeśli inwestor zapowiada, że planuje użyć grzywny, dostaje jeszcze mniej! W ten sposób grożenie karą pokazuje, że brakuje mu zaufania do partnera. Przypomina to niektóre zachowania w związku: pochwały, dawanie swojego wsparcia i docenianie działają lepiej niż groźby, kary i zrzędzenie.

Unikaj asymetrii informacji
Jeśli kupowałeś kiedyś używany samochód, to bardzo możliwe, że doświadczyłeś tzw. problemu bubla. To sytuacja, w której sprzedawca auta wie więcej o potencjalnych usterkach auta niż kupujący, może też zataić niektóre informacje. Zwykle bardziej ufamy sprzedawcy, gdy odsłania jakieś usterki i mówi wprost, dlaczego sprzedaje auto. Na pierwszych randkach zwykle bardziej ufamy osobie, która nie boi się mówić o swoich wadach, nie wybiela swojej osoby za wszelką cenę. W związku tym istotniejsze jest mówienie wprost. Jeśli pytasz żony: „czy masz ochotę na sushi?” i słyszysz: „wszystko mi jedno”, ale potem żona jest niezadowolona, bo wolała jednak włoską kuchnię, to mamy do czynienia z asymetrią informacji, czyli nieodsłanianiem wszystkich istotnych na dany moment informacji. Czasem też deklarowane preferencje różnią się od przejawianych. Mówię „chcę spędzać z tobą więcej czasu”, ale gapię się w komórkę, gdy do mnie mówisz. Z kolei z sytuacją przeciwną do braku informacji mamy do czynienia, gdy jesteśmy zalewani zbyt dużą ilością danych naraz; badacz związków John Gottman mówi o tzw. śpiączce informacyjnej, w którą zapadamy, gdy koszty przetwarzania informacji są wysokie, bo mówimy jednocześnie o kilku sprawach. Dlatego warto wybrać tzw. optymalne raportowanie i mówić pojedynczo na wybrany temat.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki