Logo Przewdonik Katolicki

Kościół i rewolucja „Solidarności”

Paweł Stachowiak
Kard. Stefan Wyszyński i I sekretarz Edward Gierek podczas pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1979 r. fot. Andrzej Kossobudzki Orlowski/PAP-EPA

Sierpień 1980 r. i następujący później „karnawał Solidarności” nie były czasem, gdy Kościół chciał odgrywać pierwszoplanową rolę. Obawy zdawały się przeważać nad entuzjazmem i nadzieją.

Kościół nie lubi rewolucji. Gwałtowne zmiany, atmosfera buntu, wzmagający się wiatr historii – to wszystko niesie ze sobą niebezpieczeństwo triumfu radykalizmu, skutkujące niekiedy przelewem krwi. Wiekowe doświadczenie pokazuje, że poza skrajnymi przypadkami, Kościół może realizować swą misję w różnych systemach politycznych. Kościół w Polsce po II wojnie światowej też nie był siłą rewolucyjną. Wiele jest przykładów, gdy hierarchowie rezygnowali z całkiem słusznych i sprawiedliwych działań, aby nie narażać kraju i jego obywateli na niebezpieczeństwo represji. Tak było, gdy prymas Wyszyński podpisywał w 1950 r. porozumienie z władzami komunistycznymi – akt, który wielu postrzegało jako kapitulację. Podobnie w 1970 r., kiedy Episkopat zdecydował o nieodczytywaniu w świątyniach listu na 50. rocznicę Bitwy Warszawskiej. 
Pasterze Kościoła w Polsce w większości nie pragnęli być polityczną opozycją wobec systemu komunistycznego. Szczególnie jeśli ceną za jego obalenie miałby być rozlew krwi. To nie oznacza oczywiście, że Kościół w Polsce był instytucją wbudowaną w ramy systemu (a tak się niestety stało w wielu krajach bloku sowieckiego). Obronił on swoją autonomię, zachował, a nawet poszerzył autorytet w społeczeństwie, stał się ważną siłą budującą społeczny opór przeciwko ustrojowi, narzuconemu Polsce po 1944 r. Kościół propagował inny niż oficjalnie głoszony system wartości, pokazywał głębszą i prawdziwszą wizję historii, przypominał o narodowych i państwowych tradycjach, tworzył „przestrzeń wolności”, także dla tych, którzy nie czuli się jego członkami. Te zadania można było wypełniać jedynie przy minimum stabilizacji, unikając gwałtownych sporów i napięć. Jak ognia pragnęli więc biskupi uniknąć zagrożenia zewnętrzną interwencją. Obawiali się, że Polskę może spotkać los Węgier i Czechosłowacji.

Więcej obaw niż nadziei
Społeczny bunt, który wybuchł w naszym kraju w sierpniu 1980 r., był szczególnym momentem próby dla dotychczasowej taktyki Kościoła wobec konfliktu władzy i podnoszącego głowę społeczeństwa. Strajki, które ogarnęły większą część kraju, były przecież konsekwencją wszystkiego, co wydarzyło się na przestrzeni poprzedniego czterolecia. Wśród ich przyczyn był też wzrost podmiotowości społeczeństwa, u którego źródeł leżał m.in. wybór kard. Wojtyły na papieża i jego pierwsza, triumfalna pielgrzymka do Polski w czerwcu 1979 r.
Religijno-kościelny wymiar strajków sierpniowych zdziwił wielu obserwatorów, szczególnie na Zachodzie: modlący i spowiadający się robotnicy i ich przywódca z obrazem Matki Bożej w klapie marynarki wydawali się jakąś niezrozumiałą sprzecznością. Nawet w Polsce, i to wśród biskupów, to religijne wzmożenie bywało traktowane z rezerwą. Biskup gdański Lech Kaczmarek, który bez entuzjazmu zgodził się na odprawienie niedzielnej Mszy św. na terenie Stoczni, komentował to tak: „Strajkowicze nie chodzą w ciągu roku do kościoła, a teraz nagle stali się bardzo religijni i potrzebne są im Msze”. Wydelegował jednak do Stoczni proboszcza parafii 
pw. św. Brygidy ks. Henryka Jankowskiego, który szybko zaczął budować swą pozycję w rodzącym się ruchu „Solidarności”. Dopiero od niedawna wiemy, że w istocie wypełniał tam nie tyle misję Kościoła, ale zadania wyznaczane mu przez SB. Wielu biskupów z prymasem na czele nie od razu dostrzegło nową jakość, którą przynosił sierpniowy bunt. Początkowo obawy zdawały się przeważać nad entuzjazmem i nadzieją.
Pasterze Kościoła w Polsce nie stanowili bynajmniej monolitu, jeśli chodzi o ocenę sytuacji w kraju i wynikających z tego powinności. Główna linia podziału dotyczyła granic kompromisu i włączenia się duchowieństwa w akcje poparcia dla strajków i rodzącego się ruchu „Solidarności”.
Arcyciekawa jest w tym względzie wymiana listów pomiędzy abp. Bronisławem Dąbrowskim, sekretarzem Konferencji Episkopatu Polski, głównym kościelnym rozmówcą z władzami PRL oraz arcybiskupem przemyskim Ignacym Tokarczukiem. Pierwszy uchodził za czołowego kościelnego dyplomatę i realistę, drugi za człowieka nieuznającego kompromisów w walce z systemem. Bezwzględnie zwalczany przez władze abp Tokarczuk krytycznie oceniał drogę ustępstw, której symbolem był abp Dąbrowski, pośrednio krytykował również umiarkowaną linię prymasa, którego najbliższym współpracownikiem był właśnie sekretarz KEP. Twierdził, że polityka partii komunistycznej jest niczym więcej niż dążeniem, „aby Kościół polski tak wmanewrować i zinstrumentalizować, żeby był narzędziem dla polityki władz”. Pytał retorycznie: „Czyż obecnie kiedy budzi się inteligencja, młodzież akademicka, robotnicy, chłopi i wszyscy skupiają się wokół tych samych dążeń i walki o poszanowanie praw ludzkich i obywatelskich, Kościół w Polsce miałby być sojusznikiem ateistycznego reżimu?”. Wreszcie konstatował: „Gdyby to się stało, podeptalibyśmy nie tylko własną chlubną przeszłość, ale wykopalibyśmy zgubną przepaść między sobą a Narodem; popełnilibyśmy największy błąd, ani do darowania, ani do naprawienia w przyszłości”. Abp Dąbrowski odpowiadał: „To przykre oskarżenie jest gołosłowne, a nawet złośliwe. […] wiele sformułowań w tym liście zawartych idzie zbyt daleko i nie dotyczy tylko mojej osoby, inne zaś nie odpowiadają prawdzie, a nawet podają w wątpliwość linię polskiego episkopatu na przyszłość”.
Trudno wobec przytoczonej korespondencji mówić o absolutnej jedności biskupów wobec sytuacji w kraju, choć zauważyć wypada, że różnice nie dotyczyły zasad, raczej rodzaju podejmowanych działań.

Prymas u Gierka i na Jasnej Górze
Ten duch ostrożności, koncyliacji, obaw przeważających nad nadziejami, zauważyć możemy w sierpniu 1980 r. i w następnych miesiącach u kard. Stefana Wyszyńskiego. Wiele o nim mówi, nie tylko jako o dostojniku kościelnym, ale również człowieku, relacja, którą sam spisał w zapiskach Pro memoria pod datą 25 sierpnia 1980 r. Tego dnia wieczorem stała się rzecz bez precedensu, prymas pojechał na zaproszenie I sekretarza PZPR Edwarda Gierka do domu tego ostatniego w podwarszawskim Klarysewie. Oddajmy głos prymasowi: „Przed domem stał E. Gierek, bardzo zdeterminowany i wybitnie zmęczony. Największa dyskusja dotyczyła wolnych związków zawodowych, w której E.G. stawał zdecydowanie w obronie monopolu związkowego. Ja byłem za samorządnymi związkami. Dążyłem do tego, żeby przezwyciężyć u p. E.G. silną depresję, która mogłaby się skończyć tragicznie”. I sekretarz nie krył również przed prymasem swych obaw przed interwencją sowiecką. Po półtoragodzinnej rozmowie prymas na pożegnanie objął Gierka i pocałował w czoło. Ta historia, która niektórych może zaskakiwać, wiele mówi o postawie kard. Wyszyńskiego w dniach próby. Doświadczenie życiowe i wyznawane zasady kazały mu dążyć do porozumienia, szukać rozwiązania, nawet jeśli miałoby ono być „mniejszym złem”, wreszcie widzieć bliźniego w każdym.
Niewątpliwie takie przesłanki skłoniły go do wygłoszenia następnego dnia, ze szczytu Jasnej Góry, słynnej homilii, która do dziś budzi kontrowersje. Prymas do strajków nie odniósł się bezpośrednio, ale mówił o pracy, jako „sprzymierzeńcu człowieka” i akcentował potrzebę „obowiązków wobec ojczyzny, poczucia odpowiedzialności oraz niebezpieczeństwa sporów i kłótni”. Telewizja nadała fragmenty tego wystąpienia, cenzurując i opuszczając wątki, w których mowa była o ateizacji, potrzebie wolności zrzeszania i suwerenności. Nie ulega wątpliwości, że słowa prymasa były motywowane obawami, że bunt może przybrać formy radykalne i zakończyć się interwencją sowiecką. Podobnie myślała wówczas większość biskupów polskich. Dla strajkujących jasnogórska homilia była rozczarowaniem, pozbawionym jednak głębszych konsekwencji. Robotnicy słuchali prymasa, ale w chwili wielkiego entuzjazmu i poczucia słuszności sprawy, o którą walczyli, puszczali jego rady mimo uszu.

Różnice zdań
Pierwsze tygodnie i miesiące „Solidarności” były czasem, gdy Kościół, a prymas Wyszyński w szczególności, starał się wobec nowego ruchu spełniać funkcję doradczą i powściągać zbyt, jak się zdawać mogło, radykalne skłonności niektórych związkowych przywódców. W tej kwestii – pomagać aktywnie czy raczej zachować powściągliwość – też były między biskupami różnice, pokrywające się w zasadzie z tymi liniami podziału, które znalazły swój wyraz w cytowanej powyżej korespondencji arcybiskupów Tokarczuka i Dąbrowskiego. To właśnie metropolita przemyski oraz arcybiskup wrocławski kard. Henryk Gulbinowicz udzielali „Solidarności” największego wsparcia. Inni, jak choćby arcybiskup poznański Jerzy Stroba, czy arcybiskup lubelski Bronisław Pylak, zachowywali wobec niej dystans.
Sam prymas pragnął nadać  Związkowi wyraźny rys chrześcijański i podejmował różne kroki mające na celu ograniczenie wpływów działaczy KOR, np. Jacka Kuronia, Karola Modzelewskiego czy Adama Michnika. W prymasowskiej optyce byli oni przeciwnikami Kościoła, ideowo nie różniącymi się wiele od działaczy PZPR, którymi przecież niegdyś byli. Niektórzy biskupi dorzucali do tego katalogu pretensji wobec korowców argument, że wielu z nich było pochodzenia żydowskiego. Krytykował takie uprzedzenia m.in. abp Tokarczuk we wspomnianej powyżej korespondencji: „Załatwienie sprawy ruchów demokratycznych w Polsce sloganem – żydomasonerii – jest wielkim uproszczeniem – delikatnie mówiąc – bardzo poważnej sprawy”.
Prymas przyjmował często Lecha Wałęsę, poświęcał wiele czasu na rozmowy z nim i bez wątpliwości próbował wpłynąć na przywódcę „Solidarności”, także poprzez polecanie mu konkretnych osób jako doradców. Znaleźli się wśród nich m.in. Tadeusz Mazowiecki, Andrzej Wielowieyski i Romuald Kukołowicz. Szczególnie ta ostatnia postać zasługuje na przypomnienie, był to bowiem człowiek, który w okresie strajków sierpniowych i rodzenia się „Solidarności” cieszył się chyba największym zaufaniem prymasa. Został wysłany jako jego osobisty przedstawiciel do Stoczni, a później wypełniał rozmaite delikatne misje, jak choćby doradzanie (niektórzy mówili o pilnowaniu) delegacji „Solidarności” podczas pierwszej wizyty w Watykanie. To właśnie Kukołowicza posądzano niekiedy o zachęcanie kard. Wyszyńskiego do ugodowości wobec władz PRL i podsycanie nieufności wobec działaczy KOR.

Dwa wymiary wpływu
Jak można podsumować kwestię wpływu Kościoła na „polską rewolucję” Sierpnia 1980? Trzeba zrobić rozróżnienie między dwoma wymiarami tego wpływu: głębokim i doraźnym.
Ten pierwszy jest bezdyskusyjny, to Kościół zbudował najpotężniejszą infrastrukturę oporu przeciw komunistycznej władzy. Rodzina, moralność, kultura, historia i tradycja, poczucie godności osoby to wartości, których starał się strzec. Poza tym była przestrzeń świątyń, salek parafialnych, sanktuariów, do pewnego stopnia wyjęta spod kontroli władzy, oddawana często w użytek publiczny. Bez tego nie byłoby Sierpnia z jego pełną spokoju, godności i ufności atmosferą, nie byłoby powszechnego odruchu tworzenia struktur „Solidarności”.
W wymiarze doraźnym było jednak inaczej. To nie większość hierarchów Kościoła była motorem tamtej rewolucji. Ostrożność, lęk przed radykalizmem, niekiedy rozmaite uprzedzenia zdecydowały, że dostrzegli oni wyjątkowość tamtej chwili stosunkowo późno. Znamienna jest tu reakcja stoczniowców, a właściwie jej brak, na homilię prymasa z 26 sierpnia. Nie miała żadnego wpływu na strajkujących, uznawali oni prymasowski autorytet, ale nie posłuchali wezwań. Kościół nie jest bowiem i być nie może siłą przewodzącą rewolucji, zbyt wiele ma doświadczeń, zbyt głęboką perspektywę, poprzez którą postrzega rzeczywistość. Sierpień 1980 r. i następujący później „karnawał Solidarności” nie były zatem okresem, gdy chciał i mógł grać pierwszoplanową rolę. Zmieniło się to dopiero później, gdy w stanie wojennym wobec rosnącego upadku nadziei musiał wziąć na siebie wiele zastępczych funkcji politycznych, społecznych, a nawet gospodarczych. To już nie był jednak czas rewolucji.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki