Logo Przewdonik Katolicki

Nie zrywamy się już na telefon

Sebastian Łomnicki, Monika Białkowska
fot. archiwum prywatne

Kornel dostał nowe serce. Rok przed operacją to były ciągłe powroty do szpitala, kolejne cierpienia – i lęk, który się nie kończył. I czekanie, czy telefon wreszcie zadzwoni.

Na wakacje nad morze Kornel wyjeżdżał zdrowy. Kiedy wrócił, był ciepły, sierpniowy wieczór 2018 r. Najpierw z autobusu wyszła żona Justyna z 10-miesięcznym Nikosiem, później 11-letni Marcel, wreszcie Kornel, najstarszy z moich synów. Wyglądał jak trzy nieszczęścia, był bladosiny. – Kornel co z Tobą? – Nic takiego… Upał w autokarze…
Żona potwierdziła, że upał, że długa droga znad morza, że za dużo słodyczy, pewnie się czymś zatruł. Następnie dni nie przyniosły poprawy. Oddech Kornela był coraz płytszy. Serce kołatało. Zaczęły puchnąć mu stopy. Pojechaliśmy na pogotowie. Już wtedy Kornel miał duże kłopoty z chodzeniem. Na SOR-ze lekarze go przebadali, zrobili EKG, wysłali go na oddział, a mnie zrugali za to, że tak późno, bo dopiero po kilku dniach zareagowałem. Tłumaczyłem, że już niejeden raz chłopcy robili nas w konia, bo był sprawdzian, na który się nie nauczyli, bo nie lubili nauczycielki, więc mówili, że coś ich boli, że źle się czują, więc nie chcą do szkoły. Wtedy zresztą ich ostrzegałem: nie róbcie takich numerów, bo kiedy naprawdę coś wam będzie, nie uwierzymy i może stać się nieszczęście. I wykrakałem.
 
Tato, nie chcę umierać
Kornel został przewieziony do szpitala zakaźnego z podejrzeniem żółtaczki. – Tata, ja nie chcę umierać! – mówił. – Synku, to tylko żółtaczka. Poleżysz w szpitalu do końca wakacji, embargo na słodycze i będzie OK!
Wróciłem do domu po rzeczy dla niego, zdrzemnąłem się, bo ledwo już patrzyłem na oczy. Kiedy przyjechałem znów do szpitala, żona miała łzy w oczach. – Kornel ma ostrą niewydolność wielonarządową. Nerki i wątroba przestały funkcjonować. Serce bije 140, 160 razy na minutę. To nie żółtaczka. Będą go zaraz przewozić na nefrologię.
Tego samego dnia Kornel przeszedł pierwszą dializę. Lekarze podejrzewali zatrucie dopalaczami, środkami ochrony roślin albo środkami owadobójczymi. Dzwoniliśmy do jego kolegów, rozpytywaliśmy, czy Kornel czegoś nie brał, czy ktoś mu czegoś nie dosypał. Liczył się czas, bo lekarze nie wiedzieli, z czym mają walczyć. Z dziesiątek kolejnych badań nic nie wynikało, lekarze walczyli już o życie Kornela. Trafił na OIOM, przez kilka dni był dializowany całą dobę, schudł 22 kg. W końcu nerki i wątroba podjęły pracę. Ucieszyliśmy się – przedwcześnie. Okazało się, że serce jest w tak złym stanie, że tu i teraz nic nie da się z nim zrobić. Lekarze skontaktowali się z ośrodkiem w Zabrzu, 28 sierpnia Kornel został przewieziony na Dziecięcy Oddział Transplantologii i Mechanicznego Wspomagania Krążenia. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że właśnie z tym oddziałem zwiążą się nasze losy na długo.
 
Moje dziecko potrzebuje serca?
W Zabrzu po wielu badaniach postawiono wreszcie diagnozę: kardiomiopatia. – Spróbujemy Kornela wyciągnąć z tego leczeniem farmakologicznym, ale muszą być Państwo przygotowani na przeszczep serca – usłyszeliśmy. Zamilkliśmy, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Serce? Moje dziecko potrzebuje nowego serca? Nie pamiętam, jak wróciłem do domu.
Po kilku tygodniach leczenia lekarze potwierdzili: Kornel potrzebuje nowego serca, żeby mógł dalej żyć. Na czas oczekiwania będzie mu wszczepiona pompa wspomagająca krążenie.
Zaczęliśmy krążyć między domem a szpitalem w Zabrzu. Każdego dnia jedno z nas jechało do Kornela, drugie zajmowało się dwójką pozostałych dzieci i domem. 6 listopada Kornel wrócił do domu z urządzeniem, dzięki któremu mógł przebywać z bliskimi. Nauczyliśmy się obsługiwać sterownik, wymieniać baterie, odczytywać zapisy z monitora, kontrolować krzepliwość krwi, pielęgnować ranę wylotową przewodu sterującego.
Dzięki wychowawczyni Kornela udało się zorganizować indywidualne nauczanie w domu. Próbowaliśmy wrócić do normalnego życia, ale każdy dźwięk telefonu podrywał nas wszystkich na nogi. Czy to już?
 
Tato, nie chce mi się
Jeszcze nie. Przyszły powikłania. Rana, przez którą wprowadzony był przewód pompy, robiła się coraz większa i trzeba było ją zszywać. W worku osierdziowym uzbierał się płyn i znów Kornel wylądował na stole operacyjnym. Kolejne rany, kolejne blizny, kolejne cierpienie. W kwietniu 2019 r. po świętach Wielkiej Nocy Kornel znów źle się poczuł, znów szpital – sepsa. Kolejny raz rozpoczęła się walka o jego życie. Wtedy coś we mnie pękło i wykrzyczałem do Boga: dlaczego moje dziecko, co ono zrobiło, dlaczego my? Nie poddawaliśmy się jednak. Mieliśmy siebie, mieliśmy najbliższych, przyjaciół, ludzi, którzy pomogli nam przetrwać ten czas.
W czerwcu Kornel znów był w szpitalu. Prosił, żebym następnego dnia przyniósł mu paluszki. Wracałem do pokoju hotelowego, kiedy zadzwonił telefon. Żona? Nie, to numer z oddziału! – Jest pan w pobliżu szpitala? Chciałbym zamienić dwa słowa.
Wróciłem natychmiast. Doktor Wierzyk poinformował mnie, że jest serce dla Kornela. Zadzwoniłem do żony. Cisza, potem łzy szczęścia. – Zgadzamy się? – Tak, ale decyzję niech podejmie Kornel.
Piszę SMS. – Synku, przyjdź do świetlicy na chwilę. – Tato, nie chce mi się… A poza tym rozmawiam z kimś. – Chodź. Mam coś dla ciebie.
 
Jego cząstka żyje
Chwilę później siedzieliśmy na ławce. Wybrałem numer do żony. To ona zapytała: – Jest dla ciebie serce. Chcesz?
Następnego dnia o szóstej rano odprowadziliśmy syna do drzwi sali operacyjnej. Ostatnie spojrzenia. Uścisk dłoni. Czekamy.
Nie pamiętam, co robiliśmy tego dnia. Pewnie było jak zwykle: rozmowy z rodzicami innych dzieci, zabawa z nimi, rysowanie, jakieś gry. Paczka papierosów. Hektolitry kawy.
Wrócili na OIOM. Patrzę na monitor w dyżurce pielęgniarskiej. Najpierw cisza. Potem jest – 75 uderzeń na minutę. Łzy się cisną do oczu. Lekarz potwierdza: – Na chwilę obecną nie jest źle, ale poczekajmy dobę.
Udało się? – Poczekajmy jeszcze tydzień.
Na początku sierpnia byliśmy w domu. Organizm Kornela przyjął serce.
We wrześniu Kornel poszedł do szkoły. Jest normalnym, niczym się niewyróżniającym nastolatkiem, z jednym wyjątkiem: sercem. Codziennie rano budzę się, z wdzięcznością myśląc o Dawcy, jego darze, jego podjętej jeszcze za życia decyzji. Nie wiemy, kim był, jak miał na imię, ile miał lat, czy miał rodzinę. Ale jego cząstka nadal żyje i bije w moim synu. A my zaczęliśmy powoli emocjonalnie wracać do siebie po tych przeżyciach, znów jesteśmy w komplecie w domu. I nie zrywamy się już na dźwięk telefonu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki