Logo Przewdonik Katolicki

Zakładnicy ajatollahów

Jacek Borkowicz
fot. ABEDIN TAHERKENAREH/PAP EPA

„Nie jesteśmy obywatelami. Nigdy nimi nie byliśmy. Jesteśmy zakładnikami” – powiedziała najpopularniejsza irańska aktorka. Podobnie jak ona myślą miliony Irańczyków, przynajmniej tych mieszkających w dużych miastach.

Gdy 11 stycznia władze w Teheranie przyznały się, że to one są odpowiedzialne za zestrzelenie ukraińskiego samolotu, w stolicy Iranu zawrzało. Akcję protestu przed budynkiem uniwersytetu rozproszył dopiero atak sił porządkowych, ale antyrządowe niepokoje w Teheranie, podobnie jak w kilku innych dużych irańskich miastach, trwały jeszcze przez dwa dni.
Aż trudno uwierzyć, że zaledwie tydzień wcześniej w tych samych miastach setki tysięcy Irańczyków demonstrowały żałobę i bezprecedensową solidarność z rządem – po zabiciu przez Amerykanów generała Ghasema Solejmaniego, zgodnie uznanego w kraju za męczennika i bohatera. Co tak naprawdę dzieje się w głowach mieszkańców Iranu?
 
„Nie jesteśmy obywatelami”
Ludzi w Teheranie oburzył fakt, że władze przez całe trzy dni ich okłamywały, umywając ręce od winy i twierdząc, że „katastrofa” Boeinga była wypadkiem i nie ma nic wspólnego z pełzającą, niewypowiedzianą wojną, która rozpoczęła się właśnie pomiędzy Iranem a Stanami Zjednoczonymi. Ale nie dało się już dłużej ukrywać, że samolot został zestrzelony przez irańskie siły przeciwlotnicze. Stało się to prawdopodobnie przez pomyłkę, zaś odpowiedzialny za to oficer mógł działać w stresie spowodowanym wojennym napięciem. Ale teherańczykom takie wyjaśnienie nie wystarczyło. „Strąciliście samolot przez pomyłkę, ale kłamaliście świadomie!” – napisali na transparentach.
Oliwy do ognia dolała Taraneh Alidoosti, najpopularniejsza irańska aktorka, która oświadczyła na Instagramie: „Nie jesteśmy obywatelami. Nigdy nimi nie byliśmy. Jesteśmy zakładnikami, milionami zakładników”. Ale rok wcześniej ta sama Alidoosti, która zagrała w filmie Klient, nagrodzonym Oscarem jako najlepszy film nieanglojęzyczny, w proteście przeciw sankcjom nałożonym na Iran przez USA zbojkotowała ceremonię wręczenia statuetki.
Wiele wskazuje na to, że podobnie jak Alidoosti myślą miliony Irańczyków, przynajmniej tych mieszkających w dużych miastach. Czują się zniewoleni przez panujący tam od 1979 r. reżim ajatollahów, są nawet gotowi do oporu i siłowego wymuszenia reform, ale w sytuacji zagrożenia z zewnątrz solidarnie opowiedzą się w obronie swojego kraju.
 
Zabrakło gwiazdy na firmamencie
Ustrój Iranu stanowi przedziwną kombinację elementów zachodniej demokracji z religijną dyktaturą szyickiego duchowieństwa. Na czele państwa stoi pierwszy z ajatollahów, które to słowo u szyitów tłumaczy się jako „boży znak”. Ali Chamenei z oficjalnym tytułem Najwyższego Przywódcy cieszy się statusem następcy słynnego Chomeiniego, który rządził krajem w latach 1979-1989. Inny ajatollah, Hasan Rouhani, sprawuje funkcję prezydenta i na scenie politycznej Iranu jest człowiekiem numer dwa. Podobnie jak Chamenei jest konserwatystą, jednak w porównaniu z nim postrzegany jest jako konserwatysta umiarkowany. Był jeszcze ajatollah trzeci, Mohammad Chatami, uznawany za zwolennika reform i jako taki popierany przez inteligencję. Jednak 10 lat temu odsunięto go od władzy i dziś nie wolno go nawet publicznie wspominać.
Na tym politycznym firmamencie do niedawna jaśniała gwiazda generała Solejmaniego, dowódcy elitarnej jednostki w ramach Gwardii Rewolucyjnej, drugiej obok regularnej armii siły zbrojnej Iranu, która jednak faktycznie jest nie tylko militarną, lecz także ideową podporą systemu. Co więcej, Solejmani wysunął się na pozycję głównego rozgrywającego na Bliskim Wschodzie, zdobywając poparcie wśród szyitów Iraku, Syrii, Libanu i Jemenu, a także w permanentnie skonfliktowanej z Izraelem Autonomii Palestyńskiej. Był nie tylko sprawnym dowódcą, ale też skutecznym dyplomatą; to właśnie jemu zawdzięcza utrzymanie się przy władzy syryjski prezydent Asad. Można powiedzieć, że z takim dorobkiem usunął w cień nawet ajatollaha Chamenei. Jego nagła śmierć w Bagdadzie stworzyła więc w Iranie polityczną próżnię i ta sytuacja w jakiś sposób może być wyjaśnieniem obecnych protestów.
 
Chamenei pozostaje na placu
Protesty części irańskiego społeczeństwa mają miejsce od 2009 r., kiedy to popierający Chatamiego „Zielony Ruch” wystąpił z otwartą krytyką skostniałego w klerykalizmie ustroju, który irańskim kobietom każe chodzić w chustach i nie pozwala im podawać ręki mężczyznom. Kulminacją niezadowolenia były krwawo stłumione zamieszki, które w listopadzie ubiegłego roku przetoczyły się przez miasta całego kraju. Tym razem przyczyną nie był brak obywatelskich wolności, lecz drastyczna podwyżka cen benzyny, będąca rezultatem amerykańskich sankcji. Demonstrowały jednak te same środowiska, co wcześniej.
Kontestatorzy rządów ajatollahów to mieszkańcy miast, w gruncie rzeczy mentalnie niewiele różniący się od Europejczyków. Irańska wieś, reprezentująca bardziej tradycyjny model religijności oraz obyczajów, popiera Najwyższego Przywódcę.
Reputacja ajatollaha Chamenei, paradoksalnie, nie ucierpiała zbytnio w trakcie ostatnich protestów. Żal Irańczyków wylał się w kierunku Gwardii Rewolucyjnej, której siły przeciwlotnicze, jak się okazało, strąciły ukraińskiego Boeinga. I mimo że dowódca gwardyjskich sił powietrznych, po trzech dniach milczenia, bijąc się w piersi deklarował, że wolałby umrzeć, niż świadomie dopuścić do takiego błędu, ludzkiego gniewu to nie uśmierzyło. Irańczycy mogą wybaczyć hipokryzję, ale nie tym, którzy od 1979 r. uciskają ich pod pretekstem zachowania islamskiej moralności.
Dostało się też Rouhaniemu, tym razem za indolencję. Prezydent, jako głowa Rady Bezpieczeństwa Narodowego, powinien był pierwszy wiedzieć o tym, co stało się z samolotem. Tymczasem dziś żali się on, że okłamali go jego właśni ludzie. Skoro tak niewiele znaczysz, odejdź ze sceny – odpowiadają mu na to Irańczycy.
Na placu boju pozostaje więc Chamenei. Wizerunkowe straty, jakie poniósł w toku ostatnich zamieszek, przywódca Iranu szybko może wyrównać jakąś spektakularną akcją wymierzoną przeciw Ameryce, albo nawet całemu Zachodowi. Jedno wydaje się pewne: taktyka zewnętrznego, „maksymalnego nacisku” na ten kraj – pomysł Donalda Trumpa, który nawet na Twitterze ogłosił się jako obrońca demonstrantów z Teheranu – nie przyniesie spodziewanych skutków w postaci jakiegoś masowego zrywu przeciw ajatollahom. Już raczej, wbrew intencjom prezydenta USA, pomoże Irańczykom się z tymi ajatollahami pogodzić. Kto więc liczy na upadek irańskiej teokracji, musi, działając z cierpliwością, umiarkowaniem i rozwagą, obliczać to na dziesięciolecia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki