Logo Przewdonik Katolicki

Taki ruch jak „Solidarność” już nie wróci

Małgorzata Bilska
Święto Wolności i Solidarności w Gdańsku, 3 czerwca 2019 r. fot. Beata Zawrzel/NurPhoto/Getty Images

Rozmowa z dr Elżbietą Ciżewską-Martyńską o tym, czym są ruchy społeczne i w jaki sposób zmieniają zastaną rzeczywistość

Określenie „ruch społeczny” podbija media za sprawą dwóch opozycyjnych polityków, choć widać mnóstwo nieporozumień, jeśli chodzi o rozumienie samego określenia. Polska ma wspaniałą tradycję ruchu społecznego „Solidarność”. Badałaś ją naukowo i to na dodatek w ujęciu republikańskim. Co to znaczy?
– Ten ruch wypracował – może nawet bardziej w działaniu niż poprzez świadome historyczne nawiązania – pewien model ustroju, demokracji. Jak pisał prof. Ireneusz Krzemiński, był on całkowicie mierzalny, nadający się do analiz i badań socjologicznych. Ruchowi udało się rozwiązać napięcia między wspólnotą a jednostką, między wolnością a równością. Pogodzić wolność „od” z wolnością „do”. Nie bał się poruszać takich problemów jak cnoty obywatelskie (mówiąc antycznym językiem). Aktywność obywatelska była ważna, ale ważne były też cechy charakteru. Stąd republikanizm.

Słowo „solidarność” było kiedyś znakiem jedności. Dziś nie zostało z niej ani śladu. Czy to, że ludzie „Solidarności” są tak bardzo podzieleni, powinno nas dziwić? Koncepcje przyszłej wolnej Polski od początku były przecież różne.
– To był specyficzny ruch, który potrafił czerpać z wielu koncepcji. I z chrześcijaństwa, i z socjalizmu, i z różnych teorii narodowych. Był eklektyczny. Nie zdążył się zideologizować. Od końca lat 70., czyli powstania KOR-u, Towarzystwa Kursów Naukowych, Latającego Uniwersytetu, to był czas samokształcenia Polaków i poznawania własnej historii…

Zakazanej przez komunistów w oficjalnym nauczaniu…
– Tak. Najpiękniejsze w ruchu było to, że mogli w nim działać ludzie z bardzo różnych opcji politycznych. Byli sobą, umieli ze sobą rozmawiać. „Solidarność” jest dowodem na to, że taki stan jest możliwy. To zaczęło pękać już na jesieni 1981 r. Później był stan wojenny i cała dekada lat 80., podczas której dużo złego się stało, jeśli chodzi o tę „republikę”. W 1989 r., kiedy trzeba było szybko podejmować decyzje pod presją czasu, nie eksperymentować, przyjęto zachodni model demokracji liberalnej. Ona ma swoje zalety, ale ta opcja w samej „Solidarności” była najmniej zarysowana.

Jako studentka pomagałam prof.Davidowi Ostowi z USA zbierać materiały do książki o „Solidarności”. Uświadomił mi, jak wielkim zaskoczeniem był polski ruch społeczny dla indywidualistycznego Zachodu. Może zamiast narzekać, że tamte więzi się rozpadły, warto pomyśleć: Jak to się w ogóle udało?
– Dobre pytanie. Pierwszym wyjaśnieniem jest to, że Polacy uczyli się protestowania właściwie od końca II wojny światowej. Działania bez przemocy. Samoorganizacji. Czy to były laickie KOR-y i różne inicjatywy z tym związane, czy papieskie pielgrzymki. A wcześniej – obchody milenijne prymasa Wyszyńskiego. Polacy mieli okazję nauczyć się współpracy, a świat wydawał się wtedy prosty.

Zimna wojna podzieliła go na dwa wrogie obozy.
– Dzisiaj świat jest dużo bardziej skomplikowany, żyjemy w zalewie informacji, fake newsów. Trudno się w nim połapać.

A czym jest ruch społeczny? I jak się ma do ideologii?
– Jest dużo naukowych definicji ruchu. I właściwie każdy ruch społeczny, wcześniej czy później, ociera się o jakąś ideologię. Niektórzy badacze w latach 70. pisali, że ruch społeczny to jest ideologicznie ustrukturyzowane działanie. Ono albo wyrasta z jakiejś ideologii i za jej pomocą opisuje społeczną rzeczywistość, albo z czasem musi sam stworzyć definicję sytuacji, którą chce zmienić. Wytłumaczyć ludziom, na czym polega problem społeczny. Skąd się bierze to, że są nieszczęśliwi pod tym lub innym względem. Kto jest temu winien i co należy zrobić, żeby było lepiej; dlaczego trzeba się zjednoczyć i działać.
Sprawę jeszcze komplikuje to, że aby ruch społeczny przebił się do sfery publicznej ze swoimi hasłami, dokonać zmiany społecznej, często radykalnej, musi zostać zauważony. Bierze z zastanej kultury (w której się „rodzi”) pewne elementy, przerabia je po swojemu i tworzy nową kulturę.

Różnice w definicjach są typowe dla nauki, która zakłada dyskusje między teoriami. Na co dzień używam jednej definicji, która mówi, że ruch społeczny to pewien rodzaj zachowania zbiorowego, które od innych zachowań takich jak tłum czy zamieszki odróżnia wyższy stopień zorganizowania, czyli bardziej trwałe struktury i zrutynizowane działanie uczestników. Każdy ruch społeczny dąży do zmiany społecznej i ma ideowy cel, choć z początku powstaje jako oddolna reakcja na deficyt potrzeb jakiejś grupy. Cechują go wspólnotowe więzi; w walce ważna jest aktywność „razem”. W demokracji ruchy społeczne bazują na III sektorze, czyli stowarzyszeniach, nie mają swojej partii jak dawniej PZPR. Dla laika można to tak ująć?
– Tak. W działaniu buduje się pewna tożsamość zbiorowa. W walce o zmianę społeczną ruch społeczny posługuje się natomiast ideologią. Czasami to jest utopia – jakaś wizja społeczeństwa, które ma dopiero nadejść. Ideologię traktuje instrumentalnie.

Ruch robotniczy używał ideologii komunistycznej. Na fali oświeceniowej wiary w postęp to też było proste. Ruch kobiet dorobił się kilkunastu teorii, które w niektórych aspektach są ze sobą sprzeczne – co jest typowe dla ponowoczesnego relatywizmu. Mimo tego mamy spójną ideologię gender. Jak to ogarnąć?
– Poszczególne grupy w ramach tego ruchu mają swoje definicje przyczyn dyskryminacji i swoją wizję nowego świata społecznego. Podają różne interpretacje. Jaka jest sytuacja? Co się może wydarzyć, jak nie zadziałamy? Dlaczego powinniśmy się zaangażować? W definicjach sytuacji wchodzi już myślenie ideologiczne.
Ruch feministyczny ma za sobą ponad 130 lat działalności. Mówienie w tym przypadku o jednej, wszechogarniającej wizji świata jest właściwie niemożliwe. Są anarchofeministki, ekofeministki; są feministki liberalne i są te, które podkreślają znaczenie troski jako cechy typowo kobiecej. Są też takie, które podkreślają radykalną różnicę między kobietą a mężczyzną – w tym ujęciu jesteśmy tak różni, że dziwne, że jako ludzie w ogóle się dogadujemy. Gdybyśmy hasła każdego z tych nurtów rozpatrywali oddzielnie, w wielu z nich można by znaleźć coś interesującego; wnoszącego coś do debaty publicznej. Poprawiającego sytuację tej lub tamtej grupy kobiet. Traktując je jako konglomerat, szybko byśmy się jednak pogubili.

Na gruncie teorii to normalne. W praktyce politycznej kierunek działania ruchu wyznacza jednak tzw. mainstream. Feminizm walczy o unicestwienie patriarchatu (systemu władzy kulturowej mężczyzn) – i dziś żaden z nurtów feminizmu tego nie kwestionuje. Z badań widać, że w Polsce patriarchat oznacza dla feministek jedno – Kościół rzymskokatolicki.
– To wynika z polskiej specyfiki, gdyż Kościół nadal odgrywa tu bardzo ważną rolę w sferze publicznej. Myślę, że feministki słusznie rozpoznają Kościół jako to „ciało”, które dostarcza zupełnie innej wizji świata niż ta, którą same postulują (śmiech). Weźmy na przykład pod uwagę to, co Kościół mówi o małżeństwie i rodzinie. W sztandarowych książkach feministycznych, tzw. Bibliach feminizmu, do których się odnoszą wszystkie odłamy (nawet jeśli krytycznie), czyli Drugiej płci Simone de Beauvoir i Mistyce kobiecości Betty Friedan, małżeństwo i rodzina są przedstawiane jako więzienie lub… luksusowy obóz koncentracyjny dla kobiet. Feministki komunizujące mówią z kolei o małżeństwie jako zinstytucjonalizowanej prostytucji. Wielu feministkom kojarzy się ono przede wszystkim z niewolą, podporządkowaniem kobiety mężczyźnie. Z czymś, co nie ma nic wspólnego z podmiotowością.

I samorealizacją.
– A w Polsce słychać Kościół, który głośno mówi o macierzyństwie fizycznym i duchowym, o rodzinie… Więc feministki słusznie widzą tu zagrożenie.

Przypomniała mi się głośna książka Bogumiły Budrowskiej Macierzyństwo jako punkt zwrotny w życiu kobiety z 2000 r., gdzie macierzyństwo nazywa instytucją totalną. Czy feminizm jest w ogóle do pogodzenia z katolicyzmem? Katoliczka ceni takie cechy i cnoty jak pokora, altruizm, cierpliwość itd.
– Nie chcę wchodzić w buty teologa albo kaznodziei. Ale na ile znam nauczanie Kościoła – które często bywa karykaturalnie przedstawiane – cnota pokory, cierpliwości itp. ma dotyczyć i mężczyzn, i kobiet. Kobiety i mężczyźni są sobie równi, są winni sobie wzajemną pomoc. Ludzie często nie wiedzą, co to znaczy pokora. Odebrałam katolickie wychowanie i uczono mnie, że to jest znajomość samego siebie – swoich stron mocnych, dobrych, ale też swoich słabości. To nazywanie rzeczy po imieniu. I nie ma nic wspólnego z samobiczowaniem, stawaniem zawsze na końcu, byciem cichą, niezabieraniem głosu. Podążaniem dwa metry za mężem (śmiech).

Chodzisz dwa metry za małżonkiem?
– Nie chodzę.

Ja na pewno nie należę do cichych (śmiech).
– Często się śmieję, że ja w ogóle nie znam takich stereotypowych katoliczek.

Pokora to stawanie w prawdzie. Współczesny feminizm odrzuca istnienie prawdy.
– Ona jest społecznie tworzona. Jest negocjowana.

Zredukowano ją do bycia konstrukcją społeczną?
– Tak. Nie chcę tu demonizować ruchów społecznych, bo one są bardzo różne. Lepiej lub gorzej próbują odpowiedzieć na jakieś problemy lub potrzeby. Feminizm też nie pojawił się bez przyczyny. Niektóre są bliskie naszym sercom, jak polska „Solidarność” – dzięki niej określenie „ruch społeczny” dobrze nam się kojarzy. W demokracji obywatele mogą się legalnie łączyć w grupy, zakładać stowarzyszenia, wspólnie działać, organizować akcje protestacyjne itd. To jest normalne i pożądane. I każdy może „założyć” swój ruch społeczny, choć to nie jest to samo co ruch obywatelski czy ruch polityczny. Socjolog rozróżnia te nazwy. Natomiast marzeniem ruchu społecznego jest to, żeby z marginesu, peryferii wejść do centrum debaty społecznej – a tym momentem przejścia jest zmiana sposobu jego pojawiania się w mediach. Czy głosy aktywistów są cytowane jako pewne kuriozum, czy nagle aktywiści stają się partnerem do dyskusji? Głosem eksperta jeśli chodzi o sytuację kobiet, osób homoseksualnych, praw zwierząt, produkcji ekologicznej itp. Ruch zaczyna się rozpychać w centrum debaty publicznej, czemu sprzyja obrastanie przez niego NGO-sami.

Strona kościelna przegrywa batalię na polu ekspertów. Wciąż słyszę straszenie „genderem” i analogiami do bolszewizmu zamiast rzeczowych argumentów. Stare ruchy społeczne z XIX w. (np. ruch robotniczy) mocno różnią się od nowych ruchów społecznych z lat 60. XX w. (ruch ekologiczny, feministyczny, LGBT itd.). Jak wyjaśnić różnice w sposobach działania?
– Nowe ruchy mają niewiele wspólnego z bolszewizmem, nie można tego porównywać. Bolszewizm rodził się na podłożu ekonomicznym, wśród robotników. Ruchy ekologiczne, feministyczne i LGBT łączą ludzi z różnych środowisk, chociaż opierają się często na wielkomiejskiej, dobrze wykształconej klasie średniej. Nowe ruchy działają na polu kultury i za pomocą kultury. To styl życia ich łączy. Są też „rozproszone”, to często sieci mniej lub bardziej formalnych grup. Gospodarka ich interesuje tylko przy okazji i nawet jeśli wchodzą do polityki, jeśli instytucjonalizują się jako partie, to chodzi im o kulturę przede wszystkim.

Czyli inny jest cel, strategia, baza społeczna i aksjologiczna. A czym różni się ruch społeczny od ruch obywatelskiego? Jeśli tego nie wiemy, krytykę oprzemy tradycyjnie na emocjach.
– Ruch obywatelski działa na polu polityki, dotyczy spraw politycznych, to rządzący i stanowiący prawo są przede wszystkim na celowniku. Ruch społeczny to pojęcie szersze. Ruch społeczny, aby doprowadzić do pożądanej przez siebie zmiany, może, ale nie musi organizować się politycznie, często tworzy po prostu nową kulturę. Polscy, a przede wszystkim czescy dysydenci w czasach „Solidarności” mówili, że to, co robią, to „antypolityka” i rewolucja moralna, zmiany polityczne uznawali za powierzchowne, nie dotykające istoty problemu…

Czy rodzą się obecnie w Polsce jakieś poważne ruchy obywatelskie lub społeczne?
– Ruchy społeczne bywają dla polityków zagrożeniem, ale też często – łakomym kąskiem. Politycy chętnie przedstawiają się jako ich przywódcy i rzecznicy, próbują się na nich uwłaszczyć. Marzą o trzeciej, czwartej, piątej „Solidarności”, obsadzają siebie w głównej roli. Tymczasem taki ruch, jakim była „Solidarność”, już chyba nie wróci. Z drugiej strony jest wiele spraw na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom. Socjologom też nie.

DR ELŻBIETA CIŻEWSKA-MARTYŃSKA
Socjolog i historyk idei, adiunkt w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, stypendystka Uniwersytetu Princeton, autorka książki Filozofia publiczna Solidarności

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki