Logo Przewdonik Katolicki

Ekumenizm po katolicku

ks. dr Mirosław Tykfer
fot. ETTORE FERRARI/PAP EPA

Ekumenizm budzi wciąż wiele kontrowersji. Do czasu Soboru Watykańskiego II był on bowiem traktowany przez katolików jak zagrożenie dla doktryny o jednym Kościele. Niestety ta opinia nadal ma swoich zwolenników.

Kościół jest jeden i założył go Chrystus. Ten Kościół zachowany jest w Kościele rzymskokatolickim. Tak wierzą katolicy. To nie oznacza oczywiście, że jeszcze przed Soborem oficjalne nauczanie Kościoła stało na stanowisku, iż poza widzialnymi ramami tego Kościoła nie można było uzyskać zbawienia. Nieustannie powracały takie teorie, ale urzędy watykańskie – odpowiedzialne za przekaz wiary – skutecznie się od nich odcinały, uznając je za błędne. Nie zmienia to jednak faktu, że ruch ekumeniczny przed Soborem kojarzony był z rozmywaniem prawdy o jednym Kościele. Istniał ogromny dystans, uwarunkowany zresztą historycznie, do jakiegokolwiek przyznania innym wspólnotom chrześcijan statusu kościelności. Kościół jest jeden – podkreślali tradycyjnie myślący teologowie katoliccy – a jest nim Kościół rzymskokatolicki. Wszyscy więc wierzący w Chrystusa, którzy są poza nim, choć niekoniecznie pozbawieni są zbawienia, nie mogą jednak o swojej wspólnocie mówić Kościół.

To nie takie proste
Można zrozumieć więc, dlaczego ruch ekumeniczny wydawał się tak niebezpieczny. Mówił on bowiem o dążeniu do zjednoczenia Kościołów, a nie o chrześcijanach powracających do jednego Kościoła. Takie ustanowienie ekumenizmu sprawiało wrażenie, jakby stawało się obojętne, kto do jakiego wyznania chrześcijańskiego należy i że właściwie Kościół jest tak samo wszędzie tam, gdzie jest wiara w Chrystusa, gdzie są chrześcijanie. W konsekwencji można było nabrać błędnego przekonania, że jedność chrześcijan może zrealizować się przez zwykłe połączenie w jedną widzialną wspólnotę wszystkich ochrzczonych. Nie przez powrót braci odłączonych do Kościoła rzymskokatolickiego, ale właśnie przez zbudowanie super Kościoła ponadwyznaniowego. Dopiero z czasem okazało się, że twórcy ruchu ekumenicznego i jego późniejsi zwolennicy, także wśród katolików, nie mieli tak uproszczonej wizji Kościoła i jednoczenia w nim chrześcijan. Przekroczenie wzajemnej bariery uprzedzeń trwało długo, wymagało wielu spotkań i obustronnej otwartości, ale w końcu stało się możliwe podczas obrad Soboru Watykańskiego II.
 
Różnorodność w rozumieniu Kościoła
Minimalizowanie tego, co jest potrzebne, aby jakąś wspólnotę uznać za Kościół, nabierało tempa, gdy coraz większego znaczenia w łonie protestantyzmu zaczęły nabierać wspólnoty ewangelikalne. Są to ruchy reformatorskie, które sięgają co prawda korzeniami do wieku nawet XVII, ale dopiero u schyłku XIX wieku znalazły swoją reprezentację na wszystkich kontynentach. Należą do nich między innymi dobrze znane w Polsce wspólnoty zielonoświątkowe czy chrześcijan baptystów. Ewangelikalizm różni się znacznie od protestantyzmu ewangelickiego, sięgającego również daleko w przeszłość, ale ukształtowanego zasadniczo podczas szesnastowiecznej reformacji. Tutaj znajdziemy między innymi wspólnoty luterańskie i anglikańskie. Wspólnoty ewangelikalne nie kładą tak silnego akcentu na struktury i jedność nauczania we wszystkich wymiarach życia chrześcijańskiego. Większe wymagania co do tego, żeby jakąś wspólnotę uznać za Kościół nadal stawiają wspólnoty ewangelickie, chociaż i one mają ograniczoną liczbę sakramentów i większą dowolność w posłuszeństwie wobec kościelnego nauczania, a więc i konieczność jego całkowitej spójności. Na czym ma więc polegać jedność chrześcijan? Czym ma być zjednoczony Kościół? Do czego dąży zaakceptowany przez Sobór Watykański II ruch ekumeniczny?
 
Zasady katolickie
Aby uniknąć pomieszania idei, co kto przez ruch ekumeniczny rozumie, dokument soborowy Unitatis redintegratio oraz późniejsza encyklika Jana Pawła II Ut unum sint, mówią nie tyle o ekumenizmie w ogóle, ile o katolickich zasadach ekumenizmu. Co one zakładają? Dążenie, aby ocalić prawdę, że Kościół Chrystusowy jest jeden i że nie jest bez znaczenia, gdzie on się znajduje. Jak się udało to zrobić w kontekście innych wspólnot chrześcijańskich, które inaczej niż katolicy sam Kościół rozumieją? W encyklice Jana Pawła II czytamy, że Kościół Chrystusowy jest jeden i trwa w Kościele rzymskokatolickim, ale pewne elementy tego Kościoła są zachowane także w innych wyznaniach chrześcijańskich. Kościół Chrystusowy jest bowiem nie tylko instytucjonalny, ale też mistyczny i może być on duchowo obecny wszędzie tam, gdzie istnieją nawet elementy prawdy objawionej i środki uświęcenia. Ale – i to jest bardzo ważne – aby ruch ekumeniczny nie dążył do powołania jednego ponadwyznaniowego Kościoła, wszędzie w dokumentach Kościoła katolickiego podkreśla się więc fakt, że poza widzialnym instytucjonalnym Kościołem rzymskokatolickim nie ma pełni środków zbawienia. Inaczej mówiąc: Kościół Chrystusowy jakoś poza Kościołem rzymskokatolickim jest, ale nie w pełni. W ten sposób katolickie zasady ekumenizmu nie mówią o budowie jakiegoś nowego Kościoła, ale o powrocie do jedności z Kościołem rzymskokatolickim. Nie odmawia się jednak prawa do nazywania jakiejś grupy chrześcijan wspólnotą kościelną lub wręcz Kościołem tylko dlatego, że ta pełnia środków zbawienia tam nie występuje. Istnieje natomiast gradacja statusu tej kościelności: większa jest ona tam, gdzie jest więcej środków zbawienia, szczególnie sakramenty, zwłaszcza kapłaństwa i Eucharystii – co ma miejsce w bardzo dużym stopniu w Kościele prawosławnym – a mniejsza wśród protestantów, których środki są znacznie bardziej ograniczone i dlatego dokumenty katolickie nazywają „Kościoły” protestanckie wspólnotami eklezjalnymi.
 
Wymiana duchowych dóbr
Z tego wynika jeszcze jedna ważna konsekwencja: środki zbawienia są w pełni w Kościele rzymskokatolickim, a co za tym idzie, są one w mniejszym stopniu w innych Kościołach czy wspólnotach eklezjalnych. W mniejszym, ale nie są one tych środków pozbawione. Co może też oznaczać, i często w praktyce tak jest, że chrześcijanie innych wyznań wykorzystują środki, które mają w większym stopniu niż katolicy. Tak było chociażby w przypadku ważności Pisma Świętego w tradycji protestanckiej. A jeśli tak, to samo posiadanie pełni środków nie oznacza, że katolicy ich używają lub że używają ich w pełni. Możemy, a nawet powinniśmy wzajemnie się więc od siebie uczyć, jak z nich korzystać, jak żyć Ewangelią, jak budować relację z Chrystusem, w końcu jak budować żywe wspólnoty wiary i owocnie ewangelizować. Ruch ekumeniczny dąży więc do zjednoczenia wszystkich chrześcijan w jednym Kościele poprzez przywrócenie jedności wszystkich innych Kościołów i wspólnot eklezjalnych z Kościołem katolickim, ale idąc drogą do tego zjednoczenia, pozwala wszystkim chrześcijanom na wymianę duchowych dóbr, które posiadają. Bo duchowym dobrem jest to, co ktoś osiągnął niezależnie od ilości posiadania zbawczych środków (spójności nauczania, sakramentów, kapłaństwa itp.).
 
Uświęcający paradoks
Katolicy mogą więc nawracać się pod wpływem świadectwa życia i wiary protestantów i prawosławnych, i odwrotnie. Im więcej będzie tego wspólnego nawracania się i podążania za Chrystusem, tym bardziej wszyscy postępować będziemy na drodze zbawienia. Paradoksalnie, lepiej i pełniej właśnie przez uczestnictwo w dążeniach ekumenicznych, gdzie wymiana duchowa może być tak owocna dla rozwoju wiary. Może się też okazać w przyszłości, że przez bardzo żywy dialog ekumeniczny i wzajemne świadectwo odkryjemy niektóre zbawcze środki tak bardzo rozwinięte gdzie indziej, a zupełnie zaniedbane u siebie, że nie będzie już miało tak wielkiego znaczenia, gdzie z zasady powinny one być, bo są zapisane w dokumentach kościelnych, ale gdzie są one naprawdę używane. Może się okazać, że oczach Boga bardziej z Jego łaski korzystają chrześcijanie innych wyznań niż my sami. I będziemy wówczas słusznie zawstydzeni: zadbaliśmy o doktrynę, ale gdzie było nasze serce.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki