Logo Przewdonik Katolicki

Nie mam ucieczki

Monika Białkowska
Stanisław Buchner z dziadkami, obaj pochodzenia żydowskiego fot. Archiwum Prywatne

Rozmowa ze Zbigniewem Buchnerem o odkrywaniu swojej tożsamości oraz trudnych relacjach tego, co chrześcijańskie, żydowskie i polskie.

Kim Pan jest? Żydem czy chrześcijaninem? Żydem czy Polakiem? 
– Żydem jest ten, kto nie zmienił wiary przodków. Jako osoba ochrzczona Żydem więc nie jestem. Jestem nim jednak dla Polaków, z racji pochodzenia i samoświadomości. O sobie mogę powiedzieć, że jestem chrześcijaninem, jestem katolikiem, broniącym dobrego imienia Żydów. W moim domu wisi krzyż, a na framudze drzwi wejściowych przyczepiona jest mezuza. W tych znakach łączę symbolicznie dwie gałęzie wiary. Niespokojne jest serce moje i myślę, że do końca życia będę musiał się zmagać z pytaniami i z potężnym dziedzictwem swojej żydowskości. Przed tym dziedzictwem nie ma ucieczki, nie ma jak się schować.

Abraham Buchner, syn Szmula z Krakowa. To od niego wszystko się zaczęło…
– Urodził się w Krakowie, tam spotkał się z żydowskim oświeceniem. Potem przyjechał do Warszawy. Znał język hebrajski, niemiecki, polski, zapewne również jidysz, szybko osiągnął wysoką pozycję, został nauczycielem w Szkole Rabinów. Mniej więcej w tym czasie zjawił się również w Warszawie ks. Alojzy Ludwik Chiarini, Włoch z Toskanii, i zainteresowany językiem hebrajskim zaczął się go uczyć u Abrahama Buchnera. Razem pracowali potem nad przekładem Talmudu, który wprawdzie nie został skończony, ale miał przybliżyć go społeczeństwu polskiemu, razem zredagowali również katechizm religijno-moralny dla Izraelitów. Kontakty Buchnera ze światem chrześcijańskim i szukanie pewnego z nim porozumienia, próby budowania mostów między tymi dwoma społecznościami nie były jednak dobrze widziane w środowisku żydowskim. Jeszcze bardziej oburzało Żydów to, że radykalnie wprowadzał on idee oświecenia żydowskiego, dość łatwo lekceważąc tradycję, że z nienależytym namaszczeniem traktował Talmud, uważając go za komentarz do Tory, że starał się do synagogi wprowadzić język hebrajski w modlitwach i języki narodowe w kazaniach, że jidysz traktował jako żargon. Oskarżano go również o to, że nie przestrzegał koszerności potraw, co dla ortodoksyjnych Żydów było zamachem na same podstawy wiary. To wszystko spowodowało straszny konflikt z warszawską gminą żydowską i nadzorem bożnicy i doprowadziło ostatecznie najpierw do ustąpienia Abrahama Buchnera ze Szkoły Rabinów, a potem w 1858 r. wręcz do wygnania go z miasta, w którym nie było dla niego miejsca. 
Abraham bez wątpienia był Żydem. Jego syn Franciszek już w momencie wyrzucenia ojca z Warszawy stracił powiązania ekonomiczne ze środowiskiem żydowskim. Nie do końca wiadomo, dlaczego znalazł się w Liverpoolu i kiedy on jeszcze przebywał w Anglii, tu w Polsce ochrzczony został w Kościele katolickim jego syn Józef. Do chrztu dziecko podawali jego dwaj dziadkowie, Żydzi, Abraham Buchner i Lange. Sam Franciszek również potem przyjął chrzest. Nie mógł tego jednak zrobić w Kościele katolickim. Carska władza w ten sposób represjonowała Żydów, nie pozwalając im stać się Polakami. Miał do wyboru Kościół prawosławny albo protestancki, Franciszek wybrał to drugie: przyjął chrzest w Kościele ewangelicko-reformowanym. Józef, syn Franciszka, jest moim pradziadkiem. Potem kolejne pokolenia doskonale wiedziały, że pochodzą z narodu żydowskiego.

Pan nie wiedział. 
– Do 25. roku życia nie wiedziałem. Studiowałem architekturę, poznałem swoją przyszłą żonę, mieliśmy wiosną 1982 r. brać ślub. Jednocześnie nasz wydział otworzył się mocno na Zachód i na studencką wymianę. Najpierw do Warszawy przylecieli studenci ze Stanów, a potem ja w sierpniu 1981 r. wylądowałem na wymianie w Detroit. Wiedziałem, że mam tam rodzinę, i planowałem po zakończeniu semestru przenieść się do nich jeszcze na miesiąc. Semestr skończył się dokładnie 12 grudnia 1981 r. Już wcześniej docierały do nas sygnały, że coś się dzieje w Polsce, jest zerwana komunikacja. Potem w nocy oglądałem wystąpienie Jaruzelskiego – a następnego dnia leciałem do Nowego Jorku do rodziny. Zacząłem też szukać możliwości powrotu. Moja amerykańska rodzina nie była Polakami, ale uciekinierami z Wiednia, między sobą rozmawiali po niemiecku. Szukałem więc kontaktów z Polonią, rozpytywałem. Zastanawiałem się, czy wracać. Opowiadałem też o tych rozterkach swojej rodzinie. I wtedy usłyszałem: „A co ty się tak zastanawiasz nad powrotem? Przecież jesteś Żydem, nie Polakiem. W ten właśnie sposób się dowiedziałem…” 

Szok?
– Szok, ale też zaczęły mi się składać w całość wcześniejsze doświadczenia. Wiele było wtedy sytuacji, w których czułem się obco, wiele było wokół mnie powiązań, które wydawały się nielogiczne. Teraz zaczynało się to składać. Jeden z członków rodziny pokazał mi w Encyclopaedia Judaica wpis na temat Abrahama Buchnera, wytłumaczył, że to jest nasz wspólny przodek. Jednocześnie wokół cały czas toczyło się życie. Dostałem propozycję studiów, finansowania albo pracy. My, studenci z wymiany, mogliśmy w ciągu roku otrzymać amerykańskie dyplomy. Część kolegów z tego skorzystała. Decyzję musiałem podjąć niemal natychmiast, w ciągu dwóch dni: zostaję w Stanach czy wracam do Polski. Pamiętam noc, kiedy wziąłem swój Nowy Testament, otworzyłem go i zacząłem czytać o modlitwie Jezusa w Getsemani. „Nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie”. Poszedłem spać, a rano wstałem przekonany, że muszę wracać. Kupiłem bilet na lot do Montrealu, bo polskie samoloty już ze Stanów nie latały, i pod koniec stycznia znów znalazłem się w Warszawie. 

To już musiała być inna Warszawa. Z jednej strony stan wojenny. Z drugiej strony – Pan również był inny… 
– Ta nowa wiedza paradoksalnie niczego nie zburzyła. Ona dała mi zakorzenienie. Wspomniałem, że wcześniej czułem się obco. Miałem inne relacje rodzinne niż rówieśnicy. Czułem się z tym dziwnie i gdzieś z boku. Teraz zrobiło się jaśniej, prościej. Już w Nowym Jorku wiedziałem jednak, że sam sobie z tym nie poradzę, że potrzebna mi jest wspólnota, potrzebny jest Kościół. Ślub wzięliśmy 24 kwietnia, tydzień później, niż był planowany, a potem zacząłem wchodzić w sprawy żydowskie, próbując dowiedzieć się coraz więcej. Początkowo było to bardzo trudne. Ukazywało się bardzo niewiele informacji. Trochę opisała mi w liście siostra mojej babci z Australii. Trochę powiedział ojciec. Mama wiedziała niewiele. Potem pojawił się internet i możliwości poszukiwań stały się dużo szersze. Moi dziadkowie nie chcieli o tym rozmawiać, ucinali kategorycznie wszystkie pytania. 

Wstydzili się tego czy chcieli Pana chronić?
– Chcieli chronić całą rodzinę. Uważali, że rugując z naszego życia świadomość żydowskiego pochodzenia, chronią nas przed tym, co sami przeżyli, przed antysemityzmem i wprost zagrożeniem życia. Sami przeżyli wojnę, uznając, że są katolikami i Polakami, że chrzest wyjmuje ich spod niemieckich represji. Nie poddawali się tym represjom, nie poszli do getta, starali się zachowywać tak, jakby ich to nie dotyczyło. 

Byli Żydami i byli katolikami? 
– Zwłaszcza dziadek przeszedł specyficzną drogę do głębokiego katolicyzmu. Był przed wojną architektem, został wyrzucony z pracy na uczelni w ramach czystek antysemickich – ale jednocześnie przetrwał dlatego, że dostał zlecenie na projekt kościoła św. Klemensa na Karolkowej w Warszawie. Księża nie traktowali wówczas Żydów rasowo: był ochrzczony, więc był katolikiem. Dziadek zbliżył się do Kościoła właśnie dzięki takiej bezpośredniej i otwartej relacji. Potem kolejni księża go sobie polecali, dziadek robił również między innymi kościół pallotynów na Skaryszewskiej. Potem wybuchła wojna, dziadkowie trochę się ukrywali, trochę zmieniali miejsca zamieszkania, rozdzielali się: ostatecznie dziadek ukrywał się właśnie u księży pallotynów, w konstrukcji poddasza nad prezbiterium. Zrobił tam sobie miejsce wprost nad tabernakulum. Przeżył to bardzo i przeżył właśnie w relacji do Pana Boga. Tamten czas mocno zaważył na jego wejściu w wiarę bardzo osobistą, prosto z serca. 

Odkrycie żydowskich korzeni zaważyło również na Pana wierze?
– Zadawałem sobie wszystkie możliwe pytania o tożsamość. Jestem wychowany w kulturze polskiej, język polski jest moim językiem. Religijnie byłem mocno związany z duszpasterstwem akademickim u jezuitów, bardzo sensownym, głęboko biblijnym i kerygmatycznym. Pytania się pojawiały, ale odpowiedzieć sobie na nie pomogła mi św. Edyta Stein, żydówka i karmelitanka. Wchodziłem dalej w chrześcijaństwo, które jest relacją z Jezusem Chrystusem, Panem i Zbawicielem – i Żydem. To był świadomy wybór. Odkrywałem, że chrześcijaństwo rzeczywiście ma w judaizmie swoje korzenie. I ten judaizm nadal jest dla mnie pociągający, będąc uświęcaniem zwyczajnego życia, bez całej obudowy, bez barokowych liturgii. Szabat, Pesach, inne święta, to jest coś, co nadal bardzo silnie na mnie oddziałuje – i pomaga mi być chrześcijaninem, pomaga mi być zakorzenionym w Jezusie. 

Antysemityzm Pana dotyka?
– Dotykał. Idąc śladami dziadka i ojca, zająłem się projektowaniem kościołów. I zupełnie inaczej niż dziadek, to właśnie w tym środowisku spotkałem się z trudnymi doświadczeniami, wprost z antysemityzmem. Wiem, że kilkakrotnie księża ostrzegali przed kontaktami ze mną, bo jest przecież „z żydowskiej rodziny”. Z powodu pochodzenia jeszcze niedawno zdarzyło mi się stracić zlecenie. Jestem na to wyczulony. Mam też gdzieś zakodowane to rodzinne przekonanie, że trzeba się ukrywać – z którego trochę wychodzę, skoro właśnie o tym rozmawiamy. Wiem, że reaguję lękliwie. Ale antysemityzm jest, nawet we wspólnocie, w której jestem. Z drugiej strony mam kontakty ze środowiskami ewangelicko-reformowanymi i ze środowiskiem żydowskim i wiem, że wszędzie, w każdym z tych miejsc, uprzedzenia wobec „innego” są bardzo silne. Jeśli miałbym mówić o antysemityzmie w Polsce, to sądzę, że jest on silny, ale abstrakcyjny. Przestaje być problemem, kiedy pojawia się osobista relacja. 

Mezuza jest jedynym żydowskim akcentem w Pana domu?
– Mezuza jest ważna, bo w niej umieszczone jest Szema, biblijne wyznanie wiary w to, że Bóg jest jedyny. To jest dla mnie fundament wiary. Ale mam też świecznik chanukowy, który nabyliśmy z żoną za pierwszą premię, jaką dostałem w pracy. Palimy go na Chanukę, radosne święto upamiętniające ponowne poświęcenie Świątyni w Jerozolimie. I nie przeszkadza mi to zupełnie w byciu chrześcijaninem. Jeśli wierzymy we wcielenie syna Bożego, to uznajemy, że Jezus Chrystus przyszedł na świat w konkretnym momencie i w konkretnym środowisku: środowisku, które jest również moim. Cień tamtego świata pada jednak na mnie, pada na mój dom, nie mogę go nie zauważyć ani omijać. Chcę żyć, pełniąc micwę „tikkun olam”, poprawiania świata, by pozostając chrześcijaninem, spłacić również dług moim przodkom. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki