Logo Przewdonik Katolicki

Bez dzieci też jest sens

Monika Białkowska
fot. moypapaboris / Adobe Stock

Rozmowa o małżeństwach bezdzietnych, ich miłości, która wcale nie jest mniej warta, i życiu, które nie jest puste z Jagodą i Rafałem Kabacińskimi

Ile lat jesteście po ślubie?
Rafał: Dwadzieścia dwa.
 
Kiedy ludzie przestali pytać Was o dzieci?
Jagoda: Nie przestali. Nadal pytają, a kiedy słyszą, że dzieci nie mamy, zapada milczenie. To milczenie i tak jest lepsze niż setki mądrych rad, które słyszeliśmy przez lata: bo my słyszeliśmy o takim świetnym lekarzu, a może do uzdrowiciela, a my się będziemy modlić. To już lepsze jest milczenie.
Rafał: Rodzina i przyjaciele przestali pytać kilka lat temu, kiedy biologicznie zrobiło się na to za późno. Teraz pytają już tylko obcy ludzie, ale oni też często już uznają, że widocznie mamy duże dzieci, które nie są już z nami. Ale to naturalne pytania, więc się nie dziwimy.
 
Nie dziwicie się – to jedno. Ale to nie bolało?
Jagoda: Początkowo takie pytania odbierasz jako troskę. Widzisz, że ludzie chcą ci pomóc i wymyślają kolejne rozwiązania. Ale im więcej czasu mija, tym bardziej staje się to irytujące. Wszystkie rady słyszałaś już tyle razy, a tu znowu wraca ten temat, ile można? Myślę, że mężczyźni odbierają to inaczej, ale ja jako kobieta czułam się gorsza. Przez życie zwykle idzie się jakimś utartym schematem: szkoła, studia, praca, ślub, dzieci. A u nas to zostało zachwiane. To oczywiste, że zaczęłam myśleć, że może jesteśmy jacyś dziwni, nienormalni. Pojawiają się wyrzuty sumienia, może powinniśmy spróbować jeszcze jakiejś metody, może nawet to in vitro nie jest takie najgorsze? Takie myśli się pojawiają nawet nie dlatego, że tak bardzo chcesz tego dziecka, ale dlatego, że tak bardzo chcesz do tego schematu życia pasować. Jeśli nie postawisz sobie granic, to zrobisz wszystko, żeby to dziecko mieć.
 
Dlaczego w takim razie nie adoptowaliście dziecka?
Jagoda: Uff…
Rafał: Myśl o adopcji pojawiła się, kiedy już wiedzieliśmy, że kupujemy dom, że warunki mieszkaniowe będą porządne.
 
Dodajmy, że dom w Brukseli. Wyprowadziliście się z Warszawy z wynajmowanego mieszkania, bo tam dostałeś pracę.
Rafał: Tak. Jeśli chcesz adoptować dziecko, musisz te warunki mieszkaniowe mieć. Wynajmowanie mieszkania nie jest w Polsce uważane za stabilną sytuację mieszkaniową. My chcieliśmy całą procedurę adopcyjną przejść w Polsce, ze względów językowych, ale też chcieliśmy wziąć dziecko z Polski i nie być traktowani jak rodzina zagraniczna. Zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego, przedstawiliśmy naszą sytuację, przyjęto nas do grupy przechodzącej szkolenie. Przylatywaliśmy do Polski czasami dwa razy w miesiącu, w dzień powszedni, na szczęście w mojej pracy można dostać dodatkowy urlop na procedurę adopcyjną, bez ograniczeń czasowych. Potem pojawił się problem z wywiadem środowiskowym. Proponowaliśmy, że urzędnicy mogą przylecieć na nasz koszt do Brukseli lub że wywiad może przeprowadzić konsul, ale byliśmy chyba pierwszym takim przypadkiem i ośrodek nie wiedział, co ma z nami zrobić. W końcu po roku zwrócił się z pytaniem do ministerstwa, ministerstwo życzliwie odpisało, że mieszkając w Belgii, podlegamy prawu miejscowemu – ośrodek przesłał nam to pismo z suchą informacją, że w takim razie dalsza procedura jest niemożliwa, z poważaniem, kropka.
 
Czyli to, że nie adoptowaliście dziecka, wynikało nie z Waszego lenistwa, co raczej ze skomplikowanej sytuacji życiowej.
Rafał: Może za mocno kombinowaliśmy, może trzeba było podejść do szkolenia w Belgii i zgłosić się tutaj jako rodzina zagraniczna.
Jagoda: Tylko że jak przejdziesz całą procedurę, zdobędziesz wszystkie dokumenty, przejdziesz szkolenia i okazuje się, że to było niepotrzebne i musisz zacząć od nowa, to zwyczajnie nie masz ochoty przechodzić przez to drugi raz.
 
Dzieci do adopcji w Belgii nie brakuje? Skoro aborcja jest dużo łatwiejsza, to niechcianych rodzi się dużo mniej…
Rafał: Pośród wszystkich dzieci do adopcji tych miejscowych jest pewnie jedna trzecia. Pozostałe to dzieci z Afryki, z Azji Południowo-Wschodniej, do pewnego czasu to były też dzieci ze wschodniej Europy, głównie z Rosji, Ukrainy czy Rumunii.
 
Skąd się te dzieci tam biorą?
Rafał: Adopcje są organizowane przez komercyjne agencje pośredniczące w całej procedurze. To kosztuje nawet kilkanaście tysięcy euro – ktoś musi tam pojechać, spędzić tam jakiś czas, opłacić adwokatów, często dać łapówkę całej rodzinie…
 
Kupić dziecko z Afryki?
Jagoda: Mniej więcej tak. Jak rodzina ma dwanaścioro dzieci, które przymierają głodem, to jedno odda w dobre, europejskie ręce, żeby pozostałe też miały co jeść.
Rafał: Ludzie pracujący tam, w Afryce, mówią wprost: dzieckiem się może nikt nie interesować przez lata, łącznie z rodzicami i najbliższą rodziną. Ale jeśli tylko pojawi się ktoś chętny do adopcji, natychmiast odnajdzie się trzydziestu wujków, żądających odszkodowania za miłość, bo rozstanie z dzieckiem będzie dla nich tak trudne.
Jagoda: I zgodzą się z nim rozstać, jeśli im zapłacisz. Albo się nie zgodzą i podadzą większą kwotę. Ostatecznie wszystko jest kwestią ceny.
 
Mówimy o adopcji, a to brzmi jak handel ludźmi.
Rafał: Dlatego nasza przygoda z adopcją się skończyła. Przeżyliśmy to jakoś.
Jagoda: Przeżyliśmy to mocno. To było i przykre, i bardzo trudne wiedzieć, że adoptowanego dziecka też mieć nie możemy.
Rafał: Wtedy pojawiła się trzecia szansa, naprotechnologia. Próbowaliśmy ją czytać w świetle wiary. 15 sierpnia 2011 r. wybraliśmy się do Schönstatt, naszej duchowej stolicy. Poszliśmy na obiad do domu pielgrzyma, tam spotkaliśmy znajomą siostrę z jakimiś ludźmi. Od słowa do słowa okazało się, że to instruktorka naprotechnologii. Jeszcze tego samego dnia zrobiła nam pierwsze spotkanie, wprowadzenie do metody. Wyjeżdżając stamtąd, mówiłem do Jagody, że chyba właśnie po to mieliśmy tam tego dnia być.
Jagoda: Byliśmy do tego bardzo pozytywnie nastawieni, zaczęliśmy obserwacje, jeździliśmy do doktora Wasilewskiego do Białegostoku. U niego w klinice wisi obraz Matki Bożej z Guadalupe – ale tak, że trzeba wiedzieć, że on tam jest. Kiedy zobaczył nasze wyniki – moje jak u 20-letniej dziewczyny, Rafała też świetne – powiedział: „Chodź, coś ci pokażę”. Zaprowadził mnie pod ten obraz i mówi: „Ja mogę wymyślać nie wiadomo co, ale teraz to już tylko z Nią trzeba gadać, bo ja więcej nic tu nie poradzę”. Dla mnie to było ogromne świadectwo wiary. On dał swoją wiedzę i talent, ale są granice, których nie przekroczą najlepsi nawet specjaliści. Teoretycznie wszystko jest super, z punktu widzenia medycyny każde z nas może mieć dzieci. A nie mamy.
Rafał: To był początek 2013 roku. Rok później zaczęła się nasza przygoda z Afryką.
Jagoda: Ta przygoda zaczęła się ze dwadzieścia lat temu od artykułu w „Przewodniku Katolickim” – o. Darek Godawa, dominikanin, organizował wtedy adopcję serca. Wybraliśmy ostatnie dziecko z listy, Elisabeth, wysyłaliśmy dla niej pieniądze. A ojciec Darek wysyłał newslettery, wymienił z Rafałem nawet jakieś mejle.
 
Rafał: A potem przyszedł rok 2014. Byliśmy po ostatniej wizycie w Białymstoku, może się pojawił kryzys wieku średniego, może poczucie bezsensu tego, co się robi w pracy – i myśl, żeby zrobić coś innego. Pomyśleliśmy o wyjeździe do Afryki. Ale po pierwszym entuzjazmie przyszło otrzeźwienie: jak zareagują nasze organizmy? I czy mamy coś do zaoferowania ludziom stamtąd? Postanowiliśmy jechać na krótko, na dwa-trzy tygodnie.
Jagoda: I wpadliśmy po uszy. Mówią, że Afrykę można tylko pokochać albo znienawidzić, my ją pokochaliśmy. Za chwilę jedziemy tam po raz piąty.
Rafał: Ojciec Darek prowadzi w Jaunde sierociniec, Foyer St. Dominique, ale nazywamy to po prostu domem.
Jagoda: Mieszkają tam różne dzieci, albo całkowite sieroty, albo mające tylko mamę, albo mama ma dziesięcioro dzieci, każde z innym mężczyzną. W porównaniu z nimi w naszym życiu naprawdę nic się nie wydarzyło. One mają na koncie prawdziwe traumy, są wzięte z ulicy, nie wiadomo, w jakim są wieku, któregoś z chłopców wujek przykuwał w szopie, kiedy szedł do pracy, i to była troska, bo przecież przykute dziecko jest bezpieczne, nie ucieknie i nie zrobi sobie krzywdy.
 
Po co tam jeździcie? Uznaliście, że jednak macie coś do zaoferowania?
Rafał: Zwykle coś zawozimy, ubrania, rzeczy, które akurat są tam potrzebne. W tej chwili mamy zamówienie na linkę hamulcową do Toyoty Land Cruiser. Woziliśmy już kostki hamulcowe, żarówki, komputer czy konsolę dla DJ-a, bo jeden z wychowanków akurat rozpoczynał swoją karierę. Dziś jest zresztą wziętym DJ-em w mieście.
Jagoda: Zanim dom był wykończony, malowaliśmy ściany. Opowiadamy dzieciakom o podróżach, bardzo lubią oglądać obrazki ze świata. Ostatnio gdy leżałam złożona malarią, słyszałam, że Rafał uczy je śpiewać „Sto lat” po polsku. Natychmiast wstałam z łóżka i resztkami sił się do nich dowlokłam, bo wiedziałam, że jak ich nauczy tak, jak sam śpiewa, to już nigdy w życiu nikt tego nie skoryguje!
Rafał: Ale też przez miesiąc codziennie przez pół godziny–godzinę uczyłem ich języka polskiego. To też było ciekawe wyzwanie.
 
Po co im to? Przecież nie przyjadą do Polski?
Rafał: Przyjadą. Siedmioro z nich jest w tej chwili w Polsce, studiują tu, pracują, wysyłają pieniądze do rodziny, jedna z dziewczyn założyła tu swoją rodzinę i pięknie mówi po polsku z poznańskim zaśpiewem.
 
W Afryce przestało boleć to, że nie macie własnych dzieci?
Jagoda: To nie jest tak, że przestało boleć, nie robimy sobie z tych dzieci jakichś protez dla naszych emocji. Ale ojciec Darek jednym zdaniem wyleczył mnie z myślenia, że nie jestem matką. Kiedyś żegnaliśmy się z nim, mówię do niego „żegnaj, ojcze”, on do mnie „żegnaj, matko”. Obruszyłam się, że jaka ze mnie matka? A on odpowiedział: „Taka z ciebie matka, jak ze mnie ojciec. Masz ze mną trzydzieścioro czarnych dzieci w Kamerunie”. I przeszło, jak ręką odjął…
 
Ale dzieci z Kamerunu to nie były Wasze pierwsze dzieci…
Jagoda: Pierwsza była Alicja. Jej rodziców znaliśmy ze studiów, jako studenci nie mieli pieniędzy na żłobki czy opiekunki, ja miałam wtedy mało zajęć. Na początku semestru następowała synchronizacja grafików i zostawałam z nią zawsze wtedy, kiedy jej rodzice byli na zajęciach. Nie wchodziliśmy w rolę rodziców, ale zwyczajnie lubiłam z nią być. To było dziecko absolutnie wyjątkowe, do dziś to nie jest typowa dziewczynka w jej wieku.
 
Umówmy się – to w ogóle nie jest już dziewczynka! To dorosła kobieta!
Rafał: Dla nas to nadal jest dziewczynka, choć ma 23 lata. Kiedy wyprowadziliśmy się z Poznania, nie mieliśmy już tak częstego kontaktu. Ale kiedy przyjechała do nas jako 15-latka, okazało się, że więzi między nią a Jagodą nadal są takie, jakby się widziały poprzedniego dnia. Inną taką relacją jest relacja z Marysią, którą poznaliśmy, jak miała 12 lat. Przyjaźnimy się z jej rodzicami, ale stało się tak, że kiedy ona miała swoje problemy wieku dorastania, przychodziła z nimi do nas. Byliśmy starsi, a wiadomo, że nie ze wszystkim kilkunastoletni człowiek chce iść do rodziców.
Jagoda: Okres dojrzewania, sprawy seksu, tego, co chce robić w życiu – z rodzicami czasem rozmawiać jest niezręcznie. Rówieśnicy też się do tego nie nadają, nie są nic mądrzejsi. Nam zaufała, rozmawialiśmy o wielu ważnych dla niej sprawach.
 
Jednym słowem: bezdzietni z Was egoiści, którzy nie umieją kochać.
Jagoda: Tata Marysi powiedział nam kiedyś, że nawet jeśli nie mamy dzieci, nie jesteśmy zwolnieni z ich wychowywania. One nas obserwują, my mamy inną perspektywę, nie wchodzimy w rolę rodzica, ale przez rozmowy, postawę czy wybory życiowe też wpływamy na dzieci naszych przyjaciół czy znajomych.
Rafał: Kiedyś jedna z przyjaciółek powiedziała nam, że cieszy się, że jej dzieci mają kontakt z nami i z kobietą bezżenną z wyboru. Bo dzięki temu wiedzą, że są różne modele szczęśliwego życia, że mogą żyć inaczej niż wszyscy dookoła, że nie muszą realizować narzuconego im z zewnątrz schematu, ale szukać swojej drogi.
 
A co byście powiedzieli ludziom, którzy już teraz spodziewają się, że w ich życiu mogą się nie pojawić biologiczne ani adoptowane dzieci – i boją się, że to życie będzie puste, bez miłości?
Rafał: Niech się z nami skontaktują. Żartuję, ale rozumiem, w czym jest problem: nie mają dokąd iść. Nikt do nich nie mówi, również w Kościele nie ma dla nich żadnej oferty. Nie mieszczą się w standardowym duszpasterstwie rodzin. Wszystkie rekolekcje dla małżeństw bezpłodnych to zwykle roztrząsanie tragedii, złączanie swojego krzyża z krzyżem Chrystusa – OK, to jest ważne, ale nie można żyć tylko w ten sposób. Nie dostajemy żadnej pozytywnej propozycji po tym, kiedy staranie się o dziecko należy do przeszłości. A przecież nasze życie jest tak samo wartościowe, jak każde inne.
Jagoda: W Kościele wciąż słyszę, że najważniejszą rzeczą w małżeństwie jest wychować porządnie dzieci. Księża, zwykle starsi, ale nie tylko, również w konfesjonale stawiają mnie w sytuacji, w której muszę się tłumaczyć ze swojej bezdzietności – z tego, na co nie miałam żadnego wpływu i czego sama nie potrafię sobie wytłumaczyć, bo widocznie Bóg tak akurat dla nas chciał. Muszę się tłumaczyć, bo to pewnie antykoncepcja albo egoizm: jestem leniwa, wygodna i mam fajne życie, bo sobie siedzę i czytam książki. Mało kto się zastanawia, co się za tym pozornym egoizmem kryje. A ja jestem pewna, że gdybyśmy mieli własne dzieci, nigdy byśmy nie pojechali do Afryki. Nie mielibyśmy sił i czasu na wysłuchiwanie dzieci naszych przyjaciół. Mamy swobodę innego zaangażowania. Trudno powiedzieć, że to zastępuje miłość rodzicielską, bo pewnie nie – ale to sprawia, że życie bez dzieci też ma sens i nie jest życiem tylko dla siebie.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki