Logo Przewdonik Katolicki

Po szczycie bliskowschodnim

Jacek Borkowicz
fot. Paweł Supernak/PAP

Popłoch w składzie porcelany Słowa wypowiedziane podczas „pokojowego szczytu” w Warszawie mają siłę budzenia demonów. Módlmy się więc, by one spały mocno. Przynajmniej jeszcze tym razem.

Niezależnie od tego, co stanie się w ciągu kilku dni, dzielących napisanie tego tekstu od jego ukazania się na łamach „Przewodnika Katolickiego”, pierwszą reakcją po zakończonej właśnie konferencji bliskowschodniej w Warszawie jest przerażenie. I nie chodzi tu nawet o uczucie, jakiego doznaje piszący te słowa – przerażeni tym, co zrobili, wydają się sami jej polscy organizatorzy. Przebieg spotkania, reklamowanego jako „pokojowy szczyt”, który miał wzmocnić rolę Polski w świecie, wymknął im się z rąk w wysoce dla Polski niepożądanym kierunku konfrontacji. Teraz mogą już tylko robić dobrą minę do złej gry, mówiąc że mimo wszystko jesteśmy nastawieni do Iranu pokojowo i neutralnie. Ale czy ktokolwiek w Warszawie na serio liczy się z tym, że takie słowa zniwelują fatalne wrażenie, jakie już zdążyliśmy zrobić w Teheranie?
W dodatku – co jest już raczej ewenementem z kategorii sztuk cyrkowych – udało nam się w ciągu 48 godzin skonfliktować z dwoma śmiertelnymi wrogami: Iranem oraz Izraelem. A wszystko w atmosferze radosnej twórczości wielkich tego świata, uprawianej za pomocą tweetów. To już nawet nie jest przysłowiowy słoń w składzie porcelany, bo jeśli zwierzę zamachnie się trąbą w jednym kierunku, zawsze można uciekać w drugim. W warszawskim składzie porcelany klienci rozbiegli się naraz we wszystkich kierunkach, demolując po drodze co popadnie. I nie ma od tego ucieczki.
 
Nie skorzystał z prawa do milczenia
Zacznijmy od końca, czyli od nieszczęsnej afery wokół wypowiedzi Benjamina Netanjahu oraz redaktor Andrei Mitchell. Ambasador Izraela w Polsce wyjaśnia, że szefowi rządu jej kraju nie chodziło o odpowiedzialność za Zagładę całego narodu polskiego, lecz jedynie pojedynczych Polaków. To rzeczywiście jakościowa różnica, ale nie w tym leży istota problemu. Premier Izraela nie przyjechał przecież do Warszawy po to, by dokonywać historycznych rozliczeń z Polakami. Tym zajmował się, z wyraźnym skutkiem, już rok wcześniej. Teraz przybył tu jako największy beneficjent ważnego międzynarodowego spotkania. I pytany na konferencji prasowej o deklarację, jaką wydał w czerwcu 2017 r. wspólnie z premierem Mateuszem Morawieckim, powinien albo uchylić się od odpowiedzi, albo też potraktować ją zdawkowo. Ale on – pomny na zbliżające się wybory w Izraelu – wolał raz jeszcze pochwalić się swoim ubiegłorocznym sukcesem, mówiąc, że rząd Rzeczypospolitej, wycofując się z ustawy o IPN, nikogo dotąd nie pozwał za głoszenie tezy o polskiej współodpowiedzialności za Zagładę. Tak nieprecyzyjne zdanie, rzucone w tłum żądnych sensacji dziennikarzy, było wypowiedzią co najmniej wysoce niefortunną, zważywszy rolę, w jakiej premier Izraela do Polski przybył.
W dodatku powiedział on potem, przy pomniku Bohaterów Getta, że żydowscy powstańcy „walczyli z niemieckimi nazistami oraz ich kolaborantami”. W sumie nie dziwi więc już tak bardzo, że oba powyższe stwierdzenia twórczo połączyła w jedno Andrea Mitchell, która na ekranie amerykańskiej stacji MSNBC obwieściła o „polskim i nazistowskim reżimie” tłumiącym powstanie 1943 r. Redaktor Mitchell to jedna z najpoważniejszych dziennikarek w USA, ale widać nawet tej rangi żurnaliści nie mają patentu chroniącego ich przed mówieniem głupstw. Jednak jeszcze większa w tym przypadku jest odpowiedzialność premiera Izraela
To wszystko zapewne z czasem jakoś zostanie załagodzone, ukażą się odpowiednie dementi, ktoś przeprosi, ktoś wygłosi wyważone przemówienie. Ale fatalną rzecz stanowi fakt, że pierwszym wrażeniem z konferencji, zamiast czegokolwiek konstruktywnego, jest właśnie taki zgrzyt.
 
Słowa własne, muzyka szwagra
Popatrzmy na sprawę szerzej. Rzuciliśmy na szalę bardzo wiele, nawet własne stosunki z Unią Europejską, aby zorganizować konferencję, której głównym wygranym i tak miał być Netanjahu. Tę rolę beneficjenta potwierdziło miejsce, przeznaczone premierowi Izraela przy stole prezydialnym – pomiędzy wiceprezydentem USA Mike’em Pence a premierem Morawieckim – chociaż Izrael nie był tu współorganizatorem. Wydawałoby się, że za cenę takiego zaangażowania w sprawy, które przecież nie leżą w bezpośrednim kręgu polskich interesów, mogliśmy liczyć chociaż na mocne akcenty solidarności ze strony izraelskiego partnera. Stało się inaczej, Polska nawet tym razem została, zamiast obiektem pochwał, celem połajanek.
Możemy się oburzać na izraelską niewdzięczność, ale z wypranego z emocji punktu widzenia politycznego obserwatora trudno nie zauważyć tu pewnego przekazu: Izraelczycy nas lekceważą, bo widzą, że na warszawskiej konferencji nie tyle rozdawaliśmy karty, ile rozstawialiśmy krzesła. I niestety, sami się do takiej opinii o nas przyczyniamy. Jeżeli polskie media z dumą piszą, że jedno z głównych przemówień wygłosił „zięć prezydenta USA” (Jared Kushner), to cała historia zaczyna już zatrącać o groteskę. „Słowa własne, muzyka szwagra” – jak zwykł mówić o takich sytuacjach polski lud.
 
Budzenie demonów
Ale tutaj nie ma się z czego śmiać. W czasie konferencji pojawił się tweetowy wpis Netanjahu, mówiący że celem konferencji w Warszawie jest zorganizowanie wojny z Iranem. Wpis ten szybko został usunięty, a słowo „wojna” zamieniono na „walka”, ale pierwotna wersja zdążyła pójść w świat. Oczywiście zauważono ją także w Teheranie. Można by to, choć z trudem, zakwalifikować do kategorii wpadek. Jednak w innej wypowiedzi, nagranej przez izraelskich dziennikarzy przed warszawskim Pałacem Kultury, premier Izraela wyraźnie i świadomie używa hebrajskiego słowa „milchama”, które bez wszelkich wątpliwości oznacza wojnę.
Wygląda na to, że izraelski premier z premedytacją postanowił sobie poużywać na dobrym imieniu Polski, korzystając z tego, że nic go to nie kosztuje. Opinię w Teheranie i tak ma już zszarganą, i to z definicji, więc gorszej nie nabędzie. Może za to, bez politycznych konsekwencji, wciągnąć w swoją awanturniczą narrację gospodarza konferencji.
Niewiele lepiej zachował się sekretarz stanu Mike Pompeo, oświadczający z konferencyjnej trybuny, że „nie da się osiągnąć pokoju bez konfrontacji z Iranem”. Polskie MSZ próbuje teraz wrażenie tych słów łagodzić, ale przypomina to wysiłki gaszenia budzącego się pożaru dziecięcą konewką. Bo wypowiedziane w Warszawie słowa mają siłę budzenia demonów. Módlmy się więc, by one spały mocno – przynajmniej jeszcze tym razem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki