In Trump we trust

Idę o zakład, że historycy uznają kiedyś tę wojnę za najgłupszą wojnę stulecia. Oczywiście licząc wstecz, bo co wydarzy się za chwilę, o tym aż strach pomyśleć.
Czyta się kilka minut
fot. Julia Demaree Nikhinson/Associated Press/East News
fot. Julia Demaree Nikhinson/Associated Press/East News

Krótki filmik z modlitwą w Gabinecie Owalnym obiegł cały świat. Kilkudziesięciu pastorów z tzw. Biblijnego Pasa, czyli południowych stanów USA, znanych z żarliwej protestanckiej religijności, pobłogosławiło prezydenta USA, życząc mu dalszych sukcesów w szerzeniu słowa Bożego na Ziemi. Donald Trump, choć w skupieniu, zasiadał w oficjalnej pozie: za biurkiem i w krawacie; duchowni trzymali go za ramiona, zaś ci, którzy nie mogli się docisnąć, musieli zadowolić się gestem dłoni uniesionej nad głową głowy państwa.

Chciałbym, by czytający te słowa w katolickim tygodniku uświadomili sobie znaczenie tej sceny. W historii ludzkości znajdujemy liczne przykłady tzw. cezaropapizmu, utarło się jednak przekonanie, że te czasy już dawno minęły. Przynajmniej w kręgu zachodniej cywilizacji. Otóż nie – i łatwość, z jaką światowa opinia przyjmuje tę prawdę, nie tylko zdumiewa, lecz i uczy, że w ludzkiej mentalności tak naprawdę niewiele zmieniło się od czasów starożytnych cezarów.

Kwestia smaku

Ale jest jednak coś więcej. Średniowieczni cesarze namaszczani byli w katedrach, nie na pałacowych tronach. Nawet Napoleon, ten symbol świeckiej pychy, kiedy wyrywał koronę arcybiskupowi Paryża, by samemu nasadzić ją sobie na głowę, uczynił to pod gotyckimi sklepieniami Notre Dame. „Katedrą” Trumpa stał się teraz Gabinet Owalny, swego czasu słynny z harców, jakich Bill Clinton dokonywał tam z niejaką Moniką Levinsky. Zamiast ołtarza mamy zaś prezydenckie biurko.

To nie żaden wypadek przy pracy. Już w 2021 roku Trump „autoryzował” wydanie Biblii, opatrzone patriotycznymi frazesami, z tytułem Holy Bible. God bless the USA na okładce. Kto chce, może je sobie kupić – za 60 dolarów sztuka. Przykład najnowszy: organizacja monitorująca religijną wolność w armii USA odebrała już kilkaset skarg od żołnierzy, których dowódcy przekonują, że atak na Iran jest częścią boskiego planu przyspieszenia Armagedonu i ponownego przyjścia Jezusa, zaś wykonawcą tego planu jest oczywiście prezydent. I tutaj koło się zamyka. Już wiemy, o co się modlili pastorzy nad głową Trumpa.

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie lekceważę żadnej modlitwy, także – samej w sobie – modlitwy nad głową prezydenta. Szanuję pobożne intencje, niezależnie od tego, jaka grupa wyznaniowa je wyraża. Protestanci z USA, także ci z Południa, to w większości środowiska ludzi wartościowych i prawych. Wiem, bo osobiście ich poznałem. Jednakże są i tacy (a jest ich również niemało), którzy z pychą przekonują obywateli krajów biedniejszych, że sami są sobie winni. Dlaczego? Bo u nas, Amerykanów z USA, na banknocie dolarowym widnieje dewiza „Bogu ufamy” (In God we trust). A Bóg, jak dobry przedsiębiorca, nagradza wiernych udziałowców, nakłada zaś kary na tych mniej pilnych. Nie kpię – również tę opinię usłyszałem osobiście.

I tylko dlatego ośmielam się oceniać, we własnym imieniu, ten aspekt aktualnych światowych wydarzeń. Że czasy mamy apokaliptyczne – sam w to wierzę, gdyż codziennych dowodów na to mam wystarczająco dużo. Jednak gdy patrzę na scenkę z Gabinetu Owalnego, przypomina mi się herbertowska kwestia smaku. To wszystko zatrąca mi prostactwem. Niegodnym wiary, która dojrzewa w nas od dwóch tysięcy lat.

Powiedzieli szefowi, co chciał usłyszeć

A jeśli to jeszcze nie Apokalipsa, to już na pewno wielki paradoks. Bo wszystko się poodwracało. Globalne mocarstwo, którego emisariusze od trzydziestu lat uczyli nas, w Polsce i całej postkomunistycznej Europie, zasad świeckiej demokracji i obywatelskiego społeczeństwa, teraz, właściwie oficjalnie, występuje przed nami jako bicz Boży, Attyla XXI wieku. Za to Izrael, państwo formalnie religijne, pod rządami Netanjahu realizuje cynicznie i do bólu świecką politykę ekspansji.

Wiemy już jak wyglądała „agenda” ataku na Iran. Ujawnił ją portal Axios, powszechnie uznany za najlepiej poinformowany w kwestiach dotyczących prezydenta USA. W poniedziałek 23 lutego zadzwonił do niego Benjamin Netanjahu. To nic nowego, w ostatnich miesiącach podobnych telefonów Trump odebrał kilkanaście. Jednak tym razem usłyszał ekscytującą nowinę: izraelski wywiad ustalił z całą pewnością, gdzie i kiedy irański przywódca Ali Chamenei spotka się z szefami wiodących sektorów państwowego bezpieczeństwa. Za jednym zamachem można usunąć ich wszystkich – podobna okazja może się już nie powtórzyć.

Trump już od dłuższego czasu przygotowywał się do tej inwazji, jednak do tej pory nie mógł się na nią zdecydować. Teraz, zelektryzowany wiadomością od izraelskiego kolegi, skontaktował się z kolei z Genewą, gdzie dyżurni dyplomaci prezydenckiej ekipy, Steve Witkoff i Jared Kushner, obradowali z Abbasem Aragczim, ministrem spraw zagranicznych Iranu. W czwartek 26 lutego prezydent USA usłyszał odpowiedź: „Jeśli zdecydujesz się na dyplomację, będziemy naciskać i walczyć o porozumienie. Ale ci ludzie pokazali, że nie są skłonni do zawarcia umowy, która cię zadowoli”. Wszystko wskazuje na to, że Witkoff i Kushner z dyplomatycznej sztuki przyswoili sobie tylko jedną, za to niezwykle ważną zasadę: powiedzieli szefowi to, co chciał usłyszeć.

Aragczi rzeczywiście w tenże czwartek, tuż przed krytyczną wymianą opinii Amerykanów, zapowiedział publicznie, że Iran nie zamierza zrezygnować z procesu wzbogacania uranu, a także zatrzyma zapasy surowca potrzebnego do produkcji broni masowego rażenia. Można powiedzieć, że formalnie był to powód do zerwania negocjacji. Ale one wcale nie zostały zerwane, Aragczi zapowiedział przecież, że za dzień, dwa rozpocznie się ich kolejna faza, zaś w poniedziałek 2 marca Iran i USA przystąpią do zaawansowanej, „technicznej” fazy rozmów w Wiedniu. Twarde stanowisko szefa irańskiej dyplomacji to zwyczajny chwyt negocjacyjny, obliczony na konkretną chwilę, nie zaś ostateczna decyzja. Wiedzą o tym nawet Witkoff i Kushner, bo przecież – pomyślmy logicznie – w innym przypadku już niejeden raz namawialiby Trumpa do ataku bombowego na Moskwę.

Trzecia wojna Netanjahu

Dalej wypadki potoczyły się z siłą lawiny. Dzień potem, 27 lutego, Trump wydał siłom zbrojnym USA rozkaz ataku. Ten nastąpił 11 godzin później. W Waszyngtonie był środek nocy, za to Teheran prażył się już w południowym słońcu.

To już trzecia wojna Stanów Zjednoczonych sprowokowana przez Netanjahu. Pierwszą był atak na Irak w 2003 roku, drugą „wojna dwunastodniowa” z Iranem w czerwcu roku ubiegłego. Mechanizmy wybuchu obu tych konfliktów opisywaliśmy w poprzednich numerach „Przewodnika”. Oba miały też wspólny wątek: obawa Izraela przed porozumieniem USA z reżimami tradycyjnie Izraelowi wrogimi.

Tak było i tym razem. Obecna wojna w Zatoce Perskiej wybuchła bynajmniej nie z powodu nieustępliwości Iranu, lecz właśnie dlatego, że Iran wydawał się wreszcie z Amerykanami dogadywać. A to z punktu widzenia władz Izraela jest śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Można na sto sposobów tłumaczyć sens tego ataku – z punktu widzenia interesu USA. Na czele z tym, że atak ów osłabia, już osłabił, oś antyamerykańskiego oporu Pekin–Moskwa–Teheran. Waszyngton co prawda eliminuje ogniwo znacznie słabsze niż dwaj pozostali sojusznicy, jednak z pewnością jest to jakiś sukces. Czy okaże się sukcesem trwałym, to już zupełnie inna sprawa. Jest natomiast faktem, że obfitująca w nieprzewidziane jeszcze skutki decyzja była efektem jednego, nagłego impulsu. Jest okazja, która może się nie powtórzyć, więc uderzamy. Co stanie się potem, w dalszych etapach rozwoju sytuacji, wie jeden Bóg. Trump ma nadzieję że ma Go po swojej stronie. Oby się nie pomylił.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 11/2026