Iran w ogniu

Atak na Teheran i śmierć ajatollaha Chameneiego uruchomiły lawinę większą niż lato 1914 roku w Europie. Czy sojusz USA i Izraela przyniesie Iranowi wolność, czy raczej zapalił lont pod trzecią wojnę światową?
Czyta się kilka minut
Teheran po serii izraelskich nalotów, niedziela 1 marca 2026 r. fot. Fatemeh Bahrami/ Getty Images
Teheran po serii izraelskich nalotów, niedziela 1 marca 2026 r. fot. Fatemeh Bahrami/ Getty Images

Rankiem 28 lutego w jednej chwili stanął w ogniu Iran, zaś w odwecie za izraelsko-amerykański atak siły Teheranu zbombardowały lotniska i stolice sześciu arabskich państw Zatoki Perskiej oraz Jordanię. Irańczycy zaatakowali też amerykańskie bazy w Iraku oraz Syrii. Ich rakiety przebiły się przez „Żelazną Kopułę” Izraela i dotarły nawet na Cypr. W odpowiedzi za zabicie ajatollaha Alego Chameneiego szyici Pakistanu i południowego Iraku wywołali zamieszki z tamtejszych miastach. Wreszcie nocą z 1 na 2 marca siły izraelskie zaatakowały bazy Hezbollahu z Libanie. Dodajmy do tego, że tuż przed atakiem na Teheran Pakistan zaatakował rządzony przez talibów Afganistan.

Popatrzmy teraz na globus: w ciągu dosłownie kilku dni działania wojenne – mniej lub bardziej intensywne – ogarnęły cały obszar między Egiptem a Indiami. To liczący 3,5 tys. km długości subkontynent, miejsce zamieszkania setek milionów osób. Trzeba przyznać, że nawet wydarzenia lata 1914 roku, kiedy to do wojny przystępowały kolejne państwa Europy, nie dorównywały dynamiką dniom obecnym. Czy jesteśmy więc świadkami narodzin trzeciej wojny światowej? To chyba za dużo powiedziane, przynajmniej dopóki do zbrojnego konfliktu nie włączy się największy globalny gracz: Chiny. Jednak skala tego, co właśnie się wydarza, wykracza daleko poza pojęcie wojny regionalnej. A czym to „coś” w istocie jest i w „co” się niebawem rozwinie? Te pojęcia będą dopiero w przyszłości definiować politolodzy. Oczywiście jeśli przeżyją.

Chłodna taktyka i zadawniona zemsta

Budynek, w którym w sobotę rano Chamenei spotkał się z naczelnym dowództwem irańskiego sektora obronnego, pociski bombardujące trafiły precyzyjnie w czterech rogach naraz. Piąty, najsilniejszy, dokończył dzieła zniszczenia, trafiając w sam środek sypiącej się budowli. Takiego uderzenia nie miał prawa przeżyć nikt, zaś wznoszącą się w niebo chmurę dymu zobaczył nie tylko cały Teheran, ale i okolice miasta.

Pod względem logistyki był to bezprecedensowy majstersztyk. Ale nawet najbardziej precyzyjne wyliczenia komputerów dałyby niewiele, gdyby nie praca izraelskich agentów wewnątrz irańskich struktur. Fakt zinfiltrowania przez służby Izraela rządzących środowisk tego kraju jest tajemnicą poliszynela. Ciekawe tylko, czy tajni współpracownicy Mosadu, czy też Szin Betu, byli również wśród owych czterdziestu generałów, zanihilowanych gorącym podmuchem lub przysypanych uderzeniami bomb? Z nadzwyczajnej narady na szczycie trudno jest się wykręcić zawiadomieniem o przeziębieniu.

Uderzenie w tę „tajną kwaterę” jest szeroko – i słusznie! – komentowane jako przykład chłodnej, przemyślanej taktyki. Oto za jednym zamachem i minimalnym kosztem ofiar postronnych pozbawiamy wrogie państwo praktycznie całej ekipy rządzącej. Co jednak powiedzieć na bombowy atak na prywatną rezydencję Mahmuda Ahmadineżada? Jako prezydent Iranu wykazał się on maksymalną agresją wobec USA oraz Izraela i pod tym względem był z pewnością większym „jastrzębiem” niż Chamenei. Tyle że Ahmadineżad już nie jest prezydentem… od 13 lat. Obecnie nie pełni żadnej funkcji istotnej dla obronności państwa. Motywem tego ataku mogła być wyłącznie zemsta. Pozwólmy sobie na odrobinę czarnego humoru: to poważne ostrzeżenie dla wszystkich na świecie, którzy nie lubią Żydów. Wbrew pierwszym doniesieniom Ahmadineżad atak przeżył, izraelska rakieta uderzyła w budynek sąsiedni, gdzie przebywała ochrona byłego prezydenta.

Ogon kręci psem

Banałem stało się już stwierdzenie, że atak złamał wszelkie normy międzynarodowego prawa. Iran nie dał swoim przeciwnikom żadnego powodu do tej agresji. Włącznie z tym, że nie stanowi on obecnie żadnego zagrożenia nuklearnego. To potwierdzają zgodnie wszyscy niezależni analitycy.

Nazwijmy to najprostszymi słowami: Donald Trump dał się namówić na ten atak monarsze Arabii Saudyjskiej oraz premierowi Izraela. Tego pierwszego odłóżmy na bok, do osobnego tekstu. To dla Benjamina Netanjahu, nie dla prezydenta USA, ostatnie dni okazały się idealną, być może niepowtarzalną okazją do zniszczenia śmiertelnego wroga. I trzeba powiedzieć, że Netanjahu okazję tę wykorzystał znakomicie. Ale co dobre dla jego ekipy, nie musi być – w długiej perspektywie – korzystne ani dla Izraela, ani tym bardziej dla reszty świata.

Przypomnijmy podobną sytuację sprzed ponad dwóch dekad. Jesienią 2002 roku Netanjahu, wtedy już były premier i kandydat na kolejną kadencję, aktywnie przekonywał Kongres USA, że iracki dyktator Saddam Husajn jest już o krok od stworzenia własnej broni jądrowej. Amerykanie mu uwierzyli (chcieli uwierzyć?) i w efekcie wiosną następnego roku wpakowali się w kosztowną i wątpliwą pod względem osiągniętych celów inwazję i okupację Iraku. Potem okazało się, że Husajn żadnymi zaawansowanymi technologiami jądrowymi nie dysponował, zaś informacje podawane Amerykanom przez Netanjahu były świadomym wprowadzaniem w błąd sojuszników.

I co dalej? Czy Netanjahu odpokutował za ten akt nielojalności wobec Waszyngtonu? Przeciwnie, wrócił na polityczną scenę i nadal rośnie w siłę, korzystając z poparcia Białego Domu i proizraelskiego lobby w Kongresie. Co więcej, powtórzył teraz – i to ze szczegółami – tamten chwyt sprzed dwudziestu lat. Ogon kręci psem – jak mawiają od dawna niechętni izraelskiemu premierowi amerykańscy komentatorzy.

Jak długo?

Mimo to moralna ocena ataku nie może, przynajmniej do czasu, wyzbyć się elementu ambiwalencji. Bo prawo międzynarodowe, na które się powołujemy, już od dawna nie działa. I widać to drastycznie na przykładzie obecnej kampanii.

Reżim ajatollahów rzeczywiście jest zbrodniczy, zaś sam Chamenei miał na koncie wiele ofiar, włącznie z ostatnimi, kiedy to podległe mu służby utopiły we krwi niedawne protesty. Nikt nie wie, ilu padło zabitych, ale szacuje się, że kilkadziesiąt tysięcy.

Jest argument jeszcze ważniejszy: upadku tyrana życzyli sobie sami Irańczycy. Z pewnością nie wszyscy, poza aparatem władzy są jeszcze środowiska konserwatywnego islamu, które bronią i będą broniły teokratycznego ustroju. Ale ta część irańskiego społeczeństwa, z którą chcielibyśmy żyć w pokoju, życzyła sobie upadku Chameneiego i w ogóle domaga się upadku szyicko-radykalnego reżimu. Nawet za cenę amerykańsko-izraelskiej interwencji.

Jeżeli uderzenie z 28 lutego przyczyni się do ruchów tektonicznych, które w efekcie zmiotą z powierzchni ziemi obmierzły system, gdzie religijne hasła służą Korpusowi Strażników Rewolucji do totalitarnego kontrolowania narodu, złamanie międzynarodowych konwencji będzie można wybaczyć. Nawet przyklaśniemy jego sprawcom, politycznemu trio Waszyngton-Rijad-Jerozolima. Ale jeśli intencjonalny blitzkrieg przerodzi się w kolejną, długą i męczącą wojnę – a jest to bardzo prawdopodobne – Trumpa i jego popleczników czekać będą spore kłopoty.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 10/2026