To najczęściej powtarzany ostatnio frazes. Wiadomo, o co chodzi: o plagę nieuzasadnionych najść państwowych służb na mieszkania osób nielubianych przez aktualną władzę. Dopóki te ekscesy uderzały w Telewizję Republika, dopóty były pokazem rażącego gwałcenia wolności prasy (to zapomniane pojęcie lepiej wskazuje na realne społeczne potrzeby niż zbyt szeroki, a przez to nadużywany termin „wolności słowa”). Potem jednak, w ten sam sposób, włamano się do gdańskiego mieszkania prezydenta Rzeczypospolitej. A to już jest cios w samo serce prestiżu polskiego państwa. W dodatku dokonany rękami tegoż państwa organów.
No właśnie, czy jednak sterowały nimi inne polskie ręce? Rozpatrzmy obie hipotezy. Jeśli od początku do końca była to ze strony ekipy Donalda Tuska polityczna zemsta, połączona z próbą zastraszenia niewygodnego dla rządu medium, wystawia to władzy świadectwo jak najgorsze. I to z każdego punktu widzenia, począwszy od łamania praw obywatelskich po moralny poziom autorów tej hecy. Przypomnijmy sobie chociaż oficjalne połajanki pod adresem ofiar, czy też policyjny komunikat pod tytułem: nie możemy opublikować filmu z mieszkania szefa Republiki ze względu na jego dobra osobiste. I zaraz potem, w tym samym przekazie, żenująca obyczajowa insynuacja. Za moich czasów za coś takiego nauczyciele bili linijką po łapach uczniaków z podstawówki. Bo już gimnazjaliści wstydziliby się podobnie gówniarskiego chwytu.
Druga hipoteza: to prowokacja sterowana z Moskwy, a może z Mińska. Tu również władza wcale lepiej nie wypada. Nie tylko dlatego, że poprzez własną indolencję na nią pozwoliła. Także z powodu tego, jak na nią zareagowała. A zareagowała dokładnie tak, jak pragnęli tej operacji planiści: obracając wszystko w wewnętrzne spory. Dopiero po dwóch tygodniach, po wyłamaniu drzwi w mieszkaniu prezydenta Nawrockiego, premier Tusk przyznał że „działania prowokatorów są wymierzone [...] w nas wszystkich”. Po dwóch tygodniach! Żałosna hipokryzja.
O licznych, kombinowanych wariantach obu hipotez boję się nawet pomyśleć.
Podsumujmy: mamy państwo z kartonu. To już chyba banał. Ale co z tego? Jak długo jeszcze będziemy nad tym biadolić, zamiast wziąć się za naprawę? Nie jestem pierwszym, który odkrywa, że nasze oburzenie na „kamieni kupę” (że zacytuję byłego ministra), wszystko jedno z której, lewej czy prawej strony pochodzące, jest tylko zastępczą formą zaspokojenia kompleksu polskiej bierności.
Nie chcąc przyłączać się do tego jojczącego chóru, wskazuję na konkretny kierunek naprawy: więcej państwa, mniej partii. Wszystko jedno jakiej.
Henryk Rzewuski, jeden z bardziej inteligentnych, a także chyba najzłośliwszy z polskich pisarzy XIX stulecia, chwalił się, że ma niezawodny sposób poznania, kiedy Polak jest rozumny, a Rosjanin uczciwy. „Poznaję ich z wewnętrznej strony dłoni: obu im tam włosy rosną”. Dowcip bardzo niepoprawny politycznie. Ale jakże prawdziwy i aktualny! Rosjanie od wieków mają państwo zbójeckie, ale przynajmniej państwo z prawdziwego zdarzenia. Dlatego ono działa. My błądzimy z głowami w chmurach, tracimy energię na wzajemne kłótnie, tymczasem „rzecz wspólna” leży odłogiem. Od aforyzmu Rzewuskiego minęły dwa stulecia, mamy już własne, niepodległe państwo, ale w gruncie rzeczy algorytm pozostał ten sam. Zamiast więc kolejny raz biadolić na państwo z kartonu, spróbujmy wreszcie zrobić coś dla tego państwa pożytecznego. Razem.
Że niby co, że to utopia? Że nie leży to w naszym charakterze? W takim razie, Polacy, bawmy się dalej. Zobaczymy, czym to się skończy.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Zyskaj codzienny dostęp do wartościowych treści, które pomagają lepiej rozumieć świat, wiarę i współczesne wydarzenia — gdziekolwiek jesteś i kiedy tylko chcesz.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Wypróbuj bez ryzyka
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu i sprawdź wszystkie możliwości serwisu.
Po okresie próbnym subskrypcja kosztuje tylko 19,90 zł miesięcznie.
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.
Subskrypcja roczna

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.
Co otrzymujesz w subskrypcji?
- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów
- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym
- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej
- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online
- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży
- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF
Najlepsza cena
Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.
- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł
↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.















