Logo Przewdonik Katolicki

Bicz i włosiennica

Jacek Borkowicz
FOT. FRANCIS R. MALASIG/PAP-EPA

 Dla niektórych wręcz symbole chrześcijaństwa. Kościół uczy traktowania ich z rozeznaniem. Czy bicze i włosiennice jako narzędzia pokuty są jeszcze używane?

Cielesne umartwienia, szczególnie te bardziej ofensywne, mogą mieć błogosławione skutki, ale też – traktowane jako dobro samo w sobie – mogą prowadzić do grzechu. Wszystko zależy od szczerej intencji pokutnika.

Wór pokutny
Od samego początku swego istnienia chrześcijańska wspólnota znała instytucję penitentów, pokutujących publicznie za grzechy własne oraz innych. W okresach trudnych (wojny, zarazy) takie poczucie deklarowanej wszem wobec winy oraz zadośćuczynienia nieraz opanowywało całe środowiska – z czasem jednak ta fala intensywnej pokuty opadała. Stałe umartwienia ciała praktykowali niektórzy zakonnicy oraz święci. Materialnym znakiem tego rodzaju pokuty stała się włosiennica. Po łacinie zwie się ona „cilicium”, od Cylicji, krainy z której pochodził św. Paweł. Była to surowa w formie szata pasterska, wykonana z szorstkiej sierści kozy albo wielbłąda. Jej noszenie, szczególnie w upał, nie należało do przyjemności, dlatego też dość wcześnie, jeszcze przed Chrystusem, została uznana za dobre narzędzie odprawiania żalu za grzechy. Wspomina o niej Izajasz (Iz 50, 3), nazywając ją „worem”, gdyż „cilicium” rzeczywiście przypominało odwrócony worek z wyciętym otworem na głowę. W katolickim klasztorach włosiennicę noszono dosyć powszechnie, aż do reform II Soboru Watykańskiego. Ponieważ traktowano ją jako rodzaj osobistej bielizny, na którą nakładano habit albo sutannę, nikt – może poza najbliższym otoczeniem zakonnika – nie wiedział o jego umartwieniu. Gdy po zabójstwie św. Tomasza Becketta (1170) rozebrano zwłoki z pysznych, jedwabnych szat liturgicznych, świadkowie ze zdziwieniem spostrzegli na ciele prymasa Anglii prostą wełnianą włosiennicę.

Kolczuga i psalmy 
Taki rodzaj pokuty nie wszystkim wystarczał. W Kościele co jakiś czas pojawiali się ludzie, żądający mocnego, widzialnego znaku odrzucenia grzechu oraz wezwania do nawrócenia. W połowie XI w. w kamedulskim klasztorze Fonte Avellana (środkowe Włochy) osiadł pustelnik Dominik. Zwano go Loricatus, co w polskiej tradycji tłumaczy się jako „Opancerzony”. Nosił on bowiem na gołym ciele żelazną kolczugę (po łacinie „lorica”), taką samą, jaką wdziewali do boju średniowieczni rycerze. Dominik jednak kazał do każdego ogniwa doczepić stalowy cierń, który ranił ciało przy byle poruszeniu. Taką właśnie pokutę naznaczył sobie sam, dowiedziawszy się, iż jego ojciec przekupił biskupa, by on sam jeszcze jako dziecko mógł przyjąć święcenia kapłańskie. Przebywając z Fonte Avellana, Dominik zradykalizował się jeszcze bardziej. Opracował – na własnym ciele – program tak zwanej Stuletniej Pokuty. Polegała ona na odmawianiu całego Psałterza nieustannie przez sześć dni Wielkiego Tygodnia. W sumie cały psałterz należało odmówić 20 razy, co w sumie daje trzy tysiące psalmów. Już sama ta liczba budzi respekt, ale Dominik był jednak perfekcjonistą: przy każdym psalmie sto razy bił się rzemieniem po plecach. 300 tysięcy razów, wymierzonych samemu sobie w ciągu niecałego tygodnia: nawet jeżeli Dominik robił to przez 20 godzin na dobę (zakonnicy spali wtedy krótko), to i tak musiał się chłostać średnio 41 razy na minutę. Wykonawszy cały program, „zarabiał” sto lat odpuszczenia grzechów, które darował w intencji wybranej osoby.

Biczownicy wyklęci? 
Wkrótce Dominik znalazł naśladowców. Pierwsza zorganizowana grupa biczowników („flagellantes” od łacińskiego flagellum, czyli bicz) pojawiła się w Perugii, mieście leżącym na zachód od Fonte Avellana. Nowy ruch szerzył się z szybkością błyskawicy. Korowody zakapturzonych, ubranych na biało biczowników, chłoszczących się po plecach, wędrowały od miasta do miasta. Początkowo przyjmowano ich serdecznie, jak pobożną pielgrzymkę, wkrótce jednak miasta Lombardii zaczęły zamykać przed nimi swe bramy. Biczownicy przestali bowiem słuchać Kościoła, a ich religijny zapał szybko przemienił się w histerię. Chłoszczący się penitenci często grzeszyli pychą, uważając się za lepszych od innych chrześcijan. Niektórzy zaczęli nawet jawnie odrzucać sakramenty. W końcu papież Klemens VI potępił ich i uznał za heretyków (1261). Ruch biczowników nadal jednak trwał, a nawet przybierał na sile, szczególnie w czasach naturalnych klęsk, takich jak epidemia Czarnej Śmierci (1347–1349). W tym właśnie czasie kolumny chłoszczących się wędrowców dotarły w granice Polski. Skądinąd Czarna Śmierć, wyludniwszy prawie całą Europę, dziwnie ominęła nasz kraj. Może więc błagania biczowników jakoś pomogły? W późniejszych wiekach biczownicy wrócili pod pełną kontrolę Kościoła, który uznał ich praktyki, zakazując tylko zbytniej surowości oraz innych ekscesów. W Polsce zwano ich kapnikami, od kap (kaptur ze spadającą na ramiona osłoną), którymi nakrywali głowy. W każde większe święto, jak pisze ks. Jędrzej Kitowicz, kronikarz XVIII-wiecznej obyczajowości, kapnicy „zawinąwszy kaptura z pleców na ramię, biczowali gołe plecy dyscyplinami rzemiennymi albo nicianymi, w powrózki kręte splecionymi”. Kapnicy wymarli niedługo po upadku Rzeczypospolitej. Pozostało po nich niewiele pamiątek, jak choćby drewniany kościół w Baranowie koło wielkopolskiego Kępna, gdzie regularnie odprawiali swoje ceremonie.

Praktyka świętych 
Dziś publiczne samobiczowanie, traktowane jako wyraz religijności, wydaje się przeżytkiem. W większości krajów Europy obecne pokolenia nie mają już zrozumienia dla tego rodzaju praktyk. Wyjątek stanowi tutaj Hiszpania, która mimo znaczącej laicyzacji zachowała lokalne obrzędy z udziałem bractw biczowniczych. Procesje biczowników odbywają się też na Filipinach. Chłostanie własnych pleców, traktowane jako umartwienie, pozostało jednak indywidualną praktyką niektórych księży i zakonników. Dokonuje się ona dyskretnie i bez świadków, trudno więc powiedzieć, jak szeroki zasięg ma (lub miała do niedawna) taka forma pokuty. Zmarły siedem lat temu o. Joachim Badeni, relacjonując swój pobyt w jednym z klasztorów dominikańskich na terenie Anglii, wspomniał o podobnych praktykach pokutnych, panujących tam jeszcze w połowie ubiegłego stulecia. W ocenie o. Badeniego nie przynosiły mu one dobrego skutku: „Czułem się lepszy od innych, chociażby od pijaczyny, który mijał mnie na ulicy. A może pijaczyna miał straszną żonę, jeszcze gorszą teściową, nie wytrzymywał w domu, więc pił?”. To oczywiście indywidualna ocena, która nie powinna rzutować na wszystkie tego rodzaju przypadki. Umartwienia ciała poprzez nakładanie włosiennicy czy nawet chłostę to – potwierdzona zeznaniami samych zainteresowanych – praktyka niejednego ze współczesnych świętych, jak choćby siostry Faustyny. W 2009 r. media całego świata obiegła wiadomość o rzekomym stosowaniu pokutnej chłosty przez zmarłego cztery lata wcześniej Jana Pawła II. Wiadomość tę przekazała polska sercanka, siostra Tobiana Sobótka, która opiekowała się świętym papieżem, czuwając przy nim także w ostatnich godzinach jego życia. Kościół, jak dotąd, nie potwierdził oficjalnie tej nowiny.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki