Logo Przewdonik Katolicki

Nie chodzi o prężenie duchowych muskułów

ks. Jarosław Czyżewski
FOT. MICHAŁ DUDEK. Ks. Krzysztof Wons SDS.

O fenomenie licznego udziału w liturgii Środy Popielcowej i wielkopostnym nawróceniu z o. Krzysztofem Wonsem rozmawia ks. Jarosław Czyżewski

W Środę Popielcową nie ma obowiązku pójścia do kościoła – mimo to w kościołach są tłumy. Żartuje się czasem, że Popielec to „ósmy sakrament”. Jak rozumieć ten fenomen?
– Wśród wiernych można dziś zauważyć spore zapotrzebowanie na różne praktyki pobożnościowe czy nabożeństwa. Wyjaśnię to na przykładzie. Kiedyś byłem zaangażowany w prowadzenie rekolekcji i misji ludowych. Niezależnie od codziennych Mszy św. i nauk proponowałem dodatkowe nabożeństwa w kościele o godz. 21.00. Pamiętam pewnego sędziwego proboszcza, który spojrzał na mnie, wtedy młodego księdza, z politowaniem, dając do zrozumienia, że jestem trochę naiwny. Przekonywał, że ludzie nie przyjdą tak późnym wieczorem na modlitwę, tym bardziej że były to wioski. Okazało się jednak, że kościół pękał w szwach. Proponowałem nabożeństwa z wykorzystaniem prostych znaków, bliskich ludziom, czytelnych: modliliśmy się w półmroku przy zapalonych świecach, uczestnicy zapisywali na kartkach swoje intencje, które były czytane na głos; omadlaliśmy rodziny, sprawy, z którymi przychodzili, małżonkowie odnawiali swoje przyrzeczenia. Było wiele innych elementów, znaków wziętych z codziennego życia. Nie chodzi jednak o stwarzanie „nastroju”, ale o proste znaki, które pomagają wyrażać osobistą wiarę.
 
To znaczy, że sakramenty są za trudne, nie są „bliskie”?
– No właśnie, a przecież sakramenty wyrażają się przez proste znaki, wzięte z życia: słowo, chleb, woda, wino… Tymczasem wierni nie zawsze są przekonani do tego, że sakramenty mogą dodawać im sił na codzienne życie. Nie zawsze są też przygotowani do słuchania Ewangelii tak, aby poruszała ich serce. Wielu ludzi nigdy nie miało Biblii w ręku; nikt ich nie nauczył jej czytać. Tego typu proste znaki , o których wspominałem, przemawiają, bo mówią coś, co porusza serce. Popularność Popielca jest zachętą, byśmy do wiernych podchodzili nie tylko przez praktykę sakramentów, ale przez formację do sakramentów. A jest nią przybliżanie słowa Bożego i znaków liturgicznych językiem codzienności. Wtedy ludzie przekonują się, że liturgia dotyka ich życia, pytań, osobistego doświadczenia, potrzeb. I mogą spróbować wejść w kontakt z Bogiem, a z czasem coraz bardziej odkrywać Jego obecność w słowie Bożym i sakramentach.
 
Po co więc posypuje się głowy popiołem?
– Przypomina to, co mamy w sobie głęboko wpisane: że jesteśmy prochem. Mamy w sobie przeczucie przemijalności, zatem jest w nas potrzeba zatrzymania się w Popielec. Poza tym człowiek ma poczucie swojej biedy i grzechu. To powoduje, że tak wielu z nas jest tego dnia w kościele. Oczywiście wiele osób traktuje ten znak tylko jako powinność: „Kiedy jak kiedy, ale w Środę Popielcową powinienem pochylić głowę”.
 
I dla wielu osób wszystko zaczyna się i jednocześnie kończy w Środę Popielcową. Kolejny raz przyjdą do kościoła dopiero ze święconką.
– Ale popatrzmy na to od innej, pozytywnej strony: mamy tych ludzi w kościele. Oni wciąż sami przychodzą. Nie należy tego trywializować ani narzekać, ale z pokorą przyjąć. Dotyczy to zwłaszcza nas, duszpasterzy. Ludzie przychodzą do kościoła z jakiegoś powodu. Jest to w pewnej mierze powód religijny, a nie tylko zwyczaj, jak skłonni jesteśmy nieraz twierdzić. Jest jakieś religijne pociąganie. Kiedy ktoś zjawia się w kościele, nawet jeśli z mniej pogłębionych powodów, to jednak mówi: „Jestem!”. Co my, jako duszpasterze, w Środę Popielcową i w Wielką Sobotę z tymi ludźmi zrobimy? Potraktujemy te dni jako jednorazową akcję, czy też będziemy z mocą głosić słowo Boże? Czy przez znaki posypania głowy czy święcenia pokarmów poprowadzimy ludzi do spotkania ze słowem Bożym i do Eucharystii? To kapitalna okazja do ewangelizacji. Pewien ksiądz z parafii w Londynie opowiadał mi, że w Wielką Sobotę przewija się przez jego kościół masa ludzi, dlatego właśnie na ten dzień przygotowują pogłębioną ewangelizację. Środa Popielcowa, Wielka Sobota czy inne tego typu dni to szansa, by tych okazjonalnie przychodzących ludzi jednak spotkać z Bogiem. Oczywiście nie możemy za nich pić ze źródła: możemy ich tylko do niego podprowadzić.
 
A jeśli nie będą chcieli z niego pić?
– Po Światowych Dniach Młodzieży z Janem Pawłem II w Paryżu jeden z dziennikarzy spytał kard. Lustigera: „Co dalej? Odbyło się piękne spotkanie, przyjechała młodzież, ale się rozeszli, co z tego zostanie?”. A kardynał odpowiedział: „Wiem jedno: słowo Boże zostało zasiane w ich sercach”. Naszym zadaniem jest siać słowo Boże. Nie my wzbudzamy wiarę. Nikt z nas, największych retorów, najwspanialszych kaznodziejów nie ma w sobie mocy wzbudzania wiary. Tylko Duch Święty może ją wzbudzić. Wiara jest łaską. Natomiast z nas Bóg czyni przekazicieli. Dlatego muszę być transparentny, mam być pierwszym wierzącym w moc słowa. Wtedy może wiele się zadziać. Jeśli będąc przy ołtarzu wierzę, że słowo Boże ma moc sakramentalną, to znaczy, że sprawia to, co mówi; jeśli pierwszy z wiarą je wypowiem, to ono może łaską Boga obudzić wiarę w drugim człowieku. Może nie w tym momencie, może dopiero po wyjściu z kościoła, po roku albo jeszcze później, ale wierzę, że będzie ono docierało. Zatem pierwsze i najważniejsze jest, by w sercu wybrzmiało słowo Boga.
 
Czasem nie wybrzmiewa. Środa Popielcowa – i na tym koniec.
– Mam świadomość, że do kościoła przychodzą często ludzie zmęczeni codziennością, z głową pełną problemów i spraw, którymi będą się zajmowali zaraz po wyjściu z kościoła. Może ktoś jest tak zmęczony albo znużony, że tylko czeka, aż się skończy Msza. Ale musimy wierzyć, że niezależnie od całej ludzkiej biedy słowo Boże jest silniejsze. Może ktoś przychodzi tylko po „popiołek”, ale wyjdzie z zupełnie innym przeżyciem?
 
Jakim?
– Jeśli ktoś nie przeżyje wiary jako doświadczenia relacji z osobowym Bogiem, to niewiele zrozumie z chrześcijaństwa. Pamiętam jak pewien około 50-letni mężczyzna powiedział mi: „Pierwszy raz w życiu usłyszałem, że wiara to jest relacja; jest tym, co się wydarza między mną a Bogiem”. Jeśli będziemy spotykać ludzi jedynie z powinnością i zasadami – choć one oczywiście są ważne – to ludzie nie będą rozumieli wartości wiary, kojarzyć ją będą tylko z normami i ciężarami. Gdybyśmy ludzi wchodzących do kościoła spytali, dlaczego przychodzą na Mszę, otrzymalibyśmy różne odpowiedzi, wśród nich zapewne i te, że z obowiązku. Poczucie obowiązku jest dobre. Wielu spełnia praktyki religijne szczerze i z szacunkiem, ale nie zawsze przeżywają je jako osobiste spotkanie z Bogiem, dla którego są ukochanymi dziećmi. Pojawia się zatem pytanie, co zrobić, aby Kościół był miejscem takiego spotkania, a nie jedynie miejscem realizowania praktyk, wypełniania powinności. W Kościele chodzi ostatecznie o spotkanie z Tym, który jest źródłem życia.
 
Czyli o relację…
– Relacje motywują nas do życia. Jaka relacja taka motywacja! Jeśli odkryłem Boga, wszedłem z Nim w relację osobistą, to ona motywuje mnie do konkretnego działania – także do wysiłku duchowego, ascezy, postanowień. Wtedy znam sens tego wysiłku, bo wiem dla Kogo to wszystko, a nie „po co”.
 
Czyli dobrze przeżyjemy Wielki Post, jeśli nasze postanowienia nie będą tylko wypełnieniem obowiązku, ale przede wszystkim szukaniem pogłębienia relacji.
– Tak, bo najważniejsze to uświadomienie sobie celu postanowień, którym jest spotkanie z żywym Bogiem. To Bóg daje życie, a nie moja asceza. Ona jest niczym innym jak podejmowaniem wysiłku, by w swoim życiu robić miejsce łasce. Nie jest prężeniem muskułów z postawą: „Wezmę się i zrobię”. Wszelkie umartwienia tracą sens, kiedy są jedynie celem samym w sobie. Dlatego muszę odpowiedzieć sobie na pytanie: co mnie najbardziej blokuje w otwarciu na łaskę Boga, w relacji z Nim? Co mnie najbardziej oddala od Niego? Co jest moim największym nieuporządkowaniem, czyli takim, które jest „nie w porządku” wobec Boga i wprowadza w moim życiu bałagan? Właśnie to przywiązanie czynię miejscem ascetycznego ćwiczenia, by łaska mogła dotrzeć do mnie, do tych właśnie miejsc.
 
Dlatego w Środę Popielcową czytamy zawsze Ewangelię o poście, modlitwie i jałmużnie?
– One są sednem ascezy, bo budują relację z Bogiem. Post uświadamia mi moje granice. Kiedy zaczynam pościć, doświadczam mojej biedy, że czegoś nie mam, odczuwam głód. Post uświadamia mi, że nie we mnie jest źródło życia. Uczy pokory ciągłego zwracania się do Boga. Modlitwa uświadamia mi, że nie ja jestem w centrum, nie moje problemy. Kiedy się modlę, wyznaję, że w centrum jest Bóg. Staję przed Nim jak dziecko przed Ojcem. Stała modlitwa wychowuje mnie, by dawać Bogu centralne miejsce w moim życiu. On je będzie scalał. Z kolei jałmużna przypomina mi, że nie ja jestem dawcą życia. Wszystko jest darem od Niego. Kiedy więc daję jałmużnę, uświadamiam sobie, że sam żyję z Jego darów i przekazuję innym to, co otrzymuję. Dzielę się z innymi, wierząc, że nigdy nie zabraknie mi Jego darów.
 


Ks. Krzysztof Wons SDS
Salwatorianin, studiował teologię duchowości na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. Od ponad 20 lat jest dyrektorem Centrum Formacji Duchowej w Krakowie. Prowadzi też Szkołę Wychowawców Seminariów Duchownych. Redaktor naczelny „Zeszytów Formacji Duchowej”

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki