Logo Przewdonik Katolicki

Proszę o cierpliwość

ks. Dariusz Madejczyk
Fot.

Łatwo się rozmawia o Bogu z tymi, którzy są w wierze głęboko zanurzeni. Trudniej jest skonfrontować się z tymi, którzy poszukują - mówi MARCIN PROKOP, dziennikarz TVN i TVN Turbo, prowadzący m.in. Mam talent

Łatwo się rozmawia o Bogu z tymi, którzy są w wierze głęboko zanurzeni. Trudniej jest skonfrontować się z tymi, którzy poszukują - mówi MARCIN PROKOP, dziennikarz TVN i TVN Turbo, prowadzący m.in. „Mam talent”

 

Rozmawia ks. Dariusz Madejczyk


Od wielu miesięcy noszę w pamięci jedno zadanie: nie możemy się modlić w Kościele tylko z tymi, którzy potrafią się modlić. Powiedział to br. Alois z Taizé. Słuchając kiedyś Pańskiej refleksji nt. problemów i pytań związanych z wiarą, pomyślałem, że może w Wielkim Poście warto porozmawiać o wierze. I to nie tylko z tymi, którzy mają wszystko poukładane, ale także z tymi, którzy szukają i o tych poszukiwaniach mówią. Nie mam wątpliwości, że niektórzy Czytelnicy powiedzą: Jak to, „Przewodnik Katolicki” rozmawia z Prokopem…

- …tym bezbożnikiem.

 

To Pan powiedział. Myślę, że nie można mówić o „bez-bożności”, czyli życiu bez Boga tam, gdzie rozmowa o Bogu ma miejsce, a więc jest On jakoś obecny; choćby przez te pytania.

- Na pewno niektórzy mogą być zdziwieni tą rozmową i moją obecnością na łamach. Ale cieszę się, że zaproponowano mi to spotkanie, bo łatwo rozmawia się o Bogu i o wierze z tymi, którzy są w tym głęboko zanurzeni. To nie jest żadne wyzwanie. Trudniej jest skonfrontować się z tymi, którzy poszukują i wątpią.

 

Podobno to kazania, których Pan słuchał, wypchnęły Pana z Kościoła?

- Bywając w kościele, jako bardzo młody człowiek, miałem poczucie, że większość księży przemawia z ambony „na autopilocie”, jakby od lat chodziła wydeptanymi ścieżkami, nie starając się szczególnie dotrzeć do wiernych, bo i tak przyjdą co niedzielę. Nie czułem w tym emocji, świeżości, autentycznego zaangażowania, indywidualnego podejścia. Poza tym nie mogłem, i do dziś nie mogę, ścierpieć tej specyficznej, kwiecistej nowomowy kościelnej, którą posługują się liczni księża. Zamiast zestawu słów-wytrychów, wygłaszanych z ambony z charakterystyczną, kapłańską manierą, z tym przeciąganiem wersów, pauzowaniem i szeleszczeniem sutanną przy mikrofonie, oczekiwałbym większej bezpośredniości, takiego symbolicznego zejścia z ołtarza i wyjścia do ludzi.


Czy to tylko kwestia niewłaściwego, Pana zdaniem, sposobu komunikacji księży oddaliła Pana od Kościoła?

- Czułem się intelektualnie rozczarowany tym, co oferowały mi wizyty w kościele. Miałem poczucie, że księża przemawiający z ambony uśredniali swoją komunikację w dół, często popadając w banalne i infantylne tony właściwe dla dzieci oraz staruszków, ale kompletnie niezadowalające dla poszukujących, kontestujących, rozgrzanych rozmaitymi lekturami umysłów. Mam świadomość, że umiejętność takiego mówienia do wiernych, żeby każdy odnalazł coś dla siebie, żeby jeszcze długo po wyjściu z Mszy myślał o tym, co usłyszał, to wielka sztuka, ale dlaczego miałbym od mojego Kościoła mało wymagać? Zwłaszcza odkąd wiem, że to możliwe. Dzięki przyjaźni z Szymonem Hołownią poznałem licznych księży, którzy obalili wiele moich uprzedzeń, narosłych przez lata. Poczułem, że coś w tym Kościele się zmieniło, że może nie jest to już miejsce dla mnie obce.


Można jakoś określić ten etap życia?

- Nadal jest we mnie rozdarcie między tym, co dyktuje serce a tym, co podpowiada głowa. Z jednej strony chciałbym - tak bardzo emocjonalnie - żeby Bóg był obecny w moim życiu, żebym czuł z Nim autentyczną relację, tak jak każdy pragnie mieć obok kogoś, kogo może ze wzajemnością pokochać. Z drugiej strony rozum, arogancki ludzki racjonalizm, podpowiada mi, że może tam po drugiej stronie niczego nie ma, że wiara to jedynie iluzja tworzona jako obrona przed wszechogarniającą nicością? Im bardziej zbliżam się do jednego z tych biegunów, tym bardziej ciągnie mnie w kierunku przeciwnego. To obrazuje w jakiś sposób, że nie można sobie czegokolwiek nakazać - ani niewiary, ani wiary. Nie da się zostać ateistą na zawołanie ani uruchomić wiary tylko przez samo pragnienie. Nie pójdę śladami Pascala, na zimno kalkulując, że bardziej opłaca się wierzyć, niż nie wierzyć, bo zawsze jest szansa na jakąś nagrodę po śmierci. Ale wciąż czekam na łaskę autentycznej wiary z otwartymi ramionami, wciąż jej szukam.


Czyli jakaś bariera, która kiedyś zaistniała, została pokonana? Bo jednak trochę inaczej, niż dawniej spogląda Pan dziś na Kościół.

- Dziś spoglądam na Kościół bez reakcji alergicznej, którą kiedyś we mnie wywoływał. Wydawało mi się, że ma on tylko jedną, betonową twarz, niczym jakiś ponury urząd, i że nie ma w nim miejsca na żaden indywidualizm czy osobiste poszukiwania. Teraz wiem, że ta przestrzeń istnieje. Spotkałem w obrębie Kościoła wielu ludzi mówiących otwarcie o swoich wątpliwościach, mających nawet jakieś kryzysy wiary. Są wśród nich także księża. Właśnie w tym poszukiwaniu, a nie ślepej wierności dogmatom, odnajduję prawdziwy sens wiary. Widzę go w ciągłej drodze, nie w jednorazowym spotkaniu. Jak powiedział ceniony przeze mnie prof. Zbigniew Mikołejko, w wierze brakuje nam żarliwości zmagania się z Bogiem.


Czy czas Wielkiego Postu, który co roku się powtarza i mniej czy bardziej, ale jednak w mediach jest zauważany, zwłaszcza Środa Popielcowa, może być jakąś szansą dla kogoś, kto szuka, kto stawia sobie pytania o wiarę?

- Wielki Post jest mi bliski, ponieważ wierzę w oczyszczającą oraz uszlachetniającą moc ascezy, odmawiania sobie. Nasza cywilizacja nieustannie bombarduje nas bodźcami, zachęcającymi prawie wyłącznie do konsumowania. Wielki Post to taki moment, kiedy wypada powiedzieć: „stop, czy na pewno tego chcę?”. Tak jak samochód ma przegląd okresowy, tak i człowiek potrzebuje okresowego przeglądu samego siebie. W tym sensie Wielki Post to jest czas jakiegoś obrachunku, odkrywania, że są rzeczy, sprawy, nawet znajomości, z których można lub trzeba zrezygnować. To jest odkrywanie, że bez tych wielu spraw moje życie nie będzie uboższe, a nawet będzie duchowo bogatsze. To moje myślenie nie jest zakorzenione w Kościele, ale czuję, że jest to jedna z przestrzeni, gdzie razem z Kościołem nadajemy na jednej fali. Jedna z tych przestrzeni, które mnie do Kościoła bardzo zbliżają.


Ale są jednak i te przestrzenie, w których to porozumienie trudno jest odnaleźć?

- Jest ich wiele. Generalnie od Kościoła dzieli mnie stosunek do kwestii związanych z ciałem, z płciowością człowieka, z tolerancją odmienności. In vitro, antykoncepcja, współżycie przedmałżeńskie, rozwody, homoseksualizm i tak dalej. Oczekiwałbym, aby Kościół w tych sprawach wyszedł naprzeciw wątpliwościom swoich wiernych. Zwłaszcza że rozwój cywilizacyjny jest niezwykle szybki i pytań jest coraz więcej. Nie oczekuję jakiejś nagłej elastyczności, bo nie chodzi o to, by tworzyć supermarket idei...


No właśnie. Kościół przestanie być Kościołem, jeśli zacznie naciągać swoją naukę do oczekiwań ludzi, zamiast do tego, co mówi Pan Bóg.

- Nie chodzi o to, by Kościół powiedział wiernym: „róbta, co chceta i krzyżyk na drogę”, bo wtedy przestałby spełniać swoją rolę. Ale oczekiwałbym dialogu, wysłuchania, zrozumienia, spojrzenia z troską. Tak jak robi to wymagający, czasem nawet surowy, ale jednak kochający ojciec. Jedyną reakcją na potrzeby dorastającego dziecka nie może być zamknięcie w pokoju i powiedzenie: „my wiemy co dla ciebie dobre, więc nie wierzgaj, posiedzisz tam aż ci przejdzie”. W wychowaniu potrzebna jest empatia. W moim mniemaniu, taki sam obowiązek spoczywa zarówno na rodzicach, jak i duszpasterzach.


Rozumiem różne oczekiwania, często bardzo emocjonalne, mam jednak wrażenie, to jest też dość zasadniczy mankament mówienia o Kościele przez media. Poruszają się wyłącznie na poziomie nauczania Kościoła w kwestiach, które są szeroko dyskutowane: np. antykoncepcja, in vitro. W tym wszystkim brakuje natomiast wiary. Brakuje nawet słowa „wiara”. Jakby chodziło wyłącznie o jakąś koncepcję ogólnie pojętego dobrego życia. A zrozumienie wielu prawd przychodzi właśnie na drodze wiary. Ona musi poprzedzać ich akceptację. Ta akceptacja przychodzi poprzez wiarę.

- Zgoda. Zdaję sobie sprawę, że gdybym otrzymał łaskę wiary i stał się bardziej aktywnym członkiem kościelnej wspólnoty, zapewne wiele spraw widziałbym w innym świetle. Dlatego właśnie powracam do tej myśli, że potrzeba ze strony duszpasterzy więcej empatii. Trzeba wprowadzać ludzi w ten wymagający świat wiary stopniowo, na miarę ich możliwości. Wydaje mi się, że trzeba powoli odkrywać przed nimi oblicze Kościoła kochającego i w imię tej miłości wymagającego. Powtórzę, że nie chodzi o zmienianie reguł, ale o umiejętności, które określiłbym jako negocjacyjne. To nie może być ekskluzywny klub. Kościół musi szukać, być w dialogu z człowiekiem. Myślę, że taką postawę wymagającego, ale rozmawiającego ojca miał Jana Paweł II.

 

Czasami mam wrażenie, że ludzie, którzy mówią, że szukają albo czekają na łaskę wiary, w gruncie rzeczy, może nawet podświadomie, mówią sobie: jest mi tak dobrze. Oczekiwanie na łaskę wiary może być całkiem wygodną pozycję, którą zajęło się w życiu, bo niczego od nas nie wymaga. Siedzę sobie i czekam
- Nie. Życie pozbawione ram, ograniczeń i wymagań wcale nie jest łatwe, bo oznacza pogrążenie się w chaosie, który nie służy człowiekowi. Ale aby podołać wysiłkowi, jaki nakłada życie zgodne z nauką Kościoła, niezbędne jest autentyczne poczucie obecności Boga. Bez tego Kościół przypominałby grono udręczonych masochistów, bezrefleksyjnie poddających się surowym rygorom. Otwarcie się na te reguły, ich akceptacja, musi dokonać się w imię wiary. Gdy ta łaska wiary nadchodzi i człowiek spotyka Boga, to jest gotów na zmiany i na rezygnację z wielu rzeczy, które dotąd wydawały mu się ważne. To tak, jak z kompromisem w związku między kobietą i mężczyzną, który dokonuje się w imię miłości. Ja na ten moment czekam i szukam go. Nie tylko w murach kościoła.


Czego Pan, czy w ogóle człowiek poszukujący, najbardziej oczekiwałby od Kościoła?
- Cierpliwości. Ludzie tacy jak ja, niepokorni z natury, z trudem znoszą postawę, w której ktoś przychodzi i - cytując Szymona Hołownię - mówi: „Mam monopol na zbawienie. Mam mało czasu i musisz się szybko zdecydować, bo zaraz idę dalej”. Takie pryncypialne podejście, w którym brakuje pochylenia się nad człowiekiem, jest trudne do przyjęcia i odpychające.

 

Na koniec pytanie, którego nie mogę chyba pominąć. Zażartował Pan kiedyś na antenie w sposób, który dotknął ludzi wierzących. Ale już następnego dnia przeprosił Pan za to.

- Osoby publiczne mają trudności z przyznawaniem się do błędu. Niektórzy moje przeprosiny uznali za objaw słabości - jak powiedziałeś A, to powiedz teraz B. Uważam, że można się pomylić. Program na żywo ma swoje prawa, czasami już po chwili dochodzimy do przekonania, że coś było niestosowne. Słowa wyprzedzają czasem myśl. Zrozumiałem, że moja wypowiedź mogła kogoś dotknąć i stąd słowo „przepraszam”.

 

 

 

 

 

 

 


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki