Konieczność bycia sobą

Z Tomaszem Samołykiem o dzieleniu się niedoskonałościami zamiast pouczania, docieraniu do ludzi spoza Kościoła i różnorodności katolickich twórców internetowych
Czyta się kilka minut
fot. Manu Vega/Getty Images
fot. Manu Vega/Getty Images

W swojej twórczości internetowej podejmujesz całe spektrum tematów politycznych, społecznych i psychologicznych, nierzadko wypowiadając się kontrowersyjnie. Dlaczego mimo to wciąż w sposób jawny mówisz o swojej wierze w Boga i przynależności do Kościoła?
– Jestem obecny w internecie od około dziesięciu lat, a moja twórczość jest filmowym zapisem mojej osobistej drogi. Początkowo poruszałem wyłącznie tematy polityczne. Pamiętam moment, w którym po raz pierwszy zapragnąłem pokazać na kanale Pismo Święte. To był również pierwszy raz, gdy odpowiedziałem na szept miłości Boga do mnie. Dla wielu osób było to rozczarowaniem. Postanowiłem jednak, że nie będę wierny cudzym oczekiwaniom, lecz sobie samemu i swojej tożsamości, którą odnajduję w Chrystusie. Jestem w Kościele katolickim, a więcej: jestem Kościołem – komórką w Ciele Chrystusa. Chrystus i Kościół to jedno. Gdybym traktował Kościół jedynie jako instytucję złożoną z biskupów, swego rodzaju partię, już dawno bym od niego odszedł. W takim ujęciu nie widzę żadnego sensu, by w nim trwać. Na tym poziomie Kościół bywa bowiem nieustannie rozczarowujący – jego „partyjni członkowie” popełniają błędy, prowadzą podwójne życie, dopuszczają się dramatycznych nadużyć, krzywdzą innych i niszczą zaufanie. Nie chciałbym mieć z tym nic wspólnego. Ale ja patrzę na Kościół inaczej – jako na mój tlen, jako na Ciało Chrystusa, Źródło mojego życia. Bliskie jest mi też podejście, które można by nazwać „ewangelizacją słabości”. Polega ono na dzieleniu się swoimi zmaganiami i niedoskonałościami, zamiast pouczania innych. Nigdy nie będę wzorem do naśladowania – jestem człowiekiem, który popełnia błędy, upada, ulega emocjom, a potem – niestety tylko czasem – przyznaje się do tego. I to mnie pociąga u innych: księży czy świeckich, którzy opowiadają o Bogu w świetle swojego kruchego życia.

Nie odczuwasz presji związanej z tym, że mówisz o swoim byciu częścią Kościoła? Czy ta identyfikacja nie sprawia, że granice wyznaczone Twojej internetowej działalności są wyraźniej zarysowane i w pewnych miejscach nieprzekraczalne?
– Kiedyś rzeczywiście tak do tego podchodziłem i myślę, że stąd bierze się wiele nieporozumień. Część ludzi oczekuje ode mnie, żebym był kimś w rodzaju biskupa, czyli kogoś, kto ma nauczać i tłumaczyć prawdy wiary. Ja jednak nie pretenduję do takiej roli. Może kiedyś miałem takie ambicje, ale od wielu lat już nie. Nie jestem kimś, kto tłumaczy innym, jak żyć według wiary. Jestem raczej zwykłym człowiekiem: wątpiącym, poszukującym, popełniającym błędy, złoszczącym się na rzeczywistość, czasem sfrustrowanym, a czasem pogodzonym. Chcę być autentyczny. Kiedyś postanowiłem, że chcę zerwać z tą fasadą nieautentyczności bycia przed samym sobą i przed Bogiem. Wybrałem sobie taki sposób funkcjonowania w internecie. Jeśli kogoś to inspiruje – wspaniale. Jeśli kogoś to oburza – tym lepiej, bo dla mnie oburzenie i wątpienie, prowadzące do pewnego kryzysu, są czymś dobrym. „Nie pozwól, aby dobry kryzys się zmarnował” – mówił Churchill. Oczywiście, że wiele razy ulegałem mojemu ego i występowałem w tonie nauczyciela „ex cathedra”. Z drugiej strony, unikałem mówienia wprost, gdy wymagała tego sytuacja. A trzeba przecież jasno nazywać rzeczy po imieniu: np. powiedzieć, że aborcja jest zabójstwem albo że istnieją dwie płcie. To nie jest kwestia pychy, ale mówienia prawdy.

A jednak pod Twoimi filmami pojawiają się komentarze, że w sposób niewłaściwy interpretujesz nauczanie Kościoła czy zbyt dużo mówisz o swoich wątpliwościach.
– Jest na świecie wielu „mesjaszy”, a ja słucham tylko tego prawdziwego: Chrystusa. Moim ukochanym patronem jest św. Tomasz Apostoł. Patrząc na jego drogę, widzę, jak wielką – w oczach wielu – „nieodpowiedzialnością” wykazał się wobec wspólnoty, kiedy zwątpił w Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu. Przecież tylu katolików czytało w Ewangelii, że ten, który był obok Jezusa przez lata, nie uwierzył i zażądał, by włożyć palec w Jego bok. Dla niektórych to oburzające, może nawet szokujące: jak on mógł? Dużo łatwiej byłoby, gdyby swoje wątpliwości zatrzymał dla siebie, powiedział je tylko w ciszy – przed sobą, przed Bogiem, w „swoim pokoju”. A jednak Tomasz powiedział to głośno, we wspólnocie. Nie zachował się „poprawnie”, „porządnie”, tylko prawdziwie i autentycznie. I właśnie to mnie pociąga. Kiedy ludzie oburzają się na moje emocje, frustracje czy wątpliwości, rozumiem ich, ale nie zamierzam zbaczać z tej drogi. Powtórzę: nie jestem nauczycielem wiary. Jestem człowiekiem: mężem, twórcą, piłkarzem, zwykłym facetem, który chce być prawdziwy. Moim pragnieniem nigdy nie było przekonywanie przekonanych. Nie interesuje mnie mówienie wyłącznie do katolików: „dobrze wierzycie, trwajcie tak dalej, oto, dlaczego warto”. Od początku zależało mi na tym, by docierać do ludzi spoza Kościoła. I widzę w tym owoce: spowiedzi po 20 latach, zwrócenia się ku Miłości, albo częste: „nie wierzę w Boga, ale lubię go słuchać, bo zadaje te same pytania co ja, wkurza się na te same rzeczy, a jednocześnie mówi, że jest katolikiem, że żyje sakramentami i kocha Kościół”. To pokazuje, że można być chrześcijaninem nie hiperpoprawnym, nie sztucznie wygładzonym, nie fundamentalistą bez refleksji, który tłumi swoje wątpliwości i emocje. Można być w Kościele, blisko Boga, i jednocześnie być sobą. Wręcz nie ma innej drogi! Od początku towarzyszyło mi pragnienie, by mówić o Bogu tym, którzy wcale nie żyją w świecie „kościelnym”. Fascynowali mnie ludzie z innych środowisk – bywalcy koncertów postpunkowych, wystaw w galeriach skandalizującej sztuki, różnych dziwnych światów, które zawsze mnie pociągały. I to właśnie im chcę opowiadać o Bogu – najpierw w prosty sposób, a dziś coraz bardziej po prostu sobą, żyjąc autentycznie i zapraszając, by razem iść tą drogą. Chciałbym też podkreślić, że nie jestem „wolnym strzelcem”. Mam kontakt z wieloma księżmi, którzy do mnie piszą i wspierają, dziękują za to, co robię, a nawet wspominają moje treści w kazaniach czy katechezach. Dlatego nie jest prawdą, że w Kościele księża stoją wobec mnie w opozycji. Wręcz przeciwnie – zapraszają mnie do wspólnot, życzą mi dobrze. Kościół jest różnorodny, a ja jestem jego częścią.

Obserwując działalność katolickich twórców w internecie, można odnieść wrażenie, że funkcjonują oni w zamkniętych, często wykluczających się bańkach informacyjnych, a nawet kontestują nawzajem swoją pracę, niekiedy uciekając się do hejtu. Czy taka polaryzacja nie pogłębia negatywnego obrazu Kościoła, zwłaszcza w oczach osób niewierzących?
– Kiedyś byłem przekonany, że inni twórcy katoliccy, którzy działają inaczej niż ja, są niepotrzebni. Myślałem, że najlepiej byłoby, gdyby ich kanały zniknęły, a odbiorcy przyszli do mnie – i wtedy Kościół zostałby „uzdrowiony”. Dziś myślę inaczej. Kościół nauczył mnie, że każdy twórca jest skarbem, nawet jeśli popełnia błędy czy głosi treści, z którymi się nie zgadzam. Ma bowiem coś, czego ja nie mam, i tym może prowadzić innych do Boga. Nie oznacza to oczywiście, że krytyka nie jest potrzebna. Wiele treści „okołokatolickich”, także tworzonych przez księży, jest w moim przekonaniu szkodliwych np. poprzez wybielanie krzywdzicieli czy utrzymywanie wiernych w lęku i niewoli. Jeśli ktoś – jak niektórzy księża – zamiata trudne sprawy pod dywan, rozmywa odpowiedzialność albo milczy wobec skrzywdzonych, trzeba to nazwać po imieniu. Nieraz pojawia się wtedy u mnie gniew czy ostra polemika – i to też jest potrzebne. Sam korzystam tylko z nielicznych treści, które naprawdę mnie karmią. Najczęściej są to niszowe kanały, jak Ośrodek Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu, Fundacja Theosis czy kazania Tomasza Biłki, Tomasza Grabowskiego czy ks. Waldemara Grzyba. To ich treści ze mną rezonują i wierzę, że prowadzą mnie do Miłości.

---

TOMASZ SAMOŁYK
Youtuber, influencer, twórca materiałów wideo o kulturze, sztuce, Kościele i sprawach społecznych
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł
Weronika Frąckiewicz
frackiewicz@swietywojciech.pl

Artykuł pochodzi z numeru 38/2025