Poród to…

„Gdy śliczna Panna syna kołysała”– śpiewałam swojemu nowonarodzonemu synkowi 19 lat temu. Ani nie byłam panną, ani nie czułam się śliczna miesiąc po porodzie, ale zaczynały się święta, kolędy były wszechobecne, a synek ciągle płakał, więc non stop go kołysałam.
Czyta się kilka minut
FOT. UNSPLASH
FOT. UNSPLASH

Już chyba zawsze, gdy tylko usłyszę tę kolędę, będą mi się przypominać te noce i plamy po ulanym mleku. No i bliskość, bardzo inny rodzaj bliskości, jakiej już pewnie nigdy więcej nie doświadczę, ale jestem szczęśliwa, że dane mi było ją poczuć. O Maryi często myślałam w kontekście porodu. Bo jak rodziła, to ktoś jej pomagał? Czy była całkiem sama, kiedy odeszły jej wody? Czy Józef jej asystował?
Gdy kobiety zaczynają opowiadać o porodzie, wydaje się, że biorą udział w jakimś misterium. Początkowo, dawno temu, słuchanie o tym, jak moja mama urodziła moją siostrę, a potem mnie, było trudne, bo ta historia nie była historią piękną, tylko dramatyczną. Dominowały uczucia samotności i strachu. Dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne, ale dziecko odbierano matce zaraz po traumatycznym porodzie i przynoszono co kilka godzin do karmienia niezależnie od tego, czy spało, czy płakało. Matka nie miała nawet szansy odwinąć noworodka z bawełnianego kokona. Wtedy uczono, że nie należy przywiązywać wielkiej wagi do indywidualnych potrzeb dziecka. Karmienie na żądanie? Absurd! Leżenie w jednym łóżku? Gdzie tam! Przytulanie jako lekarstwo na płacz? Złe nawyki! Jestem więc dzieckiem z zimnego chowu, jak większość mojego pokolenia.
Kiedy dzieci rodziła moja starsza siostra, towarzyszyła jej samotność, bo mąż mógł co najwyżej stać pod szpitalnym oknem i rozmawiać z nią przez pożyczoną od kolegi krótkofalówkę. Kiedy rodziłam ja, rozpoczęła się właśnie akcja „Rodzić po ludzku”, dzięki której przede wszystkim nie czułam się już samotna, bo był ze mną mąż, gotowy w każdej chwili stanąć w mojej obronie.
Minęło dwadzieścia lat i ze zdumieniem czytam, że ta akcja wciąż trwa i wciąż jest w związku z nią co robić! Bo jak to? Nadal są szpitale, w którym nie kładą nowo narodzonego dziecka matce na brzuchu? Nie pozwalają jej spędzić najbliższych godzin z dzieckiem przy piersi? A przedtem każą jej rodzić na wznak, chociaż wolałaby w bardziej naturalnej pozycji? Nacinają taśmowo? Instruują w sprawie parcia?
Jak daleko odeszliśmy od porodu, jaki miała Maryja, jak bardzo dałyśmy się zmedykalizować, jak nas nauczono słuchać poleceń lekarzy, a nie natury podczas tego najbardziej naturalnego i najpiękniejszego doświadczenia. A tymczasem proszę wpisać w Google’a frazę „poród to…”. Oto co się pojawia: koszmar, upokorzenie, rzeźnia, horror. Czy naprawdę tak musi być?
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 51-52/2018