Oda do radości

To nie są jakieś tam dyskretne zaproszenia do radości, to są mocne wezwania: wyśpiewuj, podnieś radosny okrzyk, ciesz się, wesel z całego serca, raduj się zawsze w Panu.
Czyta się kilka minut
FOT. UNSPLASH
FOT. UNSPLASH

Tak, tu nie chodzi o jakąś taką radość dyskretną, subtelną, ukrytą, wewnętrzną, a w zasadzie o taki katolicki pogodny smuteczek. To ma być gejzer radości. A podstawowym powodem do radości ma być fakt, że Pan jest pośród nas i nic nam nie grozi.
Skąd zatem nasze opory w radowaniu się, że tak powiem „pełną gębą”? Może boimy się, że jednak zapeszymy? Studenci boją się ucieszyć zaliczeniem, bo przecież przyjdą kolejne egzaminy i można zapeszyć, zatem lepiej z powagą i dystansem podejść do sukcesów. Mąż obawia się rozradować swoją żoną, bo a nuż za tydzień straci zapał do działań gastronomicznych, albo przestanie się dobrze ubierać. Lepiej zatem podejść do życia z chłodnym dystansem.
Tak na dobrą sprawę obawa, że zapeszymy jest zupełnie irracjonalna. Przecież to, co sobie pomyślę nie ma żadnego wpływu na rzeczywistość, za to buduje moje samopoczucie, a to już owszem udziela się innym. Proponuję zatem, aby na sporej kartce dużymi literami napisać: „Mogę cieszyć się życiem i nie muszę czuć się winnym!” i na czas, jaki pozostał do świąt, powiesić sobie nad łóżkiem.
A z czego tu się tak cieszyć? Przecież wystarczy się tylko rozejrzeć dookoła: chmury goniące po niebie, piękny zachód słońca, mróz szczypiący w policzki, sąsiadka, która zawsze się odkłania i mówi coś miłego, pierwsze ozdoby świąteczne mieniące się wszystkimi kolorami, perspektywa nadchodzących świąt. I tak mógłbym wymieniać bez końca. „Ale...” – zawsze będzie jakieś „ale...”. Tyle że dzisiejsze czytania nie o „ale...” tylko o radości. Pan jest z nami i w zasadzie to już powinno nam wystarczyć.
A jak już wspomniałem, chodzi o radość „pełną gębą”. Okazywaną bez wahania i bez skrupułów. Kiedyś słyszałem, jak jedna ze studentek po przyjeździe do domu przy przywitaniu z własną matką wypaliła: „O mamo, gdybyś kiedyś ucieszyła się na mój przyjazd jak ten pies”. A ten faktycznie szalał z radości. Zatem uczmy się od zwierząt.
 
Ks. Mirosław Maliński

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 50/2018