Logo Przewdonik Katolicki

Eko-Armagedon AD 2018

Monika Białkowska
FOT. TANMOY BHADURI/NUR-PHOTO-GETTY IMAGES

Tak wygląda życie. Ta jego smutniejsza, ale prawdziwa strona: mały koniec świata, który dzieje się tu i teraz.

Dramaty ekologiczne rozgrywają się w różnych miejscach Ziemi, niekoniecznie daleko od nas. We wszystkich cierpią ludzie, których świat się kończy.

Gdańsk tonie
Spieszmy się oglądać Gdańsk: nasze wnuki będą ostatnim pokoleniem, które go zobaczą. Potem zatonie, jak mityczna Atlantyda. Pod wodą zniknie też cała Ustka, Darłowo i Mielno, a plaża rozciągać się będzie na północnej granicy Koszalina. Nadmorskimi kurortami staną się też Malbork, Elbląg i Tczew. To nie jest wymysł szalonego scenarzysty. Tak według raportu NASA wyglądać będzie Polska za 80 lat, jeśli nie powstrzymamy trwającego już zjawiska, a woda w oceanach podniesie się o prognozowane dwa centymetry.
Polska nie jest krajem, który ucierpi najbardziej. Wyspy Fidżi, Cooka i Salomona – te miejsca znikają już teraz. Nowa Zelandia przyjmuje uciekinierów z Tuvalu w Zachodniej Polinezji. Prawdopodobnie cała populacja tego kraju znajdzie się na emigracji. Na wyspie Vanuatu i wyspach należących do Papui-Nowej Gwinei mieszkańcy przenoszeni są wyżej w góry. Państwo Kiribati kupiło grunty Fidżi, żeby mieć ziemie uprawne, planuje kupić kolejne, by mieć dokąd ewakuować ludzi – tych, którzy na swojej ziemi mieszkają nieprzerwanie od czasów starożytnych Egipcjan. Wszędzie tam ludzie mają mniej czasu niż w Polsce: zanim wyspy zostaną zalane, życie na nich uniemożliwi zasolenie wody pitnej.
 
Góry lodowe się kruszą
Mała sielska wieś nad morzem. Kilkanaście metrów od brzegu płynie olbrzymia góra lodowa, wznosząca się nad niską zabudową jak Pałac Kultury. Lekko kołysze się na wodzie, a u jej szczytu widać wyraźne pęknięcie – duży fragment odłamie się lada dzień. Kiedy spadnie do wody, wywoła olbrzymią falę. Fala zatopi wieś. Ludzie patrzą na nią każdego dnia i są bezradni. Tak wygląda codzienne życie na Grenlandii.
W 2017 r. w wybrzeże Grenlandii uderzyła fala tsunami, wywołana takim właśnie osuwiskiem. Liczyła prawie 100 metrów i uderzyła w wieś.
Kolejna góra zagraża duńskiej miejscowości Innaarsuit na Grenlandii. Ma 300 metrów wysokości, waży około 10 mln ton i dryfuje niebezpiecznie blisko brzegu.
Osuwiska na Grenlandii to skutek ocieplenia klimatu. Wytopienie zmarzliny sprawia, że masywy górskie stają się mniej stabilne, a kiedy pada deszcz, na dodatkowym „poślizgu” jadą jak po autostradzie w dół, prosto do wody. Erozja wybrzeży z każdym kolejnym sztormem zagraża życiu mieszkańców Alaski, Arktyki Kanadyjskiej czy Grenlandii. Ewakuacje są dziś dla nich chlebem powszednim.
 
 
Woda jest gęsta
Plaża? Piasek, ewentualnie kamienie plus woda, która delikatnie opływa ciało. Kiedy się na nią patrzy, po horyzont widać łagodny ruch fal. Nie na Dominikanie. Tam, w Santo Domingo, na bajkowych Karaibach, plaża wygląda inaczej. Woda aż po horyzont zasłana jest plastikowymi śmieciami, które kołyszą się, tworząc gęstą zawiesinę. Pięciuset wolontariuszy fundacji Parley, która zaangażowała się w oczyszczanie oceanu, w ciągu trzech dni wyłowiło z wody 30 ton śmieci. Według ogólnych szacunków w oceanach pływa co najmniej 5 trylionów plastikowych odpadków, ważących łącznie ponad 250 tys. ton.
Rzeka Citarum w Indonezji jest uważana za najbrudniejszą na świecie: w wielu miejscach wody w ogóle nie widać. Citarum zanieczyszcza przede wszystkim przemysł tekstylny, w tym fabryka należąca do marki GAP. W utrzymaniu czystości nie pomaga również gęste zaludnienie: w pobliżu rzeki mieszka blisko 25 mln ludzi. Ekskrementy, codziennie śmieci, odpady produkcyjne, chemikalia, stare meble, martwe zwierzęta – to wszystko spokojnie płynie sobie rzeką. Jej brzegi do niczego się nie nadają. Smród wyczuwalny jest z dużej odległości. Opary szkodzą zdrowiu ludzi. Tymczasem ludzie w tej wodzie piorą. Na tej wodzie przygotowują sobie posiłki. Tą wodą podlewają domowe ogródki, z których plony później jedzą.
Jakiś czas temu ruszył program rewitalizacji rzeki, który kosztować ma około 4 mln dolarów i doprowadzić ma ją jeśli nie do czystości, to przynajmniej do stanu używalności. W programie tym uwzględniono również edukację mieszkańców i kontrolę zakładów przemysłowych. To być może jedno z niewielu miejsc w ekosystemie, gdzie człowiek jeszcze dostał szansę, by coś zrobić.
 
Pszczoły umierają
Podobno jeśli zabraknie pszczół, ludzkość wyginie w ciągu czterech lat. Czarny scenariusz świata bez pszczół spełnia się już w Chinach. W powiecie Hanyuan w górach Syczuanu pszczół nie ma od lat 80. XX wieku. Region słynął z produkcji doskonałych gruszek, które od blisko 40 lat zapylane są… ręcznie przez ludzi.
Najpierw na bambusowym kiju osadzić trzeba kurze pióra, montując specjalny pędzel. Potem zebrać i wysuszyć pyłek z męskich kwiatów gruszy. W końcu wspiąć się po drabinie na wysoką na około 4 metry gruszę, żeby pędzelkiem wprowadzić go do żeńskich kwiatów – kwiatek po kwiatku.
Naukowcy nie wykluczają, że wkrótce nie tylko Chińczycy sięgnąć będą musieli po pędzelki, żeby zapewnić sobie przetrwanie. Są jednak kwiaty, których ręcznie zapylać się nie da, bo są dla człowieka zbyt małe. Również praca ludzka jest dziś bardzo droga, więc przejście wyłącznie na taką formę rozmnażania roślin jest niemożliwe: wiosną nie robilibyśmy nic innego, tylko zapylali kolejne kwiaty…
W Polsce w tej chwili żyje około 890 tys. pszczelich rodzin – według szacunku Tadeusza Sabata, prezydenta Polskiego Związku Pszczelarskiego, powinno ich być dwa miliony.
Podejrzane o zabijanie pszczół są pestycydy, które je dezorientują i uniemożliwiają powrót do ula. W podobny sposób dziać może również promieniowanie, związane z telefonią komórkową.
 
Powietrze jest z plastiku
Największe wysypisko złomu w Afryce Zachodniej znajduje się w Ghanie, w jednej z dzielnic Akry. Dzielnica ta, choć oficjalnie nosi nazwę Agbogbloshie, potocznie nazywana jest „Toxic City” – tu bowiem trafia zużyty sprzęt elektroniczny z USA i Europy. Wszystko dlatego, że produkowany jest tak, by zamiast go naprawiać, Europejczykom i Amerykanom bardziej opłacało się kupić nowy. Stary sprzęt jednak nie znika.
Nad „Toxic City” unosi się stale czarny dym z ognisk. To właśnie do ognisk mieszkańcy wrzucają stare sprzęty, rozbijając je najpierw na mniejsze części i czekając, aż plastik się wypali, a pozostaną tylko cenne, metalowe elementy: jakiś magnes, kawałek platyny czy miedzi. Dla wielu ludzi ich sprzedaż jest jedynym źródłem dochodu, nie zwracają więc uwagi ani na mechaniczne zranienia, ale nawet na toksyczne opary plastiku, które wdychają niemal bez przerwy.
Do „Toxic City” trafia co miesiąc 500 kontenerów śmieci z państw, które teoretycznie wydają ogromne pieniądze na ekologię: z USA, Niemiec, Szwecji czy Finlandii. Tam recycling jest niezwykle kosztowny, a w Afryce stanowi doskonały biznes.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki