Logo Przewdonik Katolicki

Niski lot

Piotr Wójcik
fot. Leszek Szymański PAP

Skala naginania przepisów przez zarząd LOT-u jest wręcz niewyobrażalna. Akcja protestacyjna pracowników tej państwowej spółki spotkała się ze zdumiewającymi szykanami.

Jeszcze niedawno LOT był jednym z najczęściej przywoływanych przykładów tego, jak dobrze się mają spółki Skarbu Państwa pod rządami obecnej koalicji. Spółka notowała dobre wyniki finansowe, a także otwierała nowe połączenia, chociażby do Azji.
W tym roku mogliśmy się jednak przekonać, jakim kosztem zostały te niezłe wyniki uzyskane. Okazało się, że dobra forma przedsiębiorstwa niekoniecznie musi oznaczać, że równie dobrze czują się zatrudnieni w nim pracownicy. Warunki pracy oraz zasady wynagradzania pracowników LOT dalekie są od standardów, jakie powinny panować w firmie, która chce uchodzić za perłę w koronie 40-milionowego państwa w środku Europy. Co gorsza, zachowanie zarządu podczas akcji protestacyjnej urąga wszelkim zasadom, z przepisami prawa włącznie. Zarząd spółki chwytał się wszelkich kruczków prawnych, byle tylko zdusić protest pracowników w zarodku, a gdy ten mimo wszystko się rozpoczął, zaczęto wręcz szykanować protestujących. A wszystko przy milczącej postawie rządu, który sprawuje nadzór właścicielski nad spółką.
 
Piloci na samozatrudnieniu
Żeby dotrzeć do źródła obecnego sporu w spółce LOT, musimy się cofnąć do 2013 r. To wtedy zarząd kierowany jeszcze przez prezesa Sebastiana Mikosza jednostronnie wypowiedział podpisany zaledwie trzy lata wcześniej regulamin wynagradzania. Uczynił to bez zgody związków zawodowych, zastępując go własnymi wytycznymi, które ukształtowały nowe zasady płac. Miało to być rozwiązanie jedynie przejściowe, na czas kryzysu w spółce, która przechodziła pod rządami Mikosza restrukturyzację.
Był to okres rzeczywiście niezwykle trudny dla LOT-u, mówiło się nawet o jego prywatyzacji. Nowe zasady wynagradzania były oczywiście niekorzystne dla pracowników. Stracili oni dodatki do pensji zasadniczej wynikające chociażby ze stażu pracy. Według nowych zasad do niskiego uposażenia zasadniczego, wynoszącego około 3 tys. zł brutto dla stewardesy, doliczano tylko uposażenie za godziny spędzone w powietrzu. Tak więc w przypadku zwolnienia chorobowego uposażenie drastycznie spadało. Co gorsza, wynagrodzenie dotyczyło tylko i wyłącznie godzin podczas lotu, tymczasem personel pokładowy jest w pracy także w czasie przygotowania do lotu czy podczas postojów. W efekcie wynagrodzenie wielu pracowników spadło nawet o jedną trzecią.
Co ciekawe, w 2016 r. sąd wydał prawomocne orzeczenie, według którego jednostronne wypowiedzenie regulaminu wynagradzania było bezprawne. LOT mimo to nie przywrócił starych zasad wynagradzania – uznał, że wyrok dotyczy tylko kilku osób, które poszły ze sprawą do sądu. Reszta pracowników nadal otrzymywała pensje według nowych reguł.
Od czasu restrukturyzacji spółka zaczęła również w inny sposób zatrudniać nowych pracowników. Utworzyła ona spółkę-córkę LOT Crew, która podpisywała kontrakty z nowymi pracownikami jako… przedsiębiorcami. Obecny prezes Rafał Milczarski ładnie nazywa to modelem B2B (business to business), w praktyce to stare niedobre wysyłanie ludzi na samozatrudnienie. Od tamtego czasu nowych pracowników zatrudnia się przede wszystkim w ten sposób.
Pilot otwiera więc działalność gospodarczą i podpisuje z LOT-em umowę na świadczenie usług. Jednak jest to zwykła fikcja, gdyż jego relacje ze spółką niczym nie różnią się od zwykłej relacji pracowniczej: lata według rozpiski lotów tworzonej przez LOT, na jego maszynach, a w okresie umowy nie może podjąć współpracy z żadnym innym przewoźnikiem. Trudno więc uznać go za przedsiębiorcę. Spółka na tym korzysta wielowymiarowo – nie musi mu płacić podczas zwolnienia chorobowego ani urlopu. Także rozliczanie się ze skarbówką oraz ZUS jest po stronie samozatrudnionego personelu, bo na samozatrudnieniu pracują nie tylko piloci.
 
Zakładowy ping-pong
Nic więc dziwnego, że sytuacja w spółce stawała się coraz bardziej napięta. Dwa czołowe związki zawodowe działające w LOT – Związek Zawodowy Personelu Pokładowego i Lotniczego oraz Związek Zawodowy Pilotów – zaczęły się domagać cywilizowanych standardów zatrudnienia, tym bardziej że sytuacja firmy się poprawiła, a rozwiązania wprowadzone przez zarząd prezesa Mikosza miały być przecież tylko tymczasowe. Oba związki zażądały więc przywrócenia zasad wynagradzania zawartych w regulaminie podpisanym w 2010 r. oraz rezygnacji z samozatrudnienia na rzecz tradycyjnych etatów. Nowy prezes nie chciał jednak o tym słyszeć: wychwalał samozatrudnienie, jako nowoczesną formę współpracy. Rozmowy w pewnym momencie doszły do ściany i oba związki nie miały innego wyjścia niż rozpoczęcie przygotowań do akcji protestacyjnej. I dopiero wtedy wyszła prawdziwa „kreatywność” nowego zarządu spółki.
Od 21 marca do 21 kwietnia tego roku odbyło się referendum strajkowe. Aż 91 proc. głosujących opowiedziało się za rozpoczęciem akcji protestacyjnej. Zarząd spółki uznał jednak je za nielegalne, gdyż poparły go jedynie 2 z 6 organizacji związkowych działających w firmie. Jednak te dwa związki to zdecydowanie największe organizacje związkowe, zrzeszające około 800 pracowników (pozostałe ledwie kilkudziesięciu). Związki zapowiedziały rozpoczęcie strajku 1 maja, jednak spółka skierowała sprawę do sądu wraz z wnioskiem o zabezpieczenie powództwa, co wstrzymało strajk. Spółka zwolniła również szefową związku personelu lotniczego Monikę Żelazik, choć zwolnienie związkowca jest nielegalne – uczyniła to więc w trybie dyscyplinarnym. W lipcu sąd prawomocnie uchylił zabezpieczenie powództwa, więc związki zapowiedziały strajk na wrzesień. Ale spółka również tę decyzję związków podała do sądu wraz z zabezpieczeniem powództwa. Decyzja w tej sprawie ma zapaść w listopadzie.
W międzyczasie do sprawy włączyła się Państwowa Inspekcja Pracy. Uznała zwolnienie szefowej związków za złamanie ustawy o związkach zawodowych, nakazała przywrócenie jej do pracy oraz nałożyła mandat na spółkę. Ta jednak decyzji nie wykonała, gdyż się od niej odwołała. Dodatkowo PIP skierowała do sądu wniosek o ukaranie spółki-córki LOT Crew za prowadzenie… nielegalnego pośrednictwa pracy.
 
Rachunek za strajkowanie
Związkowcy nie zamierzali już czekać na kolejny werdykt sądu i 18 października rozpoczęli strajk. Do swoich postulatów dołożyli oczywiście przywrócenie do pracy Moniki Żelazik. Zarząd spółki uznał akcję za nielegalną i rozpoczął zwalnianie protestujących. Do momentu pisania tych słów zwolniono 67 protestujących. Zwolniono ich zresztą podstępem, zwabiając na rzekome negocjacje, podczas których poinformowano ich o wypowiedzeniach. Tymi zwolnieniami również ma się zająć PIP.
Z powodu protestu zaczęto odwoływać pierwsze loty. W związku z tym wysłano do trzech pracowników, z powodu których odwołano loty, pisma przedprocesowe wzywające do zapłaty po kilkaset tysięcy złotych każdy, tytułem strat, jakie poniosła spółka z powodu odwołania kursów. Prezes Milczarski, twardo stojąc przy swoim, łaskawie zapowiedział, że przywróci do pracy zwolnionych, jeśli przyznają, że protest jest nielegalny.
Skala naginania przepisów w państwowej spółce jest wręcz niewyobrażalna. Nielegalne wypowiadanie regulaminu wynagradzania, nielegalne zwalnianie związkowców, szykanowanie protestujących za pomocą wezwań do zapłaty czy stosowanie kruczków prawnych, by odwlec protest, to działania zupełnie nieprzystające do europejskich standardów.
Tymczasem na uniknięcie akcji protestacyjnej było mnóstwo czasu – referendum strajkowe zaczęło się przecież w marcu. Jeśli prezes Milczarski nie straci pracy, będzie to ogromna rysa na obecnym rządzie, który miał wszystkie narzędzia, by przywrócić sytuację w spółce do stanu normalności.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Natka
    04.11.2018 r., godz. 18:46

    Jak to, to pasażerowie powierzają swoje życie jakiemuś przedsiębiorcy?
    Zawsze byłam przekonana, że piloci są zatrudnieni przez linię lotniczą, od której w razie wypadku otrzymam odszkodowanie. A tutaj, jak od tzw. gołodupca coś uzyskać?

  • awatar
    No name
    04.11.2018 r., godz. 16:49

    Dodam tylko, że nielegalność procederu o nazwie B2B ma odzwierciedlenie nie tylko w art.22 Kodeksu Pracy, ale też w Ustawie Prawo Lotnicze oraz Dyrektywie 2000/79 WE wprowadzonej w życie tą właśnie Ustawą.
    Jeśli jednak jakimś cudem takie bycie przedsiębiorcą na pokładzie samolotu byłoby legalne, to na mocy art.160 Prawa Lotniczego wszyscy na samozatrudnieniu muszą posiadać certyfikat ULC - do tej pory NIKT z samozatrudnionych ŻADNEGO certyfikatu nie posiada !!!!

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki