Logo Przewdonik Katolicki

Dobra rada dla dobra dziecka

Magdalena Guziak-Nowak
ILUSTRACJA AGNIESZKA SOZAŃSKA

Mogą być bezproduktywnym tworem tylko na papierze lub przestrzenią, w której zatroszczymy się o realne dobro naszych dzieci – zarówno na poziomie idei, jak i w konkretach.

Pierwsze wrześniowe zebranie i znów ten niewygodny temat: trójki klasowe. Uciążliwy i dla rodziców, którzy zwykle nie mają ochoty się angażować, i dla wychowawców klas, którzy zadając pytanie: „Kto chętny?”, dostają w odpowiedzi trzydzieści par oczu wpatrzonych w podłogę.
 
Po co to komu?
Rodzicielska niechęć do kandydowania do rady rodziców ma zwykle trzy źródła. Po pierwsze – brak kontaktu z dyrektorem placówki, po drugie – wcześniejsze doświadczenia na zasadzie „głową muru nie przebijesz”, kiedy to inicjatywy rodziców postrzegane przez dyrekcję jako zło konieczne, nie miały szans na realizację, oraz po trzecie – brak wiedzy w zakresie możliwości i praw, jakie przysługują rodzicom działającym na rzecz szkoły. – Rodzice obawiają się tego, co nieznane. Wystarczy rozmowa, spotkanie z rodzicami ze starszych klas, określenie kalendarza spotkań i przede wszystkim życzliwa atmosfera ze strony dyrekcji szkoły, która ma niebagatelny wpływ na nastawienie rodziców do współdziałania – przekonuje Michał Stolarek, dyrektor Szkoły Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi nr 15 w Krakowie. – Często rodzic zauważa w szkole to, czego my, nauczyciele, nie widzimy na co dzień. Jego świeże, kreatywne spojrzenie może być drogowskazem do zmiany. Nikt z nas nie lubi wykonywać czynności pozornych, udawanych i jeśli tylko pokażemy rodzicom ich realny wpływ na jakość pracy szkoły, to myślę, że chętnych może być aż nadto – dodaje.
 
Wypiski z ustawy
Formalnie działanie rady rodziców wynika z ustawy Prawo oświatowe. Jej skład i kompetencje określają artykuły 83 i 84. I tak do rady należy po jednym przedstawicielu trójek klasowych. – Powinna ona przypominać dobrze rozumiejący się zespół z liderem, który zintegruje pozostałych rodziców. Są więc potrzebni ludzie kreatywni, pomysłowi, otwarci, z talentami organizacyjnymi i księgowymi. Mile widziani autentyczni przywódcy – zapewnia Michał Stolarek.
Rada rodziców uchwala regulamin swojej działalności, w którym określa m.in. wewnętrzną strukturę i tryb pracy. Do jej kompetencji należy przede wszystkim uchwalanie w porozumieniu z radą pedagogiczną programu wychowawczo-profilaktycznego szkoły lub placówki, opiniowanie programu i harmonogramu poprawy efektywności kształcenia lub wychowania oraz opiniowanie projektu planu finansowego składanego przez dyrektora szkoły. W celu wspierania działalności szkoły może gromadzić fundusze z dobrowolnych (!) składek rodziców i innych źródeł. Może też występować do dyrekcji oraz organu prowadzącego placówkę (najczęściej samorządu) z przeróżnymi wnioskami, choć nie jest „nieformalną dyrekcją” ani „drugą radą pedagogiczną”.
Co to wszystko oznacza w praktyce? Że rada rodziców wypowiada się na temat mundurków i szafek na książki (zakupić czy nie?), ale też zabiera głos w sprawie planu zajęć, liczby zadań domowych i sprawdzianów. Może sugerować zmianę wizerunku szkoły pod kątem estetyki lub poprawki na stronie internetowej placówki oraz organizować dni otwarte dla przyszłych uczniów i ich rodziców. Za zebrane pieniądze może kupić stos pączków na Dzień Nauczyciela albo zaprenumerować do szkolnej biblioteki wartościowe czasopisma i dla młodzieży, i dla nauczycieli. Może też wnioskować o nagrodę dla wyróżniającego się pedagoga, a tych, z którymi współpraca układa się nie najlepiej, mobilizować do większego zaangażowania. Wreszcie to rada rodziców opiniuje program wychowawczo-profilaktyczny. Ów program nie jest tylko kolejnym świstkiem do podpisu, ale zasadniczo kreuje „ducha” szkoły, czyli mówiąc wprost, otwiera lub zamyka furtkę np. dla ideologii gender.
– Warunkiem udanej współpracy dyrekcji z radą rodziców jest świadome zdefiniowanie potrzeb i celów oraz określenie zadań i zasobów (np. finansowych i czasowych). Jednak przede wszystkim najistotniejsza jest umiejętność słuchania siebie nawzajem i zaufanie. Jeśli rodzice czują, że dyrektorowi zależy na rozwoju szkoły i dobrej współpracy, to współdziałanie jest już tylko przyjemnością – przekonuje dyrektor Michał Stolarek.
Tylko co wtedy, kiedy rada rodziców zamiast być polem współpracy dla szeroko rozumianego dobra dziecka, staje się zmarnowaną okazją do zrobienia czegoś konstruktywnego albo miejscem potencjalnych nadużyć?
 
Złe praktyki
– W ciągu 28 lat pracy w szkole widziałam wiele niewłaściwych postaw – mówi polonistka z wrocławskiego gimnazjum. – Opowiem, ale proszę o anonimowość, bo z powodu moich poglądów i tak jestem już na cenzurowanym, a chciałabym doczekać do emerytury… – tłumaczy. Jej zdaniem winę za wypaczenia w funkcjonowaniu rad rodziców ponoszą i rodzice, i nauczyciele. – Bywa, że ci pierwsi pchają się do rady, aby podlizywać się gronu pedagogicznemu. Nie mam nic przeciwko pozyskiwaniu dla szkoły pomocy naukowych, ale jeśli drogi sprzęt jest kupowany nie z funduszy rady rodziców, ale z prywatnej kieszeni jej członka, to budzi to mój sprzeciw. Wówczas rada rodziców staje się polem, na którym rodzice chcą wytargować lepsze traktowanie lub wprost pobłażanie dla swojego dziecka – mówi nauczycielka. Takie sytuacje dzieją się, oczywiście, za aprobatą dyrekcji. Tak jak ryba psuje się od głowy, tak cała szkoła (w tym rada rodziców) psuje się od szefostwa placówki.
– Nie lubię mówić źle o swoim środowisku i wiem, że każde uogólnienie jest krzywdzące. Ale sama będąc wychowawczynią, otrzymałam od pani dyrektor polecenie służbowe, aby znanej z dociekliwości mamie nie proponować kandydowania do trójki klasowej – opowiada polonistka. – Innym razem dyrektorka zgodziła się na wpuszczenie do szkoły pani reklamującej tampony. Pomijając fakt, że młode dziewczyny w ogóle nie powinny ich stosować, to pani nagadała przy okazji głupot, które potem trudno było odkręcić. Oczywiście, nikt nie ma prawa wejść na lekcję bez zgody rodziców, którzy o każdym spotkaniu z osobą z zewnątrz powinni być poinformowani. W praktyce wygląda to różnie. Zdarza się, że zewnętrzni edukatorzy dogadują się z dyrektorem, nauczycieli zachęcają do pozostania w pokojach nauczycielskich, mówiąc: „Pani sobie odpocznie, to już szósta lekcja, ja się zajmę klasą…”, a ci na to przystają. Rozumiem zmęczenie moich koleżanek i kolegów, ale to niedopuszczalne, by pić kawę i poprawiać zeszyty, podczas gdy uczniowie są de facto bez opieki. Co usłyszą, czego się dowiedzą? Tym powinien interesować się każdy rodzic, ale przede wszystkim rada rodziców – przekonuje nauczycielka.
 
Wspólne spojrzenie na wartości
Trudności zauważa także Agnieszka Jackowska z Warszawy, mama sześciu córek, filozof i pedagog. Pojawiają się zarówno na linii rada rodziców–szkoła a także rada rodziców–pozostali rodzice, gdy np. najzamożniejsi proponują trudne do finansowego udźwignięcia atrakcje i wycieczki. – Chciałabym, aby rady reprezentowały m.in. środowisko osób wielodzietnych, ale przez 20 lat praktycznego stykania się z edukacją obserwuję, że współczesnym rodzicom naprawdę brakuje czasu. Jesteśmy przepracowani, przemęczeni i czasem sama myśl o dodatkowym zaangażowaniu sprawia, że robi nam się słabo. Z drugiej strony widzę ogromną potrzebę angażowania się w środowiska, w których przebywają nasze dzieci. To my znamy je najlepiej, to my wiemy, jakie mamy priorytety w wychowaniu – mówi Agnieszka Jackowska. Rada rodziców jest dla niej kanałem, przez który wyraża swoją opinię z nadzieją, że zostanie usłyszana. – To też miejsce, w którym mogę zaproponować zorganizowanie wartościowych zajęć pozalekcyjnych lub zakwestionować te, które przemycają obce mi wartości. Mądry rodzic szuka, drąży. Nie zachęcam do tego, by kwestionować wszystkie pomysły dyrekcji, krytykując je z góry na dół, ale żeby stosować zasadę ograniczonego zaufania – dodaje. Szczególnie w dużych miastach, gdzie jest tzw. dobra oferta edukacyjna: uczniowie wygrywają konkursy, dobrze zdają egzaminy, dostają się do najlepszych szkół i na studia. – Właśnie tam panuje moda na lewicowe podejście do spraw wychowania – ocenia Agnieszka Jackowska. – Tymczasem we wszystkich dokumentach oświatowych czytamy, że szkoła nie może narzucać obcego nam światopoglądu, ale ma być instytucją pomocniczą w stosunku do rodziny. Rada rodziców może to wyegzekwować – przekonuje mama.
 
My i… my
Do wymienionych już zalet rodzicielskiej aktywności dodajmy jeszcze jedną, być może kluczową. – Współpraca dyrekcji z radą rodziców jest dla uczniów dowodem na to, że dorośli ludzie potrafią się zorganizować i dogadać – mówi Michał Stolarek. – Nasze sensowne współdziałanie to komunikat, że w szkole jesteśmy razem, że nie ma podziału na „my” i „oni” – dodaje.
 
 
RAMKA
A może rada szkoły?
Oprócz rady rodziców w szkole może działać także rada szkoły, o której czytamy w ustawie o systemie oświaty. Składa się ona z minimum sześciu członków – po dwóch przedstawicieli uczniów, nauczycieli i rodziców. Rada szkoły ściśle współpracuje z dyrektorem, pełniąc funkcję opiniodawczą i kontrolną. Co ciekawe, ustawa określa kadencyjność członków rady. Kadencja trwa trzy lata – ustawodawca uznał, że taki czas „urzędowania” jest niezbędny, aby zapewnić radzie ciągłość i zachęcić jej członków do bardziej do działań długofalowych niż ad hoc (co roku można zmienić w drodze wyborów jedną trzecią składu rady). Powstanie rady szkoły organizuje dyrektor szkoły z własnej inicjatywy albo na wniosek rady rodziców, a w przypadku szkół ponadpodstawowych także na wniosek samorządu uczniowskiego.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki