Logo Przewdonik Katolicki

Między wątpliwościami a zwątpieniem

Ks. prof. Henryk Seweryniak, dr Monika Białkowska
FOT. ROBERT WOŹNIAK, AGNIESZKA ROBAKOWSKA/PK

Ks. Henryk Seweryniak: Pamiętasz naszą rozmowę o nadziei i rozpaczy? Pewien moralista powiedział mi, że zbyt łatwo zgodziłem na takie proste ustawienie wątpienia i odejście od rozumienia rozpaczy jako grzechu. Profesor Olejnik, znany polski moralista pisał, że „dobrowolne zwątpienie we własne zbawienie – czyli rozpacz – jest najcięższym grzechem przeciwko cnocie nadziei (…). Człowiek poddaje się tu dobrowolnie przekonaniu o rzekomej niemożliwości osiągnięcia zbawienia, odwraca się od dążenia do niego”.

Monika Białkowska: Już wtedy miałam wrażenie, że nieco pobłądziliśmy na poziomie pojęć. „Rozpacz” w języku teologicznym i w języku potocznym znaczy jednak coś innego. W teologii rzeczywiście dotyczy kwestii zbawienia, a nie życiowych cierpień. My natomiast zatrzymaliśmy się na rozpaczy egzystencjalnej, nie teologicznej. A tę – nadal się będę upierać! – za grzech trudno jest uznać.
 
H.S.: Też chciałbym uszanować ludzi, pogrążonych w ludzkiej rozpaczy, na przykład po stracie bliskich osób. Ich cierpienia często nie można nazwać słowem mniejszym niż „rozpacz”. Ale może w takim razie powinniśmy przywrócić znaczenie słowu „zwątpienie”? Przy czym owo „zwątpienie” to nie jest to samo, co „wątpliwości”? A słowo „rozpacz” zarezerwować dla sfery egzystencjalnej, do ludzkiego cierpienia, które wydaje się bez wyjścia?
 
M.B.: Jakoś to czuję, ale chyba trzeba uporządkować, czym różni się zwątpienie od wątpliwości. Tym bardziej że trochę się one czasem łączą. O. Jacek Salij pisał, że kiedy człowiek ma trudności w wierze, wątpliwości dotyczące konkretnych prawd, to ma również odruch, żeby je w sobie zagłuszać, nie zauważać. Takie zagłuszone wątpliwości mogą doprowadzić do ostatecznego zwątpienia.
 
H.S.: A pamiętasz Jacka z naszego seminarium naukowego? Jacek fajnie o tym pisał: że trzeba umieć spoglądać w oczy swoim wątpliwościom. I przypominał słowa Lwa Tołstoja, który uważał, że jeśli wydaje ci się, że przestałeś wierzyć w Boga, to znaczy, że wierzyłeś źle. Jeśli kiedyś tam człowiek przestawał wierzyć w swojego boga, którego posąg wystrugał z drewna, to nie znaczy, że Boga nie ma, lecz tylko to, że nie jest On z drewna. Ważne jest wiedzieć, że wątpliwości w wierze są czymś naturalnym. Zwłaszcza u ludzi, którzy stają przed trudnymi wyborami współczesności.
 
M.B.: Trzeba też wyraźnie odróżnić wątpliwości od zwątpienia. Zwątpienie nie dotyczy przyjęcia jednej czy drugiej prawdy wiary, której nie umiem zrozumieć, która jakoś nie mieści mi się w głowie. Ono dotyczy samego Boga, Jego istnienia i tego, czy jest między Nim a mną jakaś relacja.
 
H.S.: Są ludzie, którzy mocno to przeżywają. Przychodzą do księdza, chcą porozmawiać. A ksiądz im wtedy mówi: „Dam ci książkę, to sobie poczytasz”. Oni tymczasem chcą, żeby ten konkretny ksiądz pokazał im, jak on w to wierzy. Ale trzeba też pamiętać o innym niebezpieczeństwie wątpliwości. Bp Robert Emmet Barron pisze, że żyjemy w czasach, kiedy romantyzuje się wątpliwości i poszukiwania.
 
M.B.: Jakby znalezienie nie było konieczne i nie było celem?
 
H.S.: Jakby sam proces szukania był ważniejszy, a znalezienie odpowiedzi nie było radością, nie było ważne. A przecież takie autentyczne szukanie może prowadzić do pogłębienia wiary!
 
M.B.: Jeśli ktoś szczerze szuka odpowiedzi, to zawsze urośnie. Jeśli nie w wierze, to przynajmniej intelektualnie. Ale ja bardziej niż romantyzowania poszukiwań boję się ich absolutyzowania. Tego, że ludzie wątpliwościami nazywają wszystko, czego nie rozumieją – nawet, jeśli nie spróbowali znaleźć odpowiedzi. To takie częste narzekanie, że Kościół nie rozumie, że nie idzie z duchem czasu, że księża się nie znają. A kto próbuje doczytać i dowiedzieć się, dlaczego Kościół zaczął tak i tak uczyć? Dlaczego tak uparcie się czegoś trzyma? To wymaga wysiłku poszukiwania. Łatwiej jest przyjąć najprostszą (i często fałszywą) wykładnię, skrytykować ją i nazwać to „wątpliwościami w wierze”. Jeśli mówić w tym kontekście o grzechu, to byłby to grzech zaniedbania, kiedy nie szukam wyjaśnienia wątpliwości, które się we mnie pojawiają.
 
H.S.: A nie powinniśmy tu jeszcze odróżnić krytykowania prawd od krytykowania praktyk? Zobacz, co się dzieje wokół zbierania tacy na pogrzebach czy ślubach. Ludzie czasem chcą dać większą intencję, żeby tylko nikt z koszykiem po kościele nie biegał!
 
M.B.: Cóż. To rzeczywiście kiepsko wygląda, jak ktoś zapłakanej wdowie podtyka koszyk pod nos. Ostatnie, o czym ona myśli przed wyjściem do kościoła, to żeby włożyć do kieszeni te pięć złotych. Przynajmniej pierwsze rzędy bym na takich uroczystościach jednak omijała. Nie zmienia to faktu, że taca również nie jest tylko praktyką, ale kryje się za nią teologia, której nikt dziś nie rozumie i nie tłumaczy! I że nie jest to napiwek dla księdza, ale gest liturgiczny i symbol wzięcia odpowiedzialności za wspólnotę. Ksiądz zresztą nie może, nie ma prawa przeznaczyć tych pieniędzy na nic innego, jak tylko na potrzeby tej wspólnoty.
 
H.S.: Ja z wątpliwościami wiążę jeszcze jeden problem – ludzi, którzy te wątpliwości w innych zasiewają. Zdarza się to niektórym nowym ruchom religijnym, które przychodzą do wierzących i przekonują, żeby zdjęli ze ściany krzyż czy obrazy, że ich chrzest jest nieważny (co nigdy nie jest prawdą, już w starożytności uważano, że chrzest z wody i w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego ważny jest zawsze, nawet jeśli udzielony został w sekcie!). Ludzie bombardowani takimi wątpliwościami czasem wstępują do takiego ruchu, a czasem po prostu odchodzą ze wspólnoty wiary, nie szukają… Może potrzebne są jakieś katechetyczne kazania, przypominanie o podstawowych prawdach wiary?
 
M.B.: A wie Ksiądz, jakie to jest trudne w gazecie? To nie jest łatwe, zwłaszcza w teologii, powiedzieć coś na tyle odkrywczo i mocno, żeby przebiło się w publicznym dyskursie – ale żeby jednocześnie nie stało się źródłem zgorszenia dla tych, którzy mają mniejszą wiedzę i są podatni na zgorszenia… Takiego zasiewania wątpliwości czasem się boję.
 
H.S.: A zwątpienie? Bo o nim mówiliśmy najmniej… To, które dotyczy zbawienia? Takie poczucie własnej bezradności, uznanie, że nie mogę być zbawiony, że niebo nade mną jest puste albo Bóg – jeśli jest – w ogóle się mną nie interesuje?
 
M.B.: To jest rzecz, która rozgrywa się głęboko w sercu człowieka, gdzieś nawet poza intelektem. Ale o tym wiemy jeszcze mniej niż o miłości, więc pewnie nic już nie możemy powiedzieć.
 
H.S.: I tym trzeba będzie spuentować.
 



Ks. prof. Henryk Seweryniak prof. dr hab. teologii fundamentalnej, przewodniczący Stowarzyszenia Teologów Fundamentalnych w Polsce.
Dr Monika Białkowska doktor teologii fundamentalnej, dziennikarka „Przewodnika Katolickiego”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki