Logo Przewdonik Katolicki

Szczepionkowy węzeł gordyjski

Joanna M. Kociszewska
ILUSTRACJA AGNIESZKA SOZAŃSKA

Tylko dzięki konsekwentnemu budowaniu wzajemnego zaufania będzie można przekroczyć opór wobec szczepień. To lepsza droga niż sankcje. Zwłaszcza teraz, gdy w Sejmie jest już obywatelski projekt ustawy znoszący obowiązek szczepienia.

W lipcu wpłynął do Sejmu „Obywatelski projekt ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi”. Jego podstawowym założeniem jest zniesienie obowiązku szczepień ochronnych na rzecz ich dobrowolności. Pozostawia on przy tym – co należy zaznaczyć – możliwość obowiązkowych szczepień, tzw. interwencyjnych, w przypadku zagrożenia epidemiologicznego. Projekt, pod którym podpisało się ponad 120 tys. osób, na początku sierpnia został skierowany do oceny pod względem prawnym i do konsultacji, m.in. w środowisku medycznym.
W toku konsultacji publicznych znajduje się również rządowy projekt nowelizacji tej samej ustawy, który obowiązku szczepień ochronnych nie znosi, natomiast część kwestii rozwiązuje (m.in. tworzy fundusz odszkodowawczy, co zapewne po części jest reakcją na orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, dotyczące prawa do odszkodowania w przypadku wystąpienia powikłań poszczepiennych).
Należy z tego wnioskować, że polskie prawo dotyczące postępowania w chorobach zakaźnych wymaga przejrzenia. Jakie rozwiązania będą optymalne?
 
Po co się szczepić?
Wprowadzenie obowiązkowych szczepień ochronnych dzieci, bo o nich przede wszystkim mówimy, wynika z kilku przesłanek. Pierwszą i podstawową jest zabezpieczenie dziecka przed zachorowaniem na chorobę, która mogłaby poważnie zagrozić jego życiu lub zdrowiu, teraz lub w przyszłości. Drugą: zabezpieczenie populacji, w szczególności tych osób, których zaszczepić nie można, np. z powodu trwałych zaburzeń odporności czy prowadzonego leczenia onkologicznego, a dla których zachorowanie stanowiłoby duże zagrożenie.
Mówimy tu o chorobach o dużej zakaźności, w których nierzadko możliwość zarażania otoczenia wyprzedza pojawienie się wyraźnych objawów. Unikanie kontaktu z zakażonymi dziećmi jest w tej sytuacji praktycznie niemożliwe. Za najlepszą formę ochrony uważa się zatem wyeliminowanie wirusa. Można to osiągnąć za pomocą szczepień, ale tylko wtedy, gdy zaszczepiona zostanie cała (lub niemal cała) populacja. Jeśli liczba osób nieszczepionych będzie rosła, choroby, których dziś nie spotykamy, mogą powrócić z nową siłą.
W Polsce obowiązkowe szczepienia ochronne stosuje się w zapobieganiu jedenastu chorobom: wirusowemu zapaleniu wątroby (WZW) typu B, gruźlicy, błonicy, krztuścowi i tężcowi, chorobie Heinego-Medina (polio), zakażeniom pneumokokowym i pałeczką hemofilną typu B (Hib) oraz odrze, śwince i różyczce. Wczesne szczepienie przeciw WZW typu B ma na celu przede wszystkim ochronę przed zakażeniem okołoporodowym, ale zakłada się utrzymywanie odporności w ciągu całego życia. Szczepienie przeciwgruźlicze, podawane zwykle w pierwszej dobie po urodzeniu, ma zapobiegać rozwojowi najcięższych postaci choroby, na które szczególnie narażone jest małe dziecko. Błonica, krztusiec, zakażenia pneumokokowe i Hib to choroby bardzo zakaźne, szerzące się drogą kropelkową, które w przypadku małego dziecka mogą doprowadzić do jego śmierci.
Polio, a więc i jego powikłania w Polsce dziś niemal nie występują. Do ich wyeliminowania przyczyniły się właśnie szczepienia. Warto jednak, myśląc o polio, mieć w pamięci przykład Janiny Ochojskiej, której problemy z poruszaniem są spowodowane tą właśnie chorobą. Zachorowała jako ośmiomiesięczne dziecko. Przeżyła, ale spędziła w szpitalach pierwsze dziewięć lat życia.
Wskutek odmów szczepień wzrasta już liczba zachorowań na odrę. Przed 1975 r., w okresach epidemii, rocznie umierało na nią około 300 dzieci. Tak, to ułamek procenta spośród tych, które zachorowały. Ale czy warto ryzykować, że dzieci znów zaczną umierać?
Nasze doświadczenia z chorobami wieku dziecięcego zwykle nie są dramatyczne. Istotnie: u większości osób, które zachorują na odrę, świnkę czy nawet wspomniane wyżej polio, przebieg choroby będzie dość łagodny. Poważne powikłania, śmierć lub trwałe kalectwo to ułamek procenta przypadków. Pytanie, czy warto się na nie narażać? I czy wolno narażać na nie innych?
Warto jeszcze wspomnieć o różyczce. Najważniejszą przesłanką do szczepień jest ryzyko, jakie dla rozwoju dziecka w okresie płodowym stwarza zakażenie ciężarnej. Różyczka wrodzona to wady serca, układu nerwowego, wzroku, słuchu, aparatu ruchu; to także znacznie wzrastające ryzyko wczesnego poronienia. Czy gdyby chodziło o dziecko w najbliższej rodzinie lub u przyjaciół, chciałabym narażać je na ryzyko?
 
Wolność decyzji
W uzasadnieniu dołączonym do złożonego projektu napisano: „W demokratycznym państwie prawa obywatel powinien mieć możliwość wyboru, czy zamierza podjąć ryzyko szczepienia ochronnego, któremu mogą towarzyszyć niepożądane odczyny poszczepienne, czy też to ryzyko chce wyeliminować”. Znamienne, że wnioskodawcy za groźniejsze uważają powikłania poszczepienne, niż ryzyko związane z chorobą. Być może jest to także paradoksalny skutek szczepień. Zachorowań jest niewiele, powikłań z nimi związanych nie widujemy – można za to namacalnie zetknąć się z powikłaniami poszczepiennymi.
Wracając jednak do meritum: istotnie, człowiek ma prawo podjąć decyzję, czy woli ryzyko związane z chorobą czy leczeniem. Pod jednym warunkiem: że decyduje o swoim i tylko o swoim życiu i zdrowiu. Mam prawo zdecydować, że nie będę się szczepić, ale pod warunkiem, że nie stanę się w wyniku braku szczepienia zagrożeniem dla innych.
Tu dodatkowo mamy do czynienia z dzieckiem, w którego imieniu decyzję podejmują rodzice. Bez wątpienia w imię jego dobra, tak jak je postrzegają. Czy mają odpowiednią wiedzę? Czy zawsze i w każdej sytuacji ich decyzja ma być wiążąca? Polskie prawo przewiduje w niektórych sytuacjach możliwość interwencji sądu. Czy w przypadku odmowy szczepień należałoby ją wykluczyć? Może tylko wymagać podpisania oświadczenia o odmowie, podobnego jak przy odmowie leczenia, ze świadomością konsekwencji tej decyzji? Stawiam pytania, nie konkluzje, choć w moim przekonaniu obowiązkowe szczepienia ochronne należy utrzymać. Dla dobra dzieci, które mają być zaszczepione, i dla dobra społeczeństwa, w którym żyją.
Niemniej wniesiony do Sejmu projekt i jego autorów należy potraktować poważnie. To swoiste wotum nieufności wobec ekspertów i – szerzej – całej służby zdrowia. I nie jest tak, że jest ono zupełnie pozbawione podstaw.
 
Odwrócona logika
Poza generalną rezygnacją ze szczepień obowiązkowych obywatelski projekt przynosi też inne postulaty. Dotyczą one przede wszystkim starannej kwalifikacji do szczepienia, obejmującej szczegółowy wywiad, także rodzinny, uwzględniający takie zagadnienia jak alergie, choroby autoimmunologiczne czy niepożądane odczyny poszczepienne. W razie wątpliwości wnioskodawcy oczekują konsultacji specjalistycznej. To odwrócenie logiki: w obecnie obowiązującej ustawie szczepienie uznaje się za dobro, a pytania do specjalisty należy kierować, jeśli przeciwwskazania do zaszczepienia wydają się być długotrwałe. Według obywatelskiego projektu szczepienie staje się ryzykowną procedurą, której w razie jakichkolwiek wątpliwości lepiej nie podejmować. Niemniej trzeba powiedzieć: szczegółowy wywiad i staranne badanie powinny być standardem. Dobrym pomysłem jest także obowiązek przeprowadzenia podczas pierwszej wizyty po szczepieniu szczegółowego wywiadu odnośnie do wystąpienia bądź nie odczynów poszczepiennych. Zapewne w obu przypadkach pomogłoby stworzenie standardowego kwestionariusza dołączanego do dokumentacji medycznej.
Oczywiste powinno być także postulowane przez autorów obywatelskiego projektu udzielanie informacji na temat dostępnych szczepionek, niepożądanych odczynów poszczepiennych, które mogą wystąpić w związku z zastosowaniem konkretnej szczepionki, i o konieczności ich zgłaszania. Nie da się ukryć, że nie jest to dziś zwyczajną, codzienną praktyką. Może uzupełnienie informacji ustnej pełną wersją pisemną także w tym przypadku byłoby najlepszym rozwiązaniem?
 
Konflikty interesów
Autorzy projektu postulują także umożliwienie zgłaszania do Rejestru zgłoszeń niepożądanych odczynów poszczepiennych (do prowadzenia takiego rejestru zobowiązany jest ustawowo państwowy inspektor sanitarny) bezpośrednio przez osoby szczepione lub rodziców. Taką możliwość faktycznie stwarza prawo farmaceutyczne, brakuje natomiast odpowiedniej opcji w ustawie dotyczącej zapobiegania chorobom zakaźnym. Warto jednak zauważyć, że prawo farmaceutyczne stawia też ważny wymóg: „W przypadku podejrzenia ciężkiego niepożądanego działania danego produktu leczniczego podmiot odpowiedzialny jest obowiązany przedstawić dane umożliwiające ocenę związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy zastosowaniem tego produktu leczniczego a jego ciężkim niepożądanym działaniem” (art. 36e, ust. 3).
To istotne minimum: żeby coś uznać za działanie niepożądane szczepionki, nie wystarczy zbieżność czasowa. Muszą jeszcze istnieć przesłanki na związek przyczynowo-skutkowy. Jeśli ktoś zachoruje na grypę po podaniu szczepionki na odrę, nie oznacza to, że szczepionka na odrę spowodowała grypę. Jeśli dziecko urodzi się z wieloma ciężkimi, zagrażającymi życiu wadami i umrze z powodu tych wad, to można się oczywiście zastanawiać, czy szczepienie na gruźlicę miało u niego sens i czy nie było do niego przeciwwskazań, ale nie sposób uznawać tej śmierci za skutek szczepionki.
W uzasadnieniu autorzy obywatelskiego projektu mówią wiele o potencjalnych konfliktach interesów, które mogą wpływać na niezgłaszanie lub niewpisywanie do rejestru niepożądanych odczynów poszczepiennych i żądają możliwości odwołania. Cóż, w żadnym środowisku nie ma samych uczciwych. Jeśli jednak zakładamy nieuczciwość drugiej strony, pozwolę sobie zauważyć, że perspektywę można odwrócić. Nie twierdzę, że ktoś z postulujących zmianę ma choć ślad złych intencji, mogę sobie jednak wyobrazić zgłaszanie jako odczynów objawów, które nie miały związku ze szczepieniem, lub podawanie większego ich nasilenia, w celu uzyskania odszkodowania od państwa, które prawnie do zaszczepienia się zobowiązało. Jeśli chcemy bronić się przed potencjalną nieuczciwością, konieczny byłby jakiś mechanizm weryfikacji zgłoszenia. Niemniej: postulat jako taki uważam za wart uwzględnienia. Szczepionki, jak każdy lek, mogą mieć działania niepożądane. Im więcej o nich wiemy, tym lepiej.
Obywatelski projekt ustawy proponuje jeszcze jedną zmianę. Obecnie kalendarz szczepień na kolejny rok ogłasza w formie komunikatu Główny Inspektor Sanitarny. Miałby to robić Minister Zdrowia, w drodze rozporządzenia. Sensem tej zmiany jest możliwość przeprowadzenia konsultacji publicznych zmian w kalendarzu szczepień, a zatem uzyskanie na niego wpływu. W takiej czy innej formie uważam konsultacje za pożyteczne. Nie trzeba rezygnować z obowiązku szczepień ochronnych, by dyskutować, czy na pewno wszystkie są konieczne i czy na pewno w tych terminach, w których zostały przewidziane. Nawet jeśli mamy obecnie wariant optymalny, warto go uzasadnić.
 
Kilka słów o konsekwencjach
O podstawowym ryzyku związanym z nieszczepieniem pisałam w części „Po co się szczepić”, ale  trzeba wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie. W przypadku zniesienia obowiązku szczepień część rodziców zrezygnowałaby z nich świadomie. Niektórzy jednak zwyczajnie sprawę zaniedbają. W części przypadków będzie to dotyczyło dzieci, które ochrony szczepień potrzebowałyby najbardziej. Obywatelski projekt ustawy nie pozostawia żadnych form nadzoru. Nie ma w nim, na przykład, konieczności odbycia konsultacji lekarskiej dotyczącej szczepień przed przyjęciem dziecka do przedszkola (przewiduje ją system niemiecki). Wszystko pozostawione jest rozsądkowi rodzica. Nie podważając ani praw rodziców, ani ich miłości do dziecka trzeba powiedzieć, że nie jest to rozwiązanie roztropne.
Dziś rodzicom odmawiającym zaszczepienia dzieci ustawa grozi karą finansową. Pojawiały się pomysły postawienia wymogu szczepienia przed przyjęciem do przedszkola czy szkoły. Ma to uzasadnienie epidemiologiczne: do przedszkola czy szkoły mają prawo chodzić też dzieci, których nie można szczepić z powodu stanu ich zdrowia. Niezależnie jednak od rozważania sankcji, warto usłyszeć głos ponad 120 tys. osób i podjąć z nimi rozmowę.
Obywatelski projekt ustawy o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi uważam za nie do zaakceptowania. Skoro jednak nowelizacja ustawy i tak jest w planach, warto pomyśleć o uwzględnieniu części postulatów, być może w zmodyfikowanej formie. Tylko dzięki konsekwentnemu budowaniu wzajemnego zaufania można będzie przekroczyć opór wobec szczepień. To docelowo znacznie lepsza droga niż sankcje.
 



Joanna M. Kociszewska
Dziennikarka, redaktor portalu wiara.pl. Absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, lekarz chorób wewnętrznych z praktyką kliniczną i naukową. Mieszka w Chorzowie

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki