Logo Przewdonik Katolicki

Świętość życia czy wola pacjenta?

Joanna M. Kociszewska
Dla Brytyjczyków najważniejszym dobrem jest prawo człowieka do decydowania o sobie. Taki jest sens stworzonych w ostatnim piętnastoleciu aktów prawnych i ich interpretacji fot. sudok1/Adobe Stock

Decyzja Brytyjczyków ws. Polaka, u którego sąd zezwolił na przerwanie sztucznego żywienia i nawadniania, jest dla wielu osób całkowicie niezrozumiała i absolutnie nie do przyjęcia. Spróbujmy dokładnie przyjrzeć się tej sprawie.

Podmiotem w całej dyskusji był Polak w średnim wieku, określany przez kolejne sądy inicjałami RS, od wielu lat mieszkający w Anglii. W piątek 6 listopada doszło u niego do nagłego zatrzymania krążenia. Akcję serca przywrócono dopiero po 45 minutach, co spowodowało znaczne niedokrwienie mózgu. Pan RS został podłączony do respiratora. Był w śpiączce, to znaczy był nieprzytomny i nie dawało się go wybudzić. Był też – oczywiście – sztucznie karmiony i nawadniany.

Jak to było z panem RS
Śpiączka jest stanem przejściowym, trwającym zwykle od 2 do 4 tygodni. Po tym czasie dochodzi do wybudzenia lub pacjent przechodzi w któryś ze stanów ograniczonej świadomości: wegetatywny, minimalnej świadomości lub (rzadko) stan zamknięcia. Może to być droga powolnego wybudzania, może też zdarzyć się tak, że pacjent na którymś etapie pozostanie. Zależy to od stopnia i – co ważne – sposobu, w jaki mózg został uszkodzony. Znacznie lepsze są rokowania u pacjentów po urazach. Niedokrwienie, którego doświadczył nasz rodak, rokuje niestety źle.
U pana RS wykonano w pierwszym okresie szereg badań oceniających uszkodzenie mózgu: co najmniej rezonans magnetyczny, tomografię komputerową, EEG i ocenę potencjałów somatosensorycznych. Przeprowadzono też szereg testów czynnościowych. Na początku grudnia niezależny konsultant uznał, że pacjent znajduje się w śpiączce, która może przejść w stan wegetatywny. Może poradzić sobie bez sztucznej wentylacji, ale bez sztucznego nawadniania i odżywiania przeżyje kilka dni. Gdyby utrzymać obecny poziom opieki, może żyć jeszcze pięć lat albo nawet dłużej, jednak bez istotnej poprawy neurologicznej.
Tu trzeba dodać wyjaśnienie. W stanie wegetatywnym człowiek jest przytomny, to znaczy zasypia i wybudza się, czego przejawem jest otwieranie oczu, ale nie ma żadnej świadomości siebie i otoczenia. Jego reakcje na bodźce są głównie odruchowe, niezwiązane z otoczeniem i niewynikające z działania celowego. Także ewentualne jęki, grymasy twarzy płacz czy nawet pojedyncze wypowiadane słowa nie są ani intencjonalne ani adekwatne do sytuacji. W stanie minimalnej świadomości pojawia się ograniczona świadomość otoczenia: pacjent na przykład wodzi oczami za wchodzącą osobą czy w sposób celowy i adekwatny reaguje na bodźce. Reakcją na dolnych poziomach może być po prostu śledzenie wzrokiem przedmiotu czy adekwatne reakcje emocjonalne, na wysokich – nawet rozumienie mowy i wykonywanie poleceń.
U pana RS prognoza była bardzo zła: lekarze uważali, że jeśli nawet pojawi się u niego świadoma reakcja na obecność drugiego człowieka, to nie będzie potrafił go rozpoznać, a jego zdolność do sygnalizowania przykrości lub przyjemności będzie niewielka.

Co mówi Kościół
W tym momencie trzeba przywołać stanowisko Kościoła, wyrażone w wielu dokumentach, ostatnio w liście Kongregacji Nauki Wiary Samaritanus Bonus z lipca 2020 r. „Podstawową i niezbywalną zasadą towarzyszenia choremu w stanach krytycznych i/lub terminalnych – czytamy w dokumencie – jest ciągłość wspomagania jego podstawowych funkcji fizjologicznych. W szczególności podstawową opieką należną każdemu człowiekowi jest podawanie pożywienia i płynów [...], w takiej mierze i przez taki czas, w jakich służy to właściwym sobie celom, czyli nawadnianiu i odżywianiu pacjenta”. Zgodnie z tym stanowiskiem pacjent powinien być nadal odżywiany i nawadniany sztucznie, tak długo jak jego organizm będzie w stanie z tego korzystać. Prognoza medyczna mówiła: pięć lat albo dłużej.
Co ważne: nie ma znaczenia, w jakim stopniu pacjent jest świadomy ani jakie są szanse jego wybudzenia. Jeśli chodzi o żywienie i nawadnianie, także prowadzone w sposób sztuczny, to należy się ono tak samo osobie w stanie wegetatywnym, jak i temu, kto odzyskał już częściowo świadomość i możliwość komunikacji z otoczeniem. Zaprzestać go można jedynie wtedy, gdy jest ono dla niego szkodliwe lub powoduje niedopuszczalne cierpienie. Pojęcie niedopuszczalnego cierpienia nie jest i nie może być ściśle zdefiniowane, zatem pozostaje tu pewne pole do interpretacji, niemniej obecne nauczanie Kościoła rozstrzyga sprawę dość jednoznacznie.

Brytyjskie prawo pyta o wolę pacjenta
Tymczasem brytyjscy lekarze wystąpili do sądu o zgodę na przerwanie leczenia, to znaczy sztucznej wentylacji, odżywiania i nawadniania. Przyjrzyjmy się ich sposobowi myślenia.
Dla każdego lekarza, na całym świecie, kluczowa jest zgoda pacjenta na stosowane leczenie. Pan RS z oczywistych powodów do podjęcia jakiejkolwiek świadomej decyzji nie był zdolny. Brytyjskie prawo zobowiązuje lekarzy do próby ustalenia prawdopodobnej woli chorego, a jeśli nie jest ona jasna, decyzję w jego imieniu podejmuje sąd opiekuńczy, kierując się najlepszym interesem pacjenta. Stąd bardzo szybko z naszego punktu widzenia, na pewno w pierwszych dwóch tygodniach, zaczęły padać pytania o to, czy zdaniem bliskich pacjent chciałby być utrzymywany przy życiu w sytuacji braku lub bardzo ograniczonej świadomości. Opinie w tej sprawie były rozbieżne. Zatem po około miesiącu leczenia, gdy znany był już stopień uszkodzenia mózgu, szpital skierował sprawę do sądu.
Dla wielu będzie to decyzja zaskakująco wczesna. Mijały cztery tygodnie, pacjent powinien dopiero wychodzić ze śpiączki, spodziewano się stanu wegetatywnego. Stan wegetatywny bywa etapem przejściowym na drodze ku wybudzeniu. O trwałym stanie wegetatywnym można by w tym przypadku mówić dopiero po trzech miesiącach jego trwania. Najwyraźniej decydujący wpływ dla oceny rokowania miały badania obrazowe i czynnościowe mózgu. Taka postawa, choć zapewne nie jest częsta, ma naukowe podstawy. Oznacza to jednak, że podobnie jak dla Kościoła, również dla brytyjskich lekarzy, a następnie sądu, nie miało znaczenia ewentualne przejście do stanu minimalnej świadomości. Uznano, że ewentualna poprawa nie może być znaczna.
W brytyjskim prawie zapisano, że osoby decydujące w podobnych sprawach „muszą patrzeć na dobro pacjenta w najszerszym znaczeniu, nie tylko medycznym, ale także społecznym i psychologicznym; muszą wziąć pod uwagę charakter danego leczenia, to z czym się ono wiąże i szanse jego powodzenia; muszą rozważyć, co prawdopodobny wynik leczenia będzie oznaczał dla pacjenta; muszą spróbować postawić się na jego miejscu i zapytać, jaki jest lub mógłby być jego stosunek do leczenia; w końcu muszą skonsultować się z innymi, którzy się nim opiekują lub są zainteresowani jego dobrem, w szczególności w kwestii tego, jaka ich zdaniem byłaby jego postawa”. Wśród rozważanych przez sąd czynników musiały się zatem pojawić wszystkie elementy, które mogłyby wpływać na jego decyzję, gdyby był w stanie ją podjąć. W tym, co oczywiste, wyznawana wiara.

Czego chciałby pan RS?
W największym skrócie: sytuacja rodzinna mężczyzny była następująca. Pan RS ożenił się 17 lat temu z kobietą po rozwodzie, mieli dzieci. Był praktykującym katolikiem, choć nie mógł przystępować do sakramentów. W ostatnich dziesięciu latach jego kontakty z matką i siostrami osłabły. Z mieszkającą w Anglii siostrą i jej dziećmi nie widział się od 2011 r. Z matką i siostrą mieszkającymi w Polsce kontaktował się od czasu do czasu telefonicznie. Spotykali się podczas jego niezbyt częstych i krótkich wizyt w kraju.
Argumentacja rodziny pochodzenia podkreślała wyznawaną wiarę, stosunek do nieżyjących już członków rodziny w ostatniej fazie ich życia, poglądy na temat aborcji i eutanazji, a także krytyczną ocenę rozstrzygnięć sądowych brytyjskich sądów w sprawie odłączenia od aparatury ciężko chorego małego dziecka (nie podano, o którą z publicznie znanych spraw chodzi). Żona potwierdziła jego wiarę, choć zastrzegała, że nie we wszystkim się zgadzał z nauczaniem Kościoła, o czym świadczył choćby ślub z nią – rozwódką. Podkreślała, jak ważna była dla niego rodzina, przywoływała jego stwierdzenia, że nigdy nie chciałby być dla bliskich obciążeniem oraz że chciałby, by dzieci zapamiętały go jako człowieka sprawnego fizycznie. Pamiętała, że uważał każde życie za cenne i chciałby, aby w razie potrzeby podjęto wszelkie kroki, by go uratować, ale jeśli nie byłoby to możliwe, nie chciałby być podtrzymywany przy życiu. Jej zdaniem nie uważałby zaprzestania leczenia za pozbawienie życia.
Sąd przychylił się do opinii żony, jako osoby, która w ostatnim dziesięcioleciu z nim żyła na co dzień i mogła najlepiej znać jego poglądy. Rozważając wszystkie powyższe czynniki, uznał, że gdyby mężczyzna mógł podjąć decyzję samodzielnie, nie życzyłby sobie, by jego życie było podtrzymywane oraz że takie życzenie byłoby zgodne z jego najlepszym interesem.

Ważne pytania
Podsumowując dość długą relację: dla Brytyjczyków najważniejszym dobrem jest prawo człowieka do decydowania o sobie. Taki jest sens stworzonych w ostatnim piętnastoleciu aktów prawnych i ich interpretacji. Także u nas ma takie prawo każdy pacjent i lekarz jest zobowiązany je szanować, nawet jeśli jego decyzję uważa za nierozsądną. Można odmówić leczenia, czy to całkowicie, czy konkretnych jego sposobów. Brytyjczycy przypominają, że brak możliwości podjęcia świadomej decyzji nie oznacza, że mamy prawo ignorować wolę człowieka, na tyle, na ile ją znamy lub możemy poznać. Pamiętając o świętości życia, wyżej stawiają wolę pacjenta i jego szeroko rozumiany najlepszy interes.
Można i należy z tym poglądem polemizować. Nie tylko z punktu widzenia nadrzędności argumentu świętości życia. Także dlatego, że ma ono poważne ograniczenia. Niewielu ludzi poważnie rozważa taką sytuację, a ich wcześniejsze wypowiedzi bywają nie tyle decyzją, ile odbiciem obaw, które budzi sytuacja całkowitego braku kontroli nad swoim życiem i całkowitej zależności od drugiego. Doświadczenie miłości potrafi te obawy rozwiać, ale trzeba na to czasu. Czy będąc w takiej sytuacji, człowiek nie zmieniłby zdania? Czy dobrze odczytujemy sens jego słów? Pewności w tej kwestii mieć nie będziemy. Czy zatem możemy w jego imieniu podejmować tak nieodwołalne decyzje, jak ta o zakończeniu jego życia? Niemniej żeby polemizować, trzeba rozumieć i szanować drugiego człowieka. Po słowie „morderca” wszelka rozmowa się kończy.
Warto może krótko jeszcze nawiązać do argumentacji w sprawie ewentualnego transportu do Polski. Poza znanym argumentem o ryzyku związanym z transportem sąd podniósł jeszcze dwie kwestie, które powinny być oczywiste. Po pierwsze, wszelkie działania, które mogłyby być podjęte w Polsce, mogły być zastosowane także w Wielkiej Brytanii, gdyby uznano, że leżą one w  najlepszym interesie chorego. Zatem żądanie transportu miało wymiar ukrytej apelacji. Po drugie, nie do pomyślenia dla sądu było przewożenie pacjenta wbrew woli jego żony i dzieci. Argumentację, że nie wykazano ich sprzeciwu, uważam za pokrętną: nie wykazano także ich zgody. Wypadałoby o nią zapytać. W chwalebnym dążeniu do ratowania czyjegoś życia nie wszystkie środki są dozwolone.

Joanna M. Kociszewska
Lekarz chorób wewnętrznych z praktyką kliniczną i naukową. Absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Dziennikarka i wieloletnia redaktor portalu wiara.pl. Obecnie pracuje w POZ w Chorzowie

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki