Logo Przewdonik Katolicki

Trudno być optymistą

Michał Szułdrzyński
fot. Magdalena Książek

Nie jestem dobrej myśli. Choć w tym roku sprawa domknięcia reformy sądów wywoływała znacznie mniejsze emocje społeczne niż rok temu, gdy na ulice wyszły dziesiątki, a może setki tysięcy Polaków, sprawa jest naprawdę poważna.

I może poważniejsza niż zeszłego lata. Przyjęte w ostatnim tygodniu przed wakacjami poprawki do ustaw sądowych są swego rodzaju klamrą dopinającą zmiany w sądownictwie. Jedno jest pewne: sądownictwo w Polsce wymagało i wymaga zmian. Polacy nie są zadowoleni z jego pracy, nie uważają go dziś ani za niezależne, ani za sprawiedliwe.
Kłopot jednak w tym, że żadna ze zmian, które zaproponował PiS poważnych patologii nie usunie. A tylko da do ręki politykom narzędzie większego niż dotąd ingerowania w działalność sądownictwa. Nie, to nie jest pogląd przeciwników PiS – wystarczy zobaczyć, jak wyglądały obrady wybranej według nowych zasad Krajowej Rady Sądownictwa, podczas której jedna z posłanek PiS czytała listę sędziów, którzy nie są zwolennikami PiS i dlatego nie powinni awansować. Nawet najzagorzalszym zwolennikom partii rządzącej powinna się teraz w głowie zaświecić lampka ostrzegawcza: skoro to lubiani przeze mnie politycy mogą teraz wybierać sobie sędziów, to znaczy, że jak przegrają kiedyś wybory, nielubiani przeze mnie politycy będą decydować o tym, kto będzie a kto nie sędzią.
Bo właśnie na tym polega demokracja: wprowadzamy takie systemy i zabezpieczenia, że bez względu na to, kto rządzi, bez względu na to, czy rządzą ci, na których głosowałem, czy rządzą ci, których nie lubię – zawsze jestem w swoim kraju. A to oznacza, że każda partia rządząca nakłada na siebie pewne ograniczenia. Część gorących sympatyków PiS byłaby pewnie zadowolona, gdyby zdelegalizować partie opozycyjne. Sęk w tym, że kiedyś ktoś mógłby potem zdelegalizować PiS. Dlatego umawiamy się na demokrację, czyli na system, w którym bez względu na to, kto rządzi, pewnych granic nie przekraczamy.
Kłopot w tym, że PiS postanowił je przekroczyć. Tłumacząc, że nie może być tak, że bez względu na to, kto wygrywa wybory, nic się w Polsce nie zmienia, pragnie pokazać, że potrafi zmienić wszystko, ale za cenę likwidacji wszelkich ograniczników i zabezpieczeń wbudowanych w system.
I taki los właśnie teraz spotkał sądownictwo. Czy można było wysłać na emeryturę połowę sędziów Sądu Najwyższego? Konstytucjonaliści są podzieleni. Ale PiS nie przejmował się opiniami konstytucjonalistów i to zrobił. A to oznacza, że każda kolejna władza dostała legitymację do tego, by po wyborach przeprowadzać w sądach czystki. Czy naprawdę tego chcemy? Czy chcemy, by jak rządzi PiS, sądy były pisowskie, a jak wygra SLD, by sądy były eseldowskie?
Skoro PiS nie uznaje żadnych zasad, które ograniczałyby jego władzę, to ogranicza je tylko jedno – sama władza. Sęk w tym, że dwudziesty wiek (ale też wszystkie rewolucje) nas nauczył, że władza, której nie ogranicza prawo, często zwraca się przeciwko własnym obywatelom. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Ale ta nadzieja ma coraz wątlejsze podstawy. Dlatego nie jestem dobrej myśli.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki