Logo Przewdonik Katolicki

O pożytku z podglądania Boga

ks. Mirosław Maliński
fot. Galeria Tretiakowska/ Wikipedia

Ludzie nabierają wody w usta, milkną, szeptem powtarzają: „Tajemnica”. Bardziej ambitni przywołują prastary obraz małego chłopca na brzegu bezkresnego morza, który przelewa wody oceanów do dołka, który sobie wykopał. Ot, rozważanie tajemnicy Trójcy Świętej.

Mam podobnie. Uważaj, nie podchodź, „Tajemnica”, „Świętość” – i gorsecik gotowy, oddychać się nie da. Aż tu nagle oświecenie, jakby Tomasz Edison wkręcił żarówkę. Otóż jest dzieło, które rozjaśnia bardzo wiele i to bez zawiłych sformułowań o perychorezie, tchnieniu biernym i czynnym, ba – zupełnie bez słów. Tam, gdzie kończy się precyzja słowa, zaczynają się baśnie, przypowieści i obrazy, a wraz z nimi prostota i oczywistość. Barwy, plamy, linie i kształty potrafią znaleźć odwołanie do tego, co od dawna w nas obecne, choć nienazwane, ukryte, wszak przeczuwane.
 
Zaczęło się od Sergiusza
Oczywiście myślę o słynnej Trójcy Andrieja Rublowa – mnicha i ikonopisty z zagorskiego klasztoru Świętej Trójcy, który został założony w XIV w. przez eremitę – łagodnego i ubogiego Sergiusza z Radoneża. Z tego klasztoru miało wziąć początek pięćdziesiąt innych klasztorów. O Sergiuszu mówiono, że w swoim poświęceniu dla Trójcy Świętej był całkowicie wypełniony światłem, pokojem i Boskim miłosierdziem. W ciężkich czasach epidemii, głodu, jarzma tatarskiego Sergiusz był snopem światła. Od niego też bierze początek święto Trójcy Świętej w kościele prawosławnym.
W roku 1422 – roku rozpoczęcia procesu kanonizacji Sergiusza – jego następca, opat Nikon, zlecił Andriejowi Rublowi i jego przyjacielowi Danielowi Cziornemu misję ozdobienia ikonostasu w odnowionej cerkwi. Tak powstała Trójca po prawej stronie od carskich wrót, tam gdzie umieszczano ikonę Jezusa.
 
Jak to działa
Jako dziecko bardzo lubiłem (a ze wstydem przyznam, że zostało mi to po dziś dzień) podglądać ludzi z ulicy, przez okna. Wdzierać się do ich domów w codzienne sytuacje, zwykłe ich życie. Gdy przyjeżdżam do jakiegoś miasta, ruszam zaraz na spacer, rozglądam się po oknach i wyłapuję… Tam pani z kawą i ulubionym tygodnikiem, tam chłopak gra na Play Station, a tu ktoś się po kuchni krząta. I tak miasto sobie oswajam, zaprzyjaźniam się i za swoje je uznaję. Bo tam, za oknami, toczy się prawdziwe intymne życie. A gdyby tak jeszcze przy stole wigilijnym rodzinkę nakryć, albo przy łamaniu opłatka. A to już cacko. Szczyt oswojenia.
A gdyby tak do Pana Boga, do okna niebieskiego, zajrzeć i choć troszkę popodglądać. Na codzienności Go złapać, albo w jakiejś chwili ważnej… Ale po co? By oswoić? A może po coś jeszcze?
 
Tajemnicze światło
I właśnie taką okazję daje nam Rublow, nie tylko genialny malarz, ale przede wszystkim mistyk, który w domu Bożym bywał i niejedno tam widział.
My zaglądamy. I co? Natychmiast jesteśmy głęboko poruszeni. Zastanawiamy się jednak, skąd to poruszenie. Powoli odkrywamy coś bardzo niecodziennego – tu nie ma cieni. Zatem skąd bierze się światło? To blask bijący od samych Postaci – kombinujemy sobie – on rozświetla wszystko. Jakby promieniowały czystą obecnością. Doznanie niezwykłe, przykuwa naszą uwagę, nie możemy oderwać wzroku. A już nam świta, że to dopiero przedsmak. Budzą się w nas tęsknoty. Jeszcze nie wiemy za czym, ale powoli przeczuwamy. Pokój i niezmącone poczucie bezpieczeństwa. Tak, uświadamiamy sobie, że nie potrzeba nam światła lampy ani światła słońca (por. Ap 22, 5), bo jest inne tajemnicze światło. Nawet gdyby wszystkie światła zgasły... My właśnie odkrywamy inne źródło światła, innego światła.
 
Dynamiczne napięcie
Powoli zauważamy – nie bez zdumienia – że znajdujemy się w świecie, w którym brak perspektywy. Coś dziwnego dzieje się z przestrzenią. Postacie, którym się przyglądamy, nie są umieszczone w jakiejś przestrzeni, tylko one same ją stwarzają. Widok to niecodzienny i zjawisko niesłychane. Obcujemy z jakąś nieskończonością, której sam Albert Einstein nie potrafiłby opisać. Postacie nie tylko nie mieszczą się w ramach, One swobodnie wychodzą poza ich obszar. Tak, tak, kiwamy z uznaniem głowami, ale to nic innego jak mały chłopczyk przelewający morze do grajdołka. Zatem nic nowego. Ale nowości właśnie przed nami. Otóż pełne treści napięcie między spoczynkiem i ruchem, który nie dopuszcza żadnego drżenia, żadnego niepokoju. Wręcz przeciwnie – z ikony emanuje nieskończony pokój. A zatem jakiś paradoks. O czym on mówi? Łagodność, pokój i to twórcze, dynamiczne napięcie. Każdy z nas wie, ile wysiłku i trudu musimy wkładać w każdy akt twórczy. A tu lekkość, siła i moc sprawcza – wszystko naraz.
 
To, za czym tęsknimy
Gdy próbujemy na chwilę zatrzymać wzrok na którejś z Postaci, Ona zaraz kieruje nasze spojrzenie na inną Postać. I już po chwili rozumiemy, że Osoby na ikonie są w pozycji nieustannego przyjmowania siebie. Są na siebie otwarte. W ich spojrzeniach wyraża się stan nieustannej wzajemnej wymiany. Swym zewnętrznym kształtem zakreślają okrąg, czyli doskonałą figurę zamkniętą, a jednocześnie stanowią sobą jakby powtórzenie otwartego kielicha, który stoi na środku stołu. Zatem łączą w sobie kolejny paradoks: na zewnątrz doskonały okrąg (forma zamknięta), wewnątrz czasza kielicha (forma otwarta). I właśnie za tym tak bardzo tęsknimy. Pragniemy być wewnętrznie zintegrowani, pragniemy żyć w zgodzie sami ze sobą. Marzymy o wewnętrznym dialogu, w którym będzie zgoda z każdą cząstką naszej osobowości. A to umożliwi nam pełne ufności otwarcie się na innych ludzi, na los, na świat.
Oto dotarliśmy do źródła. Tu są nasze początki, tu żeśmy się poczęli. To, że zostaliśmy stworzeni na obraz Boga, przestaje być wzruszającą poezją, a staje się wyjaśnieniem. Może do tej pory tylko przeczuwaliśmy w sobie głębię, teraz jej dotykamy.
 
Siła kontemplacji
Oblicza Postaci przeniknięte są świeżością i wieczną młodością. Nie ma na Nich rysu wysiłku lub zmęczenia. Kształt ramion wskazuje na zupełne odprężenie. Jednocześnie na obliczach tych rysuje się pełen napięcia smutek, który nie niszczy klimatu radości. Zaczynamy rozumieć jak to możliwe, że święci ludzie, których w życiu spotkaliśmy czasami jednocześnie byli przejęci, a nawet smutni, a z drugiej strony nie naruszało to ich pogodnej radości. W decydujących momentach najwyższego napięcia wydawali się odprężeni, a w chwilach wielkiego wysiłku w jednym momencie odzyskiwali siły.
Powoli rozumiemy, jak wielka jest siła kontemplacji. Oni trwali przy Trójcy. Po prostu – z kim przystajesz, takim się stajesz.
 
Jesteśmy zaproszeni
Kto z uwagą i zawierzeniem patrzy na ikonę, może być pewien, że zostanie przyjęty do wspólnoty owych Trzech Osób. Miejsce przy stole od początku było dla nas przygotowane. Postacie na ikonie czekały na nas. Jesteśmy zaproszeni – to w naszej obecności ma się odbywać to bezsłowne, brzemienne w treść misterium. Widząc w stole znak kosmosu domyślamy się, że ważą się tu losy ludzkości, losy świata, losy każdego z nas. Dołączając do Postaci na ikonie, pragniemy zamilknąć wraz z Nimi. Próbujemy odnaleźć się w tajemniczej wymianie i w integrujących się paradoksach. Mimo że sytuacja przerasta nasze możliwości poznawcze, nie czujemy się ani wyobcowani, ani poniżeni. Wręcz przeciwnie – łatwo odnajdujemy swoje miejsce, swą godność, pokój i pogodną radość połączoną z nutą melancholii, a może nawet smutku. Udziela się nam atmosfera święta. Oto odkrywamy swoją wartość. Kim ja jestem, że zostaję zaproszony na to spotkanie? Jak wielka jest moja godność? Ta Trójca nie ma przede mną żadnych tajemnic. To jest bardzo proste bycie razem, bez słów, zbędnych wyjaśnień. Wszystko jest jasne i oczywiste. Siedzimy przy jednym stole z niepojętym Bogiem i odkrywamy prawdziwe źródło naszej wartości.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki