Logo Przewdonik Katolicki

Życie za siatką

Jacek Borkowicz
fot. Spencer Platt Getty Images

Krwawa rozprawa z mieszkańcami Gazy jest rozwiązaniem na krótką metę. Kolejne wystąpienie jest tylko kwestią czasu. Co wtedy zrobią władze Izraela?

Blisko 3 tysiące rannych i 58 zabitych – oto bilans rzezi, jakiej izraelska armia dokonała na mieszkańcach Gazy w poniedziałek 14 maja podczas protestu przeciw uznaniu przez Stany Zjednoczone Jerozolimy jako stolicy Izraela. W tym samym czasie w niedalekiej Jerozolimie strzelały korki od szampana: USA uroczyście otworzyły tam swoją ambasadę.
W odpowiedzi na ten bezprecedensowy krok – Jerozolima, częściowo położona na okupowanych od 1967 r. przez Izrael terytoriach palestyńskich, nie jest uznawana jako stolica przez wspólnotę międzynarodową – tysiące mieszkańców Gazy, głównie młodych, wyszło z miasta, udając się w kierunku odległej zaledwie o kilometr granicy z Izraelem. Demonstranci palili opony i próbowali przedostać się przez zasieki. Wtedy właśnie wojsko otworzyło do nich ogień, mimo że manifestujący uzbrojeni byli jedynie w proce i koktajle Mołotowa, które na granicznym pustkowiu nie mogły nikomu realnie zagrozić.
Takiej masakry nie było w Gazie od lat. Mimo to nie ma szans na przeprowadzenie międzynarodowego śledztwa, jako że Stany Zjednoczone natychmiast zablokowały rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ w tej sprawie.
 
Jakby nie Palestyna
Strefa Gazy, z powierzchnią 360 km kw., jest tylko nieco większa od Poznania, zamieszkuje tam jednak aż półtora miliona ludzi. Leży ona na okupowanym przez Izrael terytorium Palestyny, ale od właściwego, autonomicznego państwa palestyńskiego pod izraelską kontrolą (tak zwany Zachodni Brzeg Jordanu z Jerozolimą) oddzielona jest szerokim pasem państwowości izraelskiej. Faktycznie czyni to z Gazy wielki, odizolowany od reszty świata obóz przesiedleńczy, gdyż Izrael od wielu już lat – pilnując własnego bezpieczeństwa – blokuje granice Strefy. Także od strony granicy z Egiptem, do którego Gaza przylega od wschodu.
Sami mieszkańcy jakoś sobie radzą, uprawiając na szeroką skalę szmugiel, który dociera tu właśnie przez Egipt. Jednak w sumie powiększa to tylko stan chaosu w tym małym, nieuznawanym przez świat państewku. Ludzie zaś, szczególnie młodzi bezrobotni, tłoczą się w pozbawionych zieleni wąskich uliczkach miasta. Dostęp do świata zamykają im kolczaste druty izraelskich zasieków.
Paradoksalnie Gaza, miasto znane nam z kart Biblii, była jednym z nielicznych miejsc w Ziemi Świętej, gdzie prawie przez całą historię przetrwała ludność żydowska. Żydów wypędzili stąd Arabowie dopiero w 1929 r., w okresie walk o panowanie nad Palestyną. Gdy dziesięć lat później powstał Izrael, Gazę włączono do Egiptu, pod którego zarządem miasto pozostawało do 1967 r. Wtedy to, po kolejnej zwycięskiej wojnie Izraela, Strefa Gazy (bo tak zaczęto nazywać miasto i kilka mniejszych miejscowości ciągnących się wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego) znalazła się pod okupacją Izraela. Wówczas Gaza stała się, niejako automatycznie, centrum antyizraelskiego oporu, gdyż większość z jej mieszkańców stanowili palestyńscy Arabowie, wypędzeni w 1948 r. przez Żydów z okolic Jerozolimy. Dziś potomków tamtych uchodźców jest okrągły milion, czyli dwie trzecie obywateli Strefy.
Gaza zawsze różniła się od reszty Palestyny, z którą przecież nie ma nawet terytorialnej łączności. Podczas gdy na Zachodnim Brzegu zdobył przewagę nacjonalistyczny ruch palestyński pod przewodem Jasira Arafata (w Gazie zresztą urodzonego), w bardziej radykalnej Strefie ludzie słuchali swoich sunnickich mułłów. Jesteśmy Arabami, ale przede wszystkim jesteśmy Palestyńczykami – mówiono w arabskiej części Jerozolimy. Jesteśmy Arabami, ale przede wszystkim jesteśmy muzułmanami – odpowiadano im w Gazie.
Co ciekawe, okupacyjne władze przez długi czas popierały islamskich radykałów z Gazy, widząc w nich przeciwwagę dla arafatowskiej Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP), którą uznawano wtedy za głównego wroga Izraela. W Arafacie Żydzi widzieli niebezpiecznego terrorystę, natomiast Hamas, polityczna organizacja palestyńskich sunnitów z centrum w Gazie, kojarzył im się z islamskimi szpitalami i domami opieki oraz z siecią szkółek koranicznych przy meczetach. Funkcjonariuszom izraelskiej administracji oczy otworzyły się dopiero wtedy, gdy z owych szkółek zaczęli wychodzić kolejni terroryści, groźniejsi nawet od tych z OWP. Zresztą sam Arafat z czasem złagodniał, co świat docenił, przyznając mu w 1994 r. Pokojową Nagrodę Nobla i stanowisko pierwszego prezydenta Autonomii Palestyńskiej. „Złą” Gazę pozostawiono samej sobie.
 
Chuligan za siatką
Mieszkańcy Gazy odpłacali światu (czyli w ich wypadku Izraelowi) pięknym za nadobne, posyłając w jego kierunku domowej produkcji rakiety Kassam. Zrobione były z rur kanalizacyjnych, napełnionych ładunkiem wybuchowym tudzież kawałkami ostrego żelastwa; odpalano je za pomocą prymitywnych wyrzutni. Jak na biedaków, było to pomysłowe i choć, z braku celności, niewiele wyrządzało Żydom realnych szkód, potrafiło skutecznie zaburzać spokój na pograniczu. Dlatego armia izraelska kilkakrotnie już przypuszczała odwetowe ataki na bazy Hamasu w Gazie. Szczególnie po 2007 r., kiedy to Hamas, w legalnie przeprowadzonych wyborach, wygrał tam gładko z OWP. Islamscy fundamentaliści przegonili wtedy z Gazy urzędników Autonomii Palestyńskiej, podległych prezydentowi Mahmudowi Abbasowi, i odtąd rządzą niepodzielnie Strefą. Z całkowitym poparciem mieszkańców.
Z perspektywy żydowskiej Jerozolimy Gaza widziana jest jak chuligan, zamknięty za siatką ośrodka odosobnienia. Co on tam robi za tą siatką – to już jego sprawa, my pilnujmy tylko, aby nie wydostał się na zewnątrz. Jednak „za siatką” toczy się życie, ludzie (nie sami przecież islamscy rewolucjoniści) próbują jakoś poukładać sobie codzienność. Mieszkają tam również, acz nieliczni, chrześcijanie, wśród nich katolicy. W momencie wyborczego zwycięstwa Hamasu ludzie ci poczuli się zagrożeni i część z nich z Gazy emigrowała. Jednak obecnie miejscowi chrześcijanie mogą funkcjonować normalnie. O ile w wypadku Gazy w ogóle o normalności można mówić.
Dla muzułmańskich mieszkańców miasta kamieniem obrazy była ostatnia decyzja Waszyngtonu, która według nich jest potwierdzeniem antyislamskiej agresji Zachodu. Jerozolima jest przecież – obok judaizmu i chrześcijaństwa – także świętym miastem dla muzułmanów. Dlatego 14 maja obywatele Gazy wyszli z domów, by szturmować granicę. Krwawa rozprawa z nimi uspokoiła sytuację tylko na krótką metę. Za jakiś czas spodziewać się musimy kolejnych tego rodzaju wystąpień. Jak długo jedyną odpowiedzią Izraela będzie ostra amunicja?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki