Logo Przewdonik Katolicki

Samotni z wyboru?

Bogna Białecka
ILUSTRACJA LIDIA SIERADZKA

Europejczycy są coraz bardziej samotni. Zjawisko to dotyka szczególnie osób żyjących w krajach wysokorozwiniętych, nastawionych na promocję indywidualizmu. Co może okazać się najlepszą inwestycją w przyszłość wolną od samotności?

Badania Eurostatu pokazują systematyczny wzrost poczucia samotności u rdzennych mieszkańców Europy. Coraz więcej ludzi nie ma się do kogo zwrócić o pomoc, a nawet porozmawiać o ważnych sprawach. Zaowocowało to m.in. powołaniem ministra do spraw walki z samotnością w Wielkiej Brytanii. Jedna trzecia gospodarstw domowych w Europie to gospodarstwa jednoosobowe. 
 
Nieszczęsna nowoczesna Europa
Kraje, w których jest najwięcej ludzi samotnych, to jednocześnie kraje najbogatsze, najbardziej rozwinięte i najbardziej nastawione na promocję indywidualizmu i rozwoju osobistego. Liderem jest tu Szwecja, gdzie większość ludzi umiera w samotności, a niemal połowa skremowanych ciał zmarłych nie jest odbierana przez rodzinę. Przerażający obraz XXI-wiecznej Szwecji przedstawiony został boleśnie w dwóch filmach dokumentalnych: Postęp po szwedzku oraz Szwedzka teoria miłości. Oba z nich polecam jako ostrzeżenie przed tym, do czego prowadzi coraz bardziej popularna postawa życiowa skrajnego indywidualizmu. Te same osoby, które piętnują postawę służby bliźniemu, wielodzietności czy dbania o więzi rodzinne, umierają później w samotności, coraz częściej w wyniku eutanazji, pozbawione poczucia sensu życia. 
Choć w Szwedzkiej teorii miłości jest mnóstwo wstrząsających wątków, jednym z bardziej symptomatycznych jest moim zdaniem opis popularnej weekendowej „rozrywki”. Chodzi o zorganizowane, grupowe poszukiwania osób zaginionych w lasach. Z jednej strony wreszcie jest to coś, co można robić razem z innymi, sposób przeciwdziałania samotności, akcja, która ma sens. Zadanie to jednak nie jest pozbawione elementu grozy. Każdy z poszukiwaczy musi się przed wejściem do lasu wpisać na listę, a potem z niej wypisać, na wypadek gdyby sam zaginął. To ludzie, których zniknięcia nie zauważyłby przez dłuższy czas nikt. 
Innym objawem problemu jest wzrastająca lawinowo liczba eutanazji. W krajach, gdzie jest dopuszczalna, coraz więcej starych ludzi (niekoniecznie śmiertelnie chorych) poddaje się eutanazji z poczucia beznadziei, z braku sensu życia. Nie zawsze ta eutanazja jest dobrowolna. Wśród starszych osób, na przykład w Danii, pojawiła się nowa moda. Na tatuaże. Treść tatuażu? „Don’t euthanize me” – nie poddawajcie mnie eutanazji. Gdy chory stary człowiek idzie do szpitala, często boi się, że przerażeni perspektywą konieczności opieki krewni złożą dyspozycję: „Babcia prosi o eutanazję”. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to jak horror, zwłaszcza dla Polaków, gdyż u nas więzi międzypokoleniowe nadal są stosunkowo silne. To jednak realne doświadczenia krajów wysokorozwiniętych, na które patrzymy czasem z niemal cielęcym zachwytem.
 
Przyczyny problemu
Niemożliwe jest wskazanie jednej przyczyny samotności. Znaczenie może mieć tu choćby odkładanie w czasie założenia rodziny, ograniczanie liczby dzieci do jednego czy dwojga, promowanie rozwodu jako najlepszego sposobu poradzenia sobie z trudną sytuacją w małżeństwie. Ale życie w samotności niekoniecznie jest wynikiem przemyślanych decyzji. Czasem to rezultat wyjątkowo pechowego splotu różnych okoliczności.
Coraz częściej możemy dziś obserwować zjawisko „humanizowania” zwierząt. Nie chodzi nawet o to, że dziś zamiast kota przygarnąć, „adoptujemy” go, jakby był człowiekiem. Psy i koty pojawiają się zamiast dzieci. Owszem, pies może okazywać ogromną radość i przywiązanie do właściciela, a nawet przyjść go pocieszyć, gdy jest smutny, jednak w trudnej chwili przyjacielskie machanie ogonem nie zastąpi interakcji z człowiekiem. A jednak zwierzęta domowe (zwłaszcza psy) coraz częściej traktowane są jak zastępstwo, zamiennik osoby. Doraźne korzyści emocjonalne związane z posiadaniem psa łagodzą chwilowo samotność i niektórym ludziom zaczyna się wydawać, że nie potrzebują innych osób do zdrowego funkcjonowania. 
W rezultacie zamiast rodziny wielopokoleniowej, pełnej cioć, wujków, kuzynek i kuzynów, coraz częściej widzimy starzejące się pary (albo samotną panią stęsknioną za dorosłymi dziećmi), których jedyne, trzydziestoletnie już dziecko mieszka samotne lub żyje w konkubinacie, a potomstwa nawet nie ma w planach.
 
Jak zadbać o relacje?
Po artykule dotyczącym odbudowywania zerwanych więzi rodzinnych otrzymałam wiele informacji zwrotnych. Przede wszystkim, że ten sposób myślenia jest bardzo potrzebny. Zadbajmy o tych, których kochaliśmy, z którymi drogi nam się rozeszły. Niezwykle ważna jest z jednej strony wola przebaczenia, a z drugiej – zaangażowanie w rozwijanie umiejętności konstruktywnej rozmowy. Polecam książkę Kluczowe rozmowy (Patterson, Kerry) zawierającą wiele cennych wskazówek, jak te trudne rozmowy, nawet po latach, przeprowadzić. Nie musimy jednak zaczynać od naprawiania więzi zerwanych przed laty.  Być może są w naszym życiu bliskie osoby, które po prostu zaniedbaliśmy, przyjaciele albo ktoś z rodziny? Warto spotkać się przy kawie, porozmawiać o tym, co u kogo słychać, powspominać wspólne pozytywne albo zabawne doświadczenia. 
Dbajmy też o te więzi, które nadal są naszym udziałem. Scotty Studer w książce Small changes, big results, czyli „Małe zmiany, duże rezultaty” podaje pięć prostych rzeczy, które możemy zrobić od ręki, by poprawić swoje relacje z ludźmi.
Po pierwsze, gdy kogoś słuchasz, prawdziwie zainteresuj się tym, co mówi. Bardzo często słuchając drugiej osoby, tak naprawdę przygotowujemy w myślach swoją wypowiedź. Dlatego kluczem do sukcesu jest rozbudzenie w sobie zainteresowania. Być może wydaje się nam, że wiemy, co druga osoba chce powiedzieć, jednak może nas zaskoczyć, jeśli tylko damy jej szansę. „Powiedz, co się potem stało? Jak się czułeś?” itp. to dobre pytania. 
Po drugie, warto zadbać o to, by przynajmniej jeden posiłek dziennie jeść wspólnie i by był to czas wolny od mediów – bez telewizora czy radia, bez telefonów. Tak samo przyjęcia czy spotkania rodzinne i w gronie przyjaciół powinny być głównie okazją do rozmowy i odbywać się z wyłączonymi telefonami.
Po trzecie, korzystaj z każdej okazji, by powiedzieć drugiej osobie coś dobrego. Dobre słowo nic nie kosztuje, a zbyt często dobre rzeczy (i zachowania) przyjmujemy za oczywiste i zagwarantowane. Nie chodzi przy tym o przesadne czy nieszczere komplementy, a właśnie dobre słowo. „Ładnie ci w tej sukience”, „Lubię twój uśmiech” – to przykłady takich prostych, dobrych słów. 
Po czwarte, dostrzegaj dobro i wyrażaj wdzięczność. Nie da się wymusić miłości. Nie da się kogoś zaszantażować do miłości ani „wyprodukować” jej, wzbudzając poczucie winy. „Nikt nie docenia tego, co robię, a ja wypruwam sobie żyły, żebyście mieli…” to komunikat rujnujący więź, postawa roszczeniowa. Lepiej zaakceptować, że wiele (jeśli nie większość) naszych dobrych uczynków nie zostanie zauważonych i docenionych. Za to nauczmy się doceniać cudze dobre uczynki i wyrażać za nie wdzięczność. Wrogiem relacji jest też wymaganie perfekcjonizmu od innych. Nauczmy się doceniania tego, że coś jest zrobione wystarczająco dobrze – nie idealnie, ale tak, że widać włożony wysiłek. Osoba, która sama często wyraża na głos wdzięczność, zaczyna z reguły też jej sama doświadczać. 
Po piąte, codziennie podziel się z przyjaciółmi i rodziną czymś pozytywnym. Zwróćmy uwagę na to, jak wiele czasu zabiera obgadywanie innych. Ma to pewną funkcję psychologiczną: wzmacnianie poczucia własnej wartości przez porównywanie z innymi (gorszymi oczywiście), jednak na dłuższa metę to nie działa. Zaczynamy mieć nawyk szukania zawsze ciemnych stron, nieszczerych intencji innych ludzi. Gdy staramy się, by codziennie co najmniej jedna rzecz, którą powiemy o innych ludziach, była pozytywna, wyrabiamy w sobie powoli nawyk dostrzegania w innych dobra. 
 
Najlepsza inwestycja
To oczywiście tylko podstawowe propozycje. Warto jednak, byśmy już dziś pamiętali, dlaczego warto budować bliskie, dobre więzi z innymi. Człowiek jest istotą społeczną i do zdrowego funkcjonowania potrzebuje innych. Widać to nawet u osób, które nie zakładają rodzin – kapłanów, zakonników, sióstr zakonnych. Tam też ważna jest wspólnota, więzi, wzajemne wsparcie. W starym roczniku czasopisma „Ateneum kapłańskie” znalazłam piękne opracowanie pokazujące, że relacja biskupa z księżmi powinna być relacją ojcowską (nie przełożony – podwładny), a księży między sobą – braterską. Gdy inwestujemy w budowanie dobrych więzi z ludźmi, budujemy sobie przyszłość wolną od samotności.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki