Logo Przewdonik Katolicki

Pamięć wybiórcza

Michał Szułdrzyński
FOT. MAGDALENA BARTKIEWICZ . Michał Szułdrzyński zastępca redaktora naczelnego „Rzeczypospolitej”.

Uczestniczyłem ostatnio w zupełnie wyjątkowej uroczystości.

W pewnym dalekim zakątku na wschodzie przy okazji prac renowacyjnych w zniszczonym kościele pod posadzką krypty odnaleziono nienaruszone przez wojenne, rewolucyjne ani inne pożogi groby rodzinne fundatorów tej świątyni, a zarazem właścicieli posiadłości, których siedziba znajdowała się nieopodal. Wybraliśmy się całą rodziną na niezwykłą uroczystość ponownego pochówku krewnych po latach z udziałem lokalnych oficjeli, ordynariusza i dość zaskoczonych całą sytuacją wielu mieszkańców tej leżącej dziś na Ukrainie miejscowości. Po uroczystej Mszy trumny spoczęły z powrotem w krypcie, a lokalni dziennikarze pytali, dlaczego przyjechaliśmy te kilkaset kilometrów, by wziąć udział w tej uroczystości. I choć padały różne odpowiedzi, muszę przyznać, że i ja długo zadawałem sobie to samo pytanie. Jasne, religijna powinność modlitwy za bliźnich zmarłych to nasza powinność, bez względu na to, czy ich śmierć miała miejsce pięć, piętnaście, pięćdziesiąt czy dwieście lat temu. Ciekawość? Pewnie po części też, któż nie byłby ciekaw udziału w tak niezwykłej uroczystości.
Bo właściwie dlaczego czcimy znamienitych przodków? Nie, nie chodzi tu o snobizm. Przecież taki jest sens historii – tej wielkiej, którą znamy z książek, i tej, która dotyka każdego z nas, każdej z naszych rodzin, znacznej i tej zwyczajniejszej. Te historie są ze sobą nierozerwalnie złączone. Jeśli mamy umieć wyciągać wnioski z naszej historii, musimy być dumni z przodków, którzy byli pełni zasług, jak również czuć wstyd za tych, którzy okryli się złą sławą. Bo sens historii polega nie tylko na opisie dawnych wydarzeń, ale również na tym, by je wartościować – dobre czyny chwalić i dawać za przykład, złe zaś piętnować po to, by się już nie powtórzyły.
Tym bardziej że w czasach, w których wszystko ulega uproszczeniom, podlega im też historia. Szczególnie ostatnio przez zawirowania związane z warszawską reprywatyzacją, jak również perypetiami fundacji, która dysponowała cennym depozytem w postaci Damy z gronostajem Leonarda da Vinci, nagle okazało się, że rodziny historyczne zajmowały się wyłącznie wyzyskiwaniem poddanych dla własnego luksusu. O setkach kolekcji, bibliotek, dzięki którym przetrwały wspaniałe zabytki, jakoś rzadziej się mówi. Ale zejdźmy niżej – co ze szkołami, ochronkami, klasztorami fundowanymi przez większych i mniejszych przedstawicieli rodzin magnackich, arystokratycznych czy zwykłych ziemian? Czy już zapomnieliśmy, że to właśnie w dużej mierze dzięki tej warstwie społecznej polskość przetrwała czas zaborów? Że to głównie szlachta i ziemianie wykrwawiali się w powstaniach, dożywając swych dni na emigracji lub na Syberii, walcząc za ojczyznę, która sto lat temu odzyskała niepodległość? I choć dziś, w demokratycznych czasach, tak łatwo jest narzekać na nierówności i wyzysk w minionych wiekach, warto pamiętać, że ówczesny ustrój społeczny na warstwy wyższe nakładał nie tylko przywileje, ale też poważne obowiązki. Oczywiście jedni się z nich wywiązywali lepiej, a inni gorzej. Ale generalna wizja o krwiopijcach wyłącznie ciemiężących swych poddanych bardziej pasuje do bolszewickich podręczników propagandy niż do obrazu rzeczywistości.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki