Logo Przewdonik Katolicki

Ku dobru

Natalia Budzyńska
FOT. UNSPLASH

Niedawno wróciłam do filmu, który kiedyś już oglądałam, ale niezbyt dobrze go pamiętałam. To Prosta historia Davida Lyncha.

Kiedyś był mi obojętny, może dlatego, że od filmów Lyncha oczekiwałam owej „lynchowatości”, której Prosta historia jest pozbawiona. Począwszy od Dzikości serca przez Miasteczko Twin Pekas po Mulholland Drive filmy Lyncha są niczym koszmar senny. Wydarzyć się w nich może dosłownie wszystko, bo wszystko tam toczy się poza logiką, poza rozumem i poza schematem. To jest właśnie koszmar: niczego nie można przewidzieć, bo wszystko ma jakiś drugi, trzeci czy czwarty wymiar. A to, co widzimy, nie jest tym, co się wydaje. Dokładnie jak we śnie. Nie mam żadnego wpływu na rozwój akcji. Mimo że sen produkuje mój mózg, to nie rządzi nim żadna logika. Tak jakby rozsypać klocki z fragmentami świata rzeczywistego i dowolnie je połączyć: jakieś tam elementy znajome są, ale w kompletnie surrealistycznych układach. 
Tymczasem Prosta historia to rzecz najzwyklejsza na świecie. Ułożona chronologicznie opowieść z czytelną symboliką i jakże przewidywalnym zakończeniem. A mimo to: tak piękna, tak podnosząca na duchu, tak dobra. No właśnie, bo to chyba jedyny film Lyncha, w którym zamiast Zła pojawia się Dobro. Lynch jest świetny w ukazywaniu pierwiastka zła, niekomiksowego zła, ale zła prawdziwego, takiego, że aż ciarki przechodzą i włosy stają dęba. A w Prostej historii wszystko jest dobre i wszyscy są dobrzy, bo to przypowieść o przebaczeniu. Bardzo ewangeliczna przypowieść. Wydawałoby się: nic bardziej banalnego. Amerykańska prowincja, starzy ludzie, zachody słońca, wolny montaż, zero akcji. Skutecznie już zniechęciłam do oglądania? A tutaj niespodzianka, czary-mary. Film się kończy, a my patrzymy na świat przez różowe okulary, wszystkiego się chce, wszystko ma sens – bo dobro ma sens. Sprawdzone w każdym wieku, bo film oglądaliśmy pokoleniowo.
Tak mnie ta odmiana lynchowskiego stylu zaintrygowała, że zaczęłam szukać w sieci odpowiedzi na nurtujące pytanie: dlaczego David Lynch zabrał się do takiego tematu? Tego się nie dowiedziałam, ale doczytałam się, że bohater tej historii nazywał się Alvin Straight i naprawdę przez sześć tygodni jechał kosiarką do sąsiedniego stanu, żeby pojednać się z bratem. Dwa lata temu ten film zainspirował kilku polskich pielgrzymów z Jaworzna, którzy wyruszyli na traktorkach do Lisieux, modląc się po drodze o pokój i pojednanie na świecie. Lynch, kiedy się o tym dowiedział w czasie pobytu w Polsce na festiwalu Camerimage, był zachwycony i objął tę podróż patronatem.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki